Straszni mieszczanie

Na początek będę wyznawać uczucia: lubię Poznań. Lubię to miasto, bo jeśli chce się wieść żywot wygodny i przyjemny, to jest tu praktycznie wszystko, co przeciętnemu człowiekowi potrzeba do szczęścia. Słowo “praktycznie” jest tu zresztą kluczowe: Miasto z Gwiazdką ma praktycznie pobudowane osiedla, praktyczne i zielone autobusy i tramwaje oraz roztańczone (i zlokalizowane praktycznie) centrum nocnych imprez. To wszystko da się lubić i dlatego i ja jestem pyrą z wyboru i zamiłowania; lubię Poznań – i dlatego też będę go zaraz niemiłosiernie obrażał. Dla mojego miasta – piszę “mojego”, bo czuję, że jest moje – kluczowe jest też bowiem niestety słowo “przeciętny”: Poznań ma niezwykle przeciętne władze, które przeciętność promują, z przeciętności żyją i z przeciętności uczyniły wartość i cnotę. Pewien znany muzyk śpiewał kiedyś, że w tym kraju są zasady/ ten kraj ma to w zwyczaju/ równo ścinać wszystkie głowy wystające zza połowy; nie trzeba się dziwić, że mieszka nad Wartą.

Straszne mieszkanie w strasznych mieszkaniach ma pewnie w Grodzie Przemysła dłuższą tradycję; sumiasty kołtunizm poznańskich władz po raz pierwszy zrobił jednak na mnie wrażenie w 2005 roku. W Polsce trwała wówczas, przypomnijmy, konserwatywna ofensywa, zaś prezydent Ryszard Grobelny gotowy był płynąć z jej ciemnym, mętnym prądem. 25 listopada wydał on decyzję zakazującą Marszu Równości, który odbyć się miał z okazji organizowanych pod egidą UNESCO Dni Równości i Tolerancji. Decyzja prezydenta, jeśli nawet nie była na wskroś polityczna, była elementem filozofii świętego spokoju; Poznań – dawał znać Urząd Miasta – nie potrzebuje lewackiego zawracania głowy. W kuriozalnym uzasadnieniu swego stanowiska prezydent podnosił, że manifestacja mogłaby “zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach”, a więc należało jej zakazać na podstawie art. 8 pkt 2 Prawa o zgromadzeniach. Kłopot w tym, że Poznań powoływał się nie na zagrożenie ze strony manifestantów, lecz brunatnych przeciwników parady. Zakaz Marszu był więc nie tylko pokazem bezradności władz – te wszak de facto przyznały, iż nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa miastu i protestującym – ale i podwójną kapitulacją Grobelnego: przed prawicowymi bojówkami – i przed zdrowym rozsądkiem. Kilka miesięcy później wojewódzki sąd administracyjny w Poznaniu uznał bowiem zakaz manifestacji za nielegalny; złamanie prawa potwierdził 25 maja 2006 Naczelny Sąd Adminstracyjny wskazując, iż decyzji o zakazie zgromadzenia nie można opierać na domniemanym zagrożeniu ze strony jego przeciwników. W uzasadnieniu orzeczenia NSA podnosił, iż linia rozumowania prezydenta Poznania “prowadziłaby do uniemożliwienia realizacji wolności pokojowych zgromadzeń, których celem miałoby być prezentowanie jakichkolwiek wywołujących większe lub mniejsze emocje i kontrowersje” treści, decyzja Grobelnego stanowiła zaś pogwałcenie art. 57 Konstytucji RP. Nim jednak do wydania tego wyroku doszło, policja zdążyła rozpędzić odbywający się mimo sprzeciwu władz Marsz. Nagranie z brawurowej akcji prezentowane było w dziennikach po obu stronach Atlantyku, Amnesty International wydała oświadczenie potępiające łamanie praw społeczności LGBT w Polsce, zaś Specjalny Przedstawiciel ONZ do spraw Obrońców Praw Człowieka wysłał w tej sprawie w trybie pilnym zapytanie do polskiego rządu. Choć więc świat usłyszał wreszcie o Poznaniu, nie była to promocja, na którą liczyli włodarze miasta. Filozofia świętego spokoju przyniosła kłopoty, o których ekipie Grobelnego wcześniej się nie śniło.

Ponieważ jednak mieszczaństwo to raczej stan psychiczny niż program wyborczy – polityka władz jest kontynuowana. Choć miasto nie zakazuje już pokojowych zgromadzeń, to przykład sporu dotyczącego skłotu na Rozbracie pokazuje, że brak problemów nadal jest w Poznaniu wartością naczelną. Przypomnijmy: Rozbrat mieści się na ulicy Pułaskiego i zajmuje bez podstawy prawnej kilka opuszczonych działek, z których część należy do władz publicznych, część zaś do prywatnych właścicieli. Na terenie skłotu od 16 lat organiowane są wystawy, koncerty, spotkania poetyckie i dyskusje; działa biblioteka; swoją siedzibę ma tam kilka niezależnych organizacji społecznych. Rozbrat to więc inicjatywa cenna – ale i niewygodna: przedstawiciele skłotu nie raz bowiem krytykowali władze miejskie za podejście do problemu biedy i budownictwa socjalnego. Anarchiści nigdy nie byli przy tym uważani przez miasto za partnera do rozmów; tak często dzieje się z poglądmi, które wykraczają poza ramy prezentowane w mainstreamie konsultacji społecznych. Rozbrat nie jest więc niestety uznawany za wartość dodaną dla szarej bryły miasta, lecz jest dla prezydenta Grobelnego problemem, który należy usunąć z widoku mieszkańców. Temu właśnie służyła propozycja władz, które zaproponowały skłotowi działkę zastępczą – kilkanaście kilometrów od centrum Poznania. Alternatywne poglądy dziwnie ubranych ludzi nie powinny więc zdaniem Urzędu Miata kłuć w oczy poznaniaków. Zamiast lewicowego wegetarianizmu władze wolą tradycyjne, narodowe kanapki dostarczane przez Litara.

Jakby tego było mało – odbyła się Malta. Idiomem tegorocznego festiwalu było wykluczenie; wydarzenia towarzyszące Malcie pokazały przy tym, że trudno o właściwsze miejsce dla dyskusji o tym problemie. Świetny artykuł napisał na ten temat Michał Wybieralski – TU link do poznańskiej Gazety Wyborczej – teraz jednak krótkie podsumowanie tych intrygujacych wydarzeń. Malta rozpoczęła od uroczystej kolacji, w której uczestniczył dyrektor festiwalu, Michał Merczyński oraz prezydent Ryszard Grobelny. Pożywna strawa serwowana była w restauracji Piano Bar, miejscu znanym z wyszukanej klienteli; Piano Bar jest bowiem jednym z tych miejsc w Poznaniu, gdzie nie obsługuje się Romów (inny znany przykład to Cuba Libre). Sprawa, nagłośniona przez Gazetę, nie zdążyła jeszcze ucichnąć – protestowało m.in. Stowarzyszenie Romów w Polsce i pracownicy Poznańskiego Centrum Praw Człowieka PAN – a już odbyła się debata w sprawie głośnego projektu “Minaret” Joanny Rajkowskiej. Artystka planowała zamienić komin starej piekarni na Garbarach w rzeźbę o kształcie minaretu; lokalizacja komina sprawiłaby zaś, iż rzeźba stałaby dokładnie na linii łaczącej poznańską Katedrę i synagogę, co symbolizowałoby dialog i pokojowe współistnienie kultur. Nawet jednak – zupełnie symboliczna – obecność islamu w przestrzeni miejskiej wzbudziła sprzeciw władz i samych poznaniaków. Niemożność realizacji projektu stała się metaforą silniejszą od samego pomnika. W dyskusji na temat tego artystycznego – a może raczej: urbanistycznego i cywilizacyjnego – fiaska władze de facto nie uczestniczyły. Całości okołofestiwalowych kuriozów dopełnił wreszcie incydent związany z Deuxieme Groupe d’Intervention, francuską grupą teatralną, która – “epatując w trakcie przedstawienia nagością” – została ukarana mandatem w wysokości 100 zł na osobę. Można ten przykład bagatelizować, ale trzeba pamiętać, że idzie on z góry; policjanci także wyczuwają atmosferę, jaką tworzą włodarze miasta.

Znamienne jest też, iż w czasie gdy na Malcie koncert dawał Manu Chao, władze Poznania przygotowywały się do ogłoszenia decyzji o eksmisji niepłacących czynszu, trudnych lokatorów do kontenerów, które stanąć mają przy ulicy Średzkiej. Prezydent Grobelny zapowiadał wcześniej w tej sprawie debatę społeczną i naukowe ekspertyzy; koniec końców konsultacje wykluczono i prezydent decyzję podjął sam. W rezultacie, o ile nic się nie zmieni, pierwsi lokatorzy trafią do nowiutkiego getta na Zawadach już we wrześniu. Tomasz Sadowski, Prezes Fundacji Barka, wskazywał wielokrotnie, że budowa osiedla kontenerów to najprostsza droga do społecznego wykluczenia; nawet wiceprezydent Poznania, Jerzy Stępień, wskazywał, że taka enklawa może powodować dalszą marginalizację jej mieszkańców. Radni Poznania – z których część sprzeciwiała się postawieniu kontenerów – reagowali przy tym alergicznie na odbywające w trakcie sesji Rady Miasta protesty anarchistów w tej sprawie: jak donosiła Wyborcza radni “komentowali w kuluarach, że protestujących <<powinno się pałami rozpędzić>> oraz, że <<pewnie nigdy nie mieszkali koło penerów>>”. W istocie więc polityka władz sprowadza się nie do rozwiązania problemów – tu potrzebe jest bowiem aktywne działanie – lecz do usunięcia kłopotliwych mieszkańców na peryferia; problem nie ma zniknąć, lecz ma przestać być widoczny. Ma się to stać możliwie najtaniej: kasa miejska, z której coraz to nowe fundusze przeznaczane są na remont Stadionu, nie jest bowiem dość pojemna, by starczyło na budownictwo socjalne. Prężne przedsiębiorstwo zwane Poznianiem stawia sobie wielkie cele: w trudnych czasach kryzysu trzeba więc ciąć koszty ludzkie.

Poznań nie upamiętnił też nadal swej przedwojennej, żydowskiej przeszłości, czego dowodzi sprawa obozu pracy dla Żydów na terenie byłego stadionu im. Szyca oraz ciągle niewpisanej do rejestru zabytków i wciąż niszczejącej synagogi przy ulicy Stawnej. Pomysły na zagospodarowanie pierwszego z tych miejsc są rozmaite; żaden z nich jednak nie przewiduje upamiętnienia ofiar holokaustu wieszanych w czasie okupacji na szubienicach rozmieszczonych wokół dawnego stadionu. Z kolei synagoga, przekazana kilka lat temu gminie żydowskiej, z konieczności funkcjonuje nadal jako pływalnia; gmina nie ma bowiem pieniędzy na remont obiektu, miasto zaś nie wspiera jej w tym zakresie. Biorąc pod uwagę, że to właśnie w czasie okupacji synagoga została przeznaczona na pływalnię dla żołnierzy Wehrmachtu, fakt, iż nadal w centrum miasta można pluskać się w bożnicy nie jest dla miasta koziołków dobrą wizytówką.

Już krótki przegląd tych problemów pokazuje: something is rotten in the state of Denmark. Czy jednak – tak jak sugeruje Wybieralski – problemem jest to, że “rządzący Poznaniem zza swoich biurek, spektakularnych inwestycji, z trybun miejskiego stadionu” nie dostrzegają już mieszkańców? Czy też problemem jest raczej to, że sami mieszkańcy Poznania wolą wieść życie spokojne i krzywo spoglądają na wichrzycieli o niemoralnych poglądach i dziwnej aparycji – a władze tylko wyczuwają i zagospodarowują ten trend? To trudne pytanie. Bez względu jednak na to, czy Poznań wyklucza, bo ma takie władze, czy też ma takie władze, bo wyklucza – problem pozostaje. Trzeba o nim pamiętać nad przyjemnymi brzegami Jeziora Maltańskiego, na wesołej plaży chwaliszewskiego KontenerART czy w rewitalizowanych murach Starej Rzeźni; trzeba o tej sprawie myśleć też w Łodzi, Wrocławiu czy w Warszawie – artykuł taki można by bowiem napisać i o innych polskich miastach. A pamiętać trzeba, bo nawet jeśli sami zazwyczaj staramy się nie wykluczać, to przecież wszyscy – z racji bycia ludźmi – nosimy w sobie potencjał do wykluczających zachowań. Świadomość tego faktu może i powinna być dla nas samoograniczenem. Jeśli zaś zapomnimy, to szybko możemy stać się strasznymi mieszczanami z wiersza Tuwima, którzy zamknięci w swym homogenicznym świecie nie szukają różnorodności, lecz wolą zaufać znajomym kształtom. I którzy:

“Trochę postoją, trochę posiedzą.
I wszystko widmo. I wszystko fantom”.

2 responses to “Straszni mieszczanie

  1. Mysle intensywnie nad tym co napisales i nie moge podwazyc Twoich argumentow, bo sa calkowicie trafne…i choc wierze, ze konstruktywna krytyka nikomu nie zaszkodzi to jednak niepokoi mnie ogolny wydzwiek Twojej wypowiedzi.
    W przeciwienstwie do Ciebie moj stosunek do Poznania jest raczej ambiwalentny. Jednak jako rodowita Poznanianka (z dziada pradziada i babci Bamberki), musze wyrazic swoj sprzeciw wobec kreowanej przez Ciebie wizji miasta. Moze jestem do cna mieszczanska, ale niektore z opisanych sytuacji widze nieco inaczej.
    Poznan jest tak samo przecietny jak i pragmatyczny. Na pewno nie sa to przymiotniki konotujace przyjemne skojarzenia. Bo Poznan choc enigmatycznie “know how” nie jest ani “the meeting place”, ani stolica europejskiej kultury. Choc byc moze przez bliskosc Gniezna marzy mu sie historyczne utozsamienie ze stolica, wiadomo ze do niej mu daleko. Nie ma tez tak pasjonujacej historii jak Krakow. Nie promuje go wiec otulina polskiego folkloru. Nie jest tez postsocjalistycznym molochem, skutecznie lansujacym sie na miasto nowoczesne i przedsiebiorcze, w dodatku ze stolica w tytule.
    Poznan ma wiec gleboki problem z tozsamoscia, ktory jak dla mnie wymaga glebokiej rewizji. Plan, ktory okreslalby w ktora strone miasto ma sie rozwijac bylby z pewnoscia konstruktywny, zarowno dla mieszkancow ktorzy wiedzieliby gdzie mieszkaja, jak i dla przedsiebiorcow, ktorzy zdawaliby sobie sprawe w co inwestuja.
    Jak dotad mieszkamy w Grodzie Przemysla…jesli ktos tu inwestuje, to chyba li w wielka niewiadoma. Co komu odpowiada.
    Martwi mnie takze fakt, ze jesli cos probujemy zorganizowac z przytupem i nalezytym rozglosem wytykana jest nam (najczesciej przez warszawskich dziennikarzy), historia regionu i zabytkow, ktorych przestrzen jest wykorzystywana (zalaczam link : http://www.mediations.pl/Komentarz_na_marginesie_wobec_innych_komentarzy_-470).
    A przeciez dzieje sie niemalo! W ostatnim czasie goscilismy w Poznaniu swiatowej slawy zespoly i muzykow. Co roku w wakacje organizowana jest festiwal teatralny Malta, a w ciagu roku preznie dzialaja roznej masci teatry. Jestesmy na biezaco z repertuarem kinowym, zarowno tym z obszarow mainstreamu jak i tym kategoryzowanym jako offowy. Istnieje takze « Poznan poetow ». Co dwa lata organizowane sa, wspomniane juz Biennale Mediations. Nie mozna zaprzeczyc ze galeria Grazyny Kulczyk nie sprowadza swiatowej slawy artystow ! Nie wspominajac juz o pomniejszych galeriach sztuki dzialajacych na obszarze miasta…
    Wszystko to jednak nie jest utozsamiane z marka, jaka moglby byc Poznan, gdyby tylko nie brakowalo odpowiednich srodkow marketingu.
    W zamian za to otrzymujemy marketing jaki od kilku lat serwuje nam gazeta wyborcza (nie jestem jej wrogiem, ale jak dla mnie kreuje ona wizje Poznania, z ktora najzwyczajniej sie nie zgadzam).
    Twoja wypowiedz jest potwierdzeniem jaka sile opiniotworcza ma gazeta w. Od jakiegos czasu kreuje ona obraz Poznania jako miasta zamknietego, homofobicznego sprzyjajacego li kulturze fizycznej. Pewnie tez poniekad uleglam tej wizji. Nie rozumiem bowiem dlaczego zwyklismy godzic sie z tym ze pieniedzy na kulture zawsze brakuje, podczas gdy sport w Poznaniu dotowany jest na tak horendalne kwoty. Wydaje mi sie, ze w dzialaniu wladz, brakuje rownowagi. Nie dostrzegam nic zlego w utozsamianiu Poznania ze sportem, tym bardziej ze nie jest to tylko pilka nozna, ale takze chociazby regaty na jeziorze matanskim. Wszak sport to zdrowie, a kultura fizyczna juz przez starozytnych Grekow uwazana byla za wazny element zycia spolecznego.
    Martwi mnie tylko, ze Poznan stal sie malym poletkiem do wielkiego posmiewiska. Choc jako pierwsi wybudowalismy stadion miejski, nasza druzyna zdobyla Puchar Polski, a grupa kibicow, ktorzy co sobote chodzili na mecze mimo ostatnich niepowodzen nadal nie slabnie, to wszystko to zamienilismy na ironiczny slogan spod budki z parowkami Litara. W tym miejscu moglabym nam wszystkim zyczyc smacznego… co dziwne jednak nie mam ochoty udlawic sie i tym razem.
    Konczac chcialabym li przypomniec, ze choc zdaje sobie sprawe, ze miasto nie rzadzi sie samo, a wladzom w Poznaniu pozostaje sporo do zarzucenia, to pamietajmy, ze na kreowanej wizji miasta cierpia ci ktorym naprawde lezy ono na sercu i ktorzy mimo utrudnien pracuja nad wizeruniem miasta w roznego rodzaju placowkach kultury i nie tylko.

  2. Na początek pewnie musimy sobie jedną rzec wyjaśnić: mój stosunek do Poznania też jest ambiwalentny. Napisałem na początku artykułu, że lubię Poznań – i to jest prawda, ja jestem z tym miastem związany emocjonalnie. Jak w każdym związku: niektóre rzeczy uwielbiam – tych jest więcej – inne mnie wkurzają. Nie jest to bynajmniej związek toksyczny – gdyby nim był, to bym się wyprowadził. Ale niektóre rzeczy mnie irytują i to o nich jest ten artykuł. Musisz na niego patrzeć nie jako na ocenę globalną miasta – moja ocena globalna Poznania jest dużo bardziej pozytywna niż wydźwięk tego artykułu – ale jak na listę problemów, z którymi musimy sobie poradzić.

    Ja się zgadzam, dużo się w Poznaniu dzieje.Do tej listy dodałbym np. Animatora czy działalność KontenerART. Ale ten artykuł nie jest de facto o braku kultury, a o braku chęci zaakceptowania pewnej alternatywy dla standardowego stylu życia czy postrzegania rzeczywistości. Myślę, że duch Poznania jest w jakimś stopniu dość konserwatywny, i że włodarze miasta patrzą na te nowoczesne fanaberie (skłoty, imigrantów czy chociażby modę na rowery) jeśli nie niechętnie – to z dużą obojętnością. Wiesz, myślę, że to tak naprawdę jest stary problem relacji pomiędzy wolą większości a prawami wykluczanych mniejszości: mało kto rozumie, że demokracja i prawa mniejszości stoją w dużej mierze w sprzeczności – paradoksalnie jednak dla dobra demokracji to większość musi ustępować w tym momencie mniejszości i dla dobra ogółu ograniczać swój interes. Choć więc w krótkoterminowym ekonomicznym interesie poznaniaków jest wywiezienie trudnych lokatorów do getta pod Poznania, choć krótkoterminowo miastu opłaca się sprzedać dobrze działkę na Pułaskiego czy działkę na Marcinkowskiego przeznaczyć na kolejny supermarket – to długofalowo dla miasta ważniejszy jest, jak sądzę, projekt rewitalizacji Warty czy rewitalizacji dzielnic biedy. Myślę, że Poznań mógłby postawić na to, co w 1956 r. jako pierwszy eksportował na Polskę – na wolność. Zamiast “Poznań – miasto know-how” – Wolne Miasto Poznań:)

    I takiemu wizerunkowi nie przeszkadzałby ani sport – jeśli coś krytykuję to zachwianie proporcji, bo to że Stadion powstał to oczywiście dobrze, choć źle że są niejasności co do sposobu jego zarządzania i układów klub-miasto-kibice – ani ewentualne niedostatki kulturalne. Myślę, że to jest marka, którą Poznań mógłby promować, co jednak wymagałoby inwestycji właśnie w te rejony, o których piszę w artykule.

    Ściiiiiiiiiisk, Domi:)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s