Brewiarz liberała

Autor: Wojciech Sadurski
Tytuł: Liberałów nikt nie kocha. Eseje i publicystyka 1996-2002
Miasto: Warszawa
Rok: 2003
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Stron: 254
ISBN: 83-7255-157-X


Autor: Wojciech Sadurski
Tytuł: Liberał po przejściach. Publicystyka i eseje 2003-2006.
Miasto: Poznań
Rok: 2007
Wydawnictwo: SENS
Stron: 230
ISBN: 978-83-86944-68-2

 

Liberalizm jest jak punk rock – to nie są rurki z kremem. W gruncie rzeczy niełatwo jest być jego zwolennikiem: na co dzień można za to dostać łatkę istoty amoralnej, od święta zaś – przegrać wybory. Paradoksem jest bowiem, że nasza (mniej lub bardziej) liberalna demokracja funkcjonuje w kraju, którego debata publiczna zdominowana jest przez tradycjonalistów. Wahadło języka polityki wychyliło się w prawą stronę: restrykcyjna ustawa antyaborcyjna stała się w ten sposób „ogólnonarodowym kompromisem”, konserwatyzm – cnotą, a tolerancja i liberalizm – drwiącymi półprzekleństwami. W tej sytuacji liberał może albo okopać się po lasach i bazgrać manifesty po drzewach, albo wprost przeciwnie: zbierać argumenty w poręczne kołczany i w kontrofensywie starać się walczyć o rząd dusz i umysłów. Temu też, jak sądzę, służyć mogą dwie książki Wojciecha Sadurskiego:„Liberałów nikt nie kocha” i „Liberał po przejściach”. Książki te – stanowiące zbiór esejów autora z lat 1996-2006 – są bowiem małym katechizmem liberała: porządkują główne prawdy wiary, wprowadzają w podstawowe dylematy tej filozofii i, co także jest wartością, dają do ręki argumenty w sporze z innowiercami.

Już w pierwszej ze swoich książek profesor Sadurski wprowadza niezwykle porządkujący podział na liberalizm pierwszego i drugiego stopnia. Liberalizm pierwszego stopnia – zacznijmy po kolei – jest pewną filozofią społeczną, stanowiącą konkurencję wobec ideologii takich jak konserwatyzm, socjalizm czy nacjonalizm. Tak jak ten ostatni za najwyższą wartość uznaje wspólnotę narodową, tak liberalizm w wolności jednostki gotowy jest widzieć najcenniejsze dobro. To jednostka bowiem, zdaniem liberała, jest w stanie najlepiej kształtować swoje życie i to zarówno w sferze osobistej (moralność, religia, orientacja seksualna) jak i ekonomicznej (zawód, sposób zarządzania własnością). Zadaniem państwa jest więc jedynie umożliwić człowiekowi samorealizację; w sferze osobistej nie narzuca ono jednostce norm moralnych. Z kolei w sferze ekonomicznej państwo winno dodatkowo stworzyć swoim obywatelom realne możliwości równego startu w życie zawodowe; w tym celu filozofia ta – wbrew temu, co często się twierdzi – dopuszcza współcześnie redystrybucję dóbr. Mówiąc obrazowo: liberalizm nie ingeruje w bieg, ale sprawiedliwie ustawia bloki startowe.

Od ideologii liberalnej w tym znaczeniu odróżnić trzeba liberalizm drugiego stopnia. Ten, nazwijmy go, metaliberalizm nie odpowiada na pytanie “Jak żyć?”, lecz jest doktryną na wskroś polityczną: mówi bowiem jak w jednym społeczeństwie koegzystować mają ze sobą ludzie o tak różnych poglądach jak liberałowie (pierwszego stopnia), konserwatyści czy nacjonaliści. Koegzystencja ta możliwa jest pod dwoma warunkami. Po pierwsze, współżycie to wymaga tolerancji dla innych poglądów: nie oznacza to ich akceptacji, lecz ich krytyka nie może zamieniać się w narzucanie innym własnych przekonań. Rozwijając myśli Rawlsa, Sadurski wskazuje też na drugi warunek: prawo nie może opierać się na konkretnym kodeksie etycznym lub określonej religii. W takim przypadku zostałoby one odrzucone przez zwolenników innej moralności, innowierców lub ateistów. Prawo musi więc być oparte na powszechnie przyjętych wartościach i teorii służącej jego legitymizacji. Wyrażając to w prostszy sposób: musi być ono więc ustanowione przez kompetentne organy państwa we właściwej procedurze i w zgodzie z naczelnymi wartościami, wyrażonymi w konstytucji. Tylko takie prawo wydać się może wszystkim członkom wspólnoty racjonalnie uzasadnione – a więc legitymowane i nadające się do stosowania.

Zauważyć trzeba, że na obu poziomach brak jest – co się często liberalizmowi zarzuca – relatywizmu. Na poziomie pierwszym nie może być o nim mowy: liberalizm jako doktryna konkurencyjna prowadzi wszak spór z innymi ideologiami i często jest to spór pryncypialny (jak pokazuje chociażby polemika Sadurskiego z profesorem Legutko). Metaliberalizm nie relatywizuje z kolei zasady tolerancji, twardo przy niej obstawiając. Jednocześnie odrzuca uzasadnienia religijne i domaga się oparcia życia społecznego na normach prawnych umotywowanych racjonalnie. Sprzeciwia się też kulturowej relatywizacji tych zasad, uznając że argument „tradycja rzecz święta” służy władzy do uzasadnienia naruszeń praw jednostek. Wymagając świeckiego i neutralnego charakteru władzy państwowej, liberalizm nie ruguje przekonań moralnych i religijnych z życia publicznego. To państwo ma być liberalne – nie zaś wszyscy jego obywatele.

Tu zresztą krótka uwaga: liberalizm o tyle różni się od innych ideologii, że funkcjonując na dwóch poziomach niesie za sobą niezwykły i nieunikniony paradoks. Wielkie totalitaryzmy – faszyzm i komunizm – zakładały transformację całego społeczeństwa; okres, w którym zwolennicy nowego ustroju współżyć mieli z liberałami i konserwatystami traktowany był w nich jako zło konieczne, przystanek na drodze do nowego, jednolitego ładu. Liberalizm zaś, przywiązany do idei wolności jednostki, uznaje jej prawo do wyboru innych ideologii. Ideologia ta – choć na pierwszym poziomie przekonuje do swych racji – na drugim zakłada, że nie każdy zostanie przekonany. Jedynym możliwym społeczeństwem jest więc społeczeństwo pluralistyczne, w którym pokojowy konflikt i różnorodność to nie powód do zgryzot – ale  pewna pożądana stała. Liberalizm się samoogranicza: nie będąc systemem totalnym jest może mniej romantyczny i wzniosły – ale bezpieczniejszy i bardziej przyjazny człowiekowi.

Omawiając liberalną demokrację, Sadurski obala też funkcjonujący dość powszechnie mit “głosu ludu”. W publicystyce i w politycznych swarach często pojawia się bowiem argument, iż najdoskonalszą i najczystszą formę demokracji jest jej forma bezpośrednia: cóż może być bowiem bardziej demokratycznego niż referendum? To jednak bardzo uproszczone rozumienie tego systemu. Demokracja nie jest bowiem dyktaturą większości, lecz “formą uzgadniania społecznych interesów i preferencji”; powinna więc polegać na szukaniu kompromisu pomiędzy większością a mniejszością. Referendum tej możliwości nie daje: do wyboru jest czerń albo biel i nie występują między nimi odcienie szarości. Co za tym idzie, demokracja bezpośrednia nie jest wcale lepszą formą demokracji przedstawicielskiej – lecz formą inną. Formą, która ma swe niewątpliwe zalety (wyższa legitymizacja decyzji), ale – ze względu na zagrożenie populizmem – także i całkiem realne wady.

Szczególnie wiele miejsca – jak każdy szanujący się liberał – poświęca profesor na omówienie dylematów dotyczących praw i wolności człowieka. Dominują artykuły dotyczące wolności słowa. Wolność ta, dobro w swej istocie piękne i szlachetne, ma paradoksalną cechę: w państwie liberalnym mówi się o niej nie przy okazji poruszających aforyzmów – wypowiedzi mądrych wszak nikt nie cenzuruje – lecz przy okazji wypowiedzi ohydnych i szpetnych. Trudno nie zgodzić się z profesorem: wolność słowa to także prawo do mówienia rzeczy głupich, rażących i niskich. Nie jest to jednak, banalna prawda, wolność absolutna – prawo do mówienia może być bowiem zgodnie z polską konstytucją ograniczone (jak każde inne prawo) między innymi ze względu na moralność publiczną i prawa innych osób.

Tu po raz pierwszy nie zgadzam się z profesorem: Sadurski, potępiając rzecz jasna same czyny jako moralnie paskudne, sprzeciwia się karaniu kłamstwa oświęcimskiego i katyńskiego. Uznaje on bowiem, że kłamstwa te nie mogą naruszać moralności publicznej i praw innych osób, zaś ich karanie naruszałoby samą istotę wolności słowa, jaką jest prawo do mówienia nieprawdy (wolność słowa byłaby wszak iluzoryczna, gdy dotyczyła tylko zdań prawdziwych). To sprawia, że kłamstwa te – choć oburzają liberała – nie mogą być karane: stanowią więc one dla niego trudny test przywiązania do wolności. Ja ten test, przyznaję, oblewam. Kłamstwo totalitarne – dotyczące, przyjmijmy taką roboczą definicję, zbrodni nazistowskich, komunistycznych, zbrodni przeciw ludzkości, pokojowi i zbrodni wojennych – jest karane bowiem tylko wtedy, gdy wypowiadane jest wbrew faktom: wolno więc prowadzić badania i publikować ich wyniki, karane ma być zaś jedynie kłamstwo świadome i dokonywane z premedytacją. Czy narusza to istotę wolności słowa? Choć wartość ta to prawo do wypowiadania tak zdań prawdziwych, jak i nieprawdziwych, to wydaje się jednak rzeczą słuszną, by przyznawać większą ochronę zdaniom rzetelnym: to karanie za prawdę naruszałoby więc istotę wolności słowa. Stąd też nie może dziwić, że polskie prawo karne szerzej karze kłamliwe zniesławienie; za prawdę skazać można tylko wyjątkowo. Prawo, mówiąc trywialnie, łgarstwo traktuje gorzej. Skoro tak, to trudno potępiać karanie tak ohydnych kłamstw, jak kłamstwa totalitarne. Ich prawne zwalczanie jest możliwe, bo (w mojej ocenie) takie użycie wolności słowa narusza tak prawa innych osób – godność rodzin ofiar i przedstawicieli grup prześladowanych – jak i moralność publiczną. Zgadzam się z profesorem, który, omawiając ograniczenia w rozpowszechnianiu pornografii, stwierdza: „W przeciwieństwie do bardziej radykalnych ode mnie kolegów liberałów, którzy uważają, że publiczne zgorszenie nie jest wystarczającą podstawą zakazu, sądzę, iż ludzie mają prawo być chronieni przed publicznie eksponowanymi obrazami czy treściami, które ich gorszą i wprowadzają w stan zakłopotania”. Zdanie to idealnie pasuje do kłamstw totalitarnych: jest w nich bowiem, jak sądzę, coś wielokrotnie bardziej gorszącego i niebezpiecznego niż w żywiołowej scenie porno puszczonej w centrum miasta.

Sadurski rozwiewa kilka mitów dotyczących aborcji. Pierwszy to ten, iż obecny stan prawny jest wynikiem jakiegoś głębokiego i przemyślanego kompromisu. Wręcz przeciwnie: obecny kształt ustawy wynika nawet nie z decyzji parlamentu, lecz niezwykle kontrowersyjnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który uznał aborcję ze względów społecznych za niezgodną z demokratycznym państwem prawa. Również badania opinii publicznej nie dowodzą głębokiej społecznej zgody w tej tematyce. Konflikt wokół aborcji – z przerwami – trwa w kraju cały czas; Sadurski celnie zaś wskazuje na luki w argumentacji strony pro-life. Zwolennicy prawa do aborcji (nie „zwolennicy aborcji”, bo nikogo takiego nie ma) uznają aborcję za zło; ta dramatyczna decyzja wydaje się im jednak niejednokrotnie złem mniejszym. Uważają tak dlatego, iż choć życie i zdrowie płodu chronione jest od poczęcia, to chronione winno być z różną intensywnością, zależną od stopnia rozwoju. O ile więc prawo płodu w ósmym miesiącu ciąży nie musi ustępować przed trudną sytuacją życiową przyszłej matki, o tyle już prawo do życia zygoty musi czasem ustąpić prawu kobiety: do zdrowia, wolności osobistej czy życia prywatnego. Nierówność stopnia ochrony życia przyznają zresztą i sami działacze pro-life: dlatego, iż życie płodu chronimy z mniejszą intensywnością od życia już urodzonych, aborcję każemy lżej niż przestępstwo zabójstwa. Różnicę tę – mimo retoryki „morderstwa najbardziej bezbronnych” – rozumieją też i przeciwnicy aborcji, stąd tak mało w więzieniach lekarzy i kobiet po zabiegu.

Tym, co narodowców przyprawi o zapalenie wyrostka, jest jednak nie aborcja, lecz rozdział o Europie. Sadurski pisze bowiem wprost: wchodząc do Unii straciliśmy częściowo suwerenność – no i bardzo dobrze! Skąd takie radykalne poglądy profesora? Z rozróżnienia pomiędzy suwerennością a niepodległością. Ta pierwsza to ukute po traktacie westfalskim pojęcie prawne, wyrażające fakt sprawowania samodzielnej władzy na danym terytorium: wyłącznego prawa do stanowienia norm, którym inni musza się podporządkować. Pojęcie to, dowodzi Sadurski, jest już jednak anachroniczne: w powyższym sensie państw suwerennych po prostu już nie ma. Od czasu uchwalonej w 1948 r. Powszechnej Deklaracji, państwa muszą bowiem podporządkować się podstawowym wymogom dotyczącym praw człowieka; uzyskały one status zwyczajowego prawa międzynarodowego i wiązałyby państwo nawet wówczas, gdyby to wypowiedziało Deklarację. W tym sensie państwo nie jest już w pełni suwerenne: normy te zostają mu wszak narzucone przez wspólnotę międzynarodową. Podobnie jest też z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka – którego decyzjom państwa podporządkowują się, przekazując mu suwerenność orzekania – a zwłaszcza z Unią Europejską. Bez wątpienia Polska odstąpiła jej znaczną część swojej suwerenności: Wspólnota stanowi normy stosowane bezpośrednio na polskim terytorium, krajowe władze związane są zaś nie tylko prawem wspólnotowym, lecz także liberalnymi wartościami, które Unia utożsamia. Czy jednak utrata suwerenności na rzecz Wspólnoty oznacza też utratę niepodległości? Otóż nie. Jeśli bowiem zaczniemy prawo unijne ignorować, łamać wartości europejskie i działać antydemokratycznie, to nikt – jak zauważa Sadurski – nie wyśle przeciwko nam czołgów. Nikt nam siłą niczego nie narzuci: jesteśmy bowiem państwem niepodległym. Co najwyżej wyrzucą nas z Unii Europejskiej i Rady Europy; tracąc w niej członkostwo, odzyskamy zaś suwerenność. Przekazanie części suwerenności nie było bowiem przejawem utraty, lecz korzystania z niepodległości, podobnie jak – wybaczcie to trywialne porównanie – poddanie się opiece fryzjera nie jest przejawem utraty prawa do włosów, lecz przejawem korzystania zeń.

To rzecz jasna nie wszystkie tematy poruszane w książkach; by nieco do nich zachęcić dodam, iż jest w nich także pornografia, internet i przemoc. Już jednak rzut oka na powyżej omówione wątki pozwala widzieć w tych książkach użyteczny bryk z liberalizmu i przystępne wprowadzenie do jego problemów. I choć lektura ta – nie ukrywajmy – nie przekona konserwatystów, to stanowi ona wspaniały oręż w walce przeciwko populistom i korwinowskim szarlatanom. Warto uzbroić się w tę broń, by pokazywać jak daleko tym ludziom od współczesnego liberalizmu oraz jak wsteczne i anachroniczne jest ich myślenie o wolności. Dyskusję tę zaś trzeba prowadzić, uparcie wierząc w konwersję korwinistów – i nie tylko ich – na nasze wyznanie. Jak bowiem słusznie zauważa Sadurski, z liberalizmem jest jak z wiernością małżeńską: czasem czegoś nam w nim brakuje, lecz w gruncie rzeczy wiemy, że to jedyna przyzwoita postawa.

One response to “Brewiarz liberała

  1. Juraświńska

    Świetne, świetne, świetne. Zwłaszcza, że oręż do walki z szarlatanerią potrzebny od zaraz!
    Przez ferie zdążę się uzbroić, mam nadzieję ;) Musisz mi tylko pozaznaczać te fragmenty z przemocą i pornografią :D

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s