J. Kilmer: “Delikatesy”

Większą część dzisiejszego przedpołudnia spędziłem w kolejce w osiedlowych delikatesach. Miałem sporo czasu na rozmyślania; gdzieś po drodze przypomniał mi się ten wiersz Kilmera. To moje pierwsze tłumaczenie, gdzieś z okolic drugiej klasy liceum. Zamieszczam pod wpływem skojarzenia i sentymentu.

JOYCE KILMER – DELIKATESY

Czemuż plotkarska, drwiąca Sława
jest głucha wobec jego czynów?
Czemuż nasz śmiech pogardę zdradza,
czerpiących z jego magazynu?

Oto jest sklep! Tu cuda, czary!
Nagroody z czterech świata końców!
Korzenne z Wschodu są przyprawy;
owoc, we włoskim grzany słońcu.

I figi, nad morzem dojrzałe,
aż w Smyrnie; z Brazylii orzechy,
niemieckie mięsa, przyprawiane,
oraz rodzynki ze wzgórz Krety.

On to jest panem dóbr niezwykłych,
z których rad jest ubogi człowiek;
lecz minstrel o nim w pieśni milczy
i lauru brak na jego grobie.

Może żyć musi bez rozgłosu,
ów handlarz małymi szczęściami,
bo sklep jego tłum tworzy osób,
co śpieszą miasta ulicami.

Lecz gwiazdy w większej liczbie świecą,
fiołki zaś rosną milionami,
i, co znać musza wszystkie dzieci,
wieloma gra się pieśń nutami.

Może jest tak, że Sławy zdaniem,
to spojrzenie, co trwogi pełne,
ta twarz, ten sklep i handlowanie
niewybaczalnie są codzienne.

Cóż, prawda to, że nie ma miecza,
by, wisząc, krasy mu przydawał:
przez swoją ladę się przewiesza,
dobywa nóż i ser rozkrawa.

Nie tęskni za herosów czasem,
nie zna rycerskich też zwyczajów.
Myśli o szynce, o herbacie,
miedziakach, centach i dolarach.

Duszę kasami ogranicza;
świat ma niewielki, jak się zdaje.
towary są mu osią życia,
jego nadzieją, jego rajem.

Lecz – ponad sklepem, nad powałą –
kobieta jest i małe dziecię,
co wskroś pokoju przedreptało;
sklepikarz spojrzał nań z uśmiechem.

I on wszak poznał moc uczucia,
kochał jak z Francji prawy panicz;
w głos własnych uczuć był się wsłuchał,
o względy swej zabiegał damy.

I dziś jest w jego sercu płomień,
co skrycie tli się ogniem białym.
Zaskarbił Niebios łaskę sobie
i kocha, będąc też kochanym.

Gdy skończy pracy zaś godziny
(ach, są ostatnie z nich dłużyzną!),
w domu, z żoną i małym synem
nie jest kramarzem, lecz mężczyzną!

I są też ci, którzy z nim piją,
ściskają rękę, życzą zdrowia.
Nie skończy źle, samotnie żyjąc,
prawom przyjaźni kto hołdował.

Któż wie też, jakie wojny co dzień
toczą się w jego małym sklepie.
Na każdym rogu jest wszak złodziej,
co chciałby mu opróżnić kieszeń.

By móc nasycić głód ogniska,
walczy o chleb i o ubranie.
Wokół głowy mu stalą błyska
halo, z lanc wrogów zbudowane.

Targuje się o liche grosze,
gablotę swą jak stół nakrywa.
Na takim polu bitwy toczy,
takimi ciosy je wygrywa.

Cóż, że głos surmy nie przyzywa
pod rozkaz mu legionów zbrojnych?
Cóż, że w dwór ojców nie przybywa
w chwale zwycięzcy z krwawej wojny?

W cudach jest też groteski krztyna,
scena potrzebom zaś nie sprosta:
głupiec będzie na koń się wspinał,
a Chrystus wciąż dosiada osła.

Człek ten ma dom, dziecko i żonę,
i bitwę toczy dnia każdego.
Miłość ma, Boga w sercu, zdrowie;
więcej nie trzeba mu niczego.

O Cieślo, rodem z Nazaretu,
którego matka na wsi żyła!
Czy dzieciom Twym kpić wolno z cechów,
a cichy handel zbywać drwiną?

Mylimy się. Ach, miej wzgląd na to
i oczy daj, by dostrzec jedno:
pod tą kramarza brudną szatą
prawdziwy człowieczeństwa splendor!

—————————————

Why is that wanton gossip Fame
So dumb about this man’s affairs?
Why do we titter at his name
Who come to buy his curious wares?

Here is a shop of wonderment.
From every land has come a prize;
Rich spices from the Orient,
And fruit that knew Italian skies,

And figs that ripened by the sea
In Smyrna, nuts from hot Brazil,
Strange pungent meats from Germany,
And currants from a Grecian hill.

He is the lord of goodly things
That make the poor man’s table gay,
Yet of his worth no minstrel sings
And on his tomb there is no bay.

Perhaps he lives and dies unpraised,
This trafficker in humble sweets,
Because his little shops are raised
By thousands in the city streets.

Yet stars in greater numbers shine,
And violets in millions grow,
And they in many a golden line
Are sung, as every child must know.

Perhaps Fame thinks his worried eyes,
His wrinkled, shrewd, pathetic face,
His shop, and all he sells and buys
Are desperately commonplace.

Well, it is true he has no sword
To dangle at his booted knees.
He leans across a slab of board,
And draws his knife and slices cheese.

He never heard of chivalry,
He longs for no heroic times;
He thinks of pickles, olives, tea,
And dollars, nickles, cents and dimes.

His world has narrow walls, it seems;
By counters is his soul confined;
His wares are all his hopes and dreams,
They are the fabric of his mind.

Yet – in a room above the store
There is a woman – and a child
Pattered just now across the floor;
The shopman looked at him and smiled.

For, once he thrilled with high romance
And tuned to love his eager voice.
Like any cavalier of France
He wooed the maiden of his choice.

And now deep in his weary heart
Are sacred flames that whitely burn.
He has of Heaven’s grace a part
Who loves, who is beloved in turn.

And when the long day’s work is done,
(How slow the leaden minutes ran!)
Home, with his wife and little son,
He is no huckster, but a man!

And there are those who grasp his hand,
Who drink with him and wish him well.
O in no drear and lonely land
Shall he who honors friendship dwell.

And in his little shop, who knows
What bitter games of war are played?
Why, daily on each corner grows
A foe to rob him of his trade.

He fights, and for his fireside’s sake;
He fights for clothing and for bread:
The lances of his foemen make
A steely halo round his head.

He decks his window artfully,
He haggles over paltry sums.
In this strange field his war must be
And by such blows his triumph comes.

What if no trumpet sounds to call
His armed legions to his side?
What if, to no ancestral hall
He comes in all a victor’s pride?

The scene shall never fit the deed.
Grotesquely wonders come to pass.
The fool shall mount an Arab steed
And Jesus ride upon an ass.

This man has home and child and wife
And battle set for every day.
This man has God and love and life;
These stand, all else shall pass away.

O Carpenter of Nazareth,
Whose mother was a village maid,
Shall we, Thy children, blow our breath
In scorn on any humble trade?

Have pity on our foolishness
And give us eyes, that we may see
Beneath the shopman’s clumsy dress
The splendor of humanity!

4 responses to “J. Kilmer: “Delikatesy”

  1. Juraświńska

    Piękny pean na cześć naszych osiedlowych “handlarzy”! Pani Pączkowa, pan Kogut, panie z Tada, z piekarni… Na pewno byliby wzruszeni :D
    Powinieneś wydrukować i wręczyć każdemu z dedykacją przy następnych zakupach ;P

  2. @ Aga: Wyobrażam sobie Pana Koguta, który ze wzruszeniem wtyka sobie wierszydło w kieszeń ufajdanego płaszcza:) Pani Basia zaś zrobiłaby taką reklamę, że w ciągu tygodnia miałbym wieczorek w klubie “Na pięterku”:)

    @ Łukasz: ts;dp

  3. Juraświńska

    Jeeej, wieczorek autorski “Na pięterku” (może w ramach spotkań Klubu Seniora “WIGOR”?) to byłoby coś! Pod warunkiem, że przygrywałoby Ci Dog Days :D

  4. Może z okazji następnego Międzynarodowego Dnia Seniora:)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s