Piosenka na jeża

1. Czy to ptak, ssak czy ryba, czy to lata czy pływa,
Mruczy, warczy, chrobocze czy śpiewa,
Każde z tych stworzeń Bożych możesz czule chędożyć
– Ale jeża przelecieć się nie da!

2. Zobacz: oto jest koza, z którą możesz obcować,
To jest ogier, to klacz, a to źrebak,
Jeśli lubisz przygodę, daj przelizać się krowie
– Ale jeża przelecieć się nie da!

3. Możesz z psem bondage ćwiczyć, jeśli będzie na smyczy,
A dzięcioła odpieścić od drzewa,
Jeśli masz dość odwagi, możesz z lwem się zabawić
– Ale jeża przelecieć się nie da!

4. Mówią: małe jest piękne, więc zaszalej z okrzemkiem,
niechaj skusi cię gibka ameba,
Zerżniesz i pantofelka, jeśli lupa dość wielka
– Ale jeża przelecieć się nie da!

5. Jeśli pragniesz wyzwania, czas na orang-utana,
Gdy ryzyka, to byka ci trzeba,
A gdy dopadniesz węża, możesz go ponaprężać
– Ale jeża przelecieć się nie da!

6. Możesz sparzyć się z sarną, możesz z flądrą iść w tarło,
Do langusty gust z wolna dojrzewa,
Możesz stuknąć żyrafę, jeśli wejdziesz na szafę
– Ale jeża przelecieć się nie da!

7. Gdy rozbudzisz seksapil, to uwiedziesz okapi,
Gdy głos dobry i kobra ulega,
W twój przytulny buduar wejdzie chętny jaguar
– Ale jeża przelecieć się nie da!

8. Możesz pieścić wielbłąda, choć to głupio wygląda,
Lub geparda, co cały jest w piegach
Możesz przerżnąć i żółwia (zejdzie na to ci pół dnia)
– Ale jeża przelecieć się nie da!

9. Orła z łatwością pukniesz, jeśli znasz kamasutrę,
W głos pochwali cię krzykliwa mewa,
Gdy struś pcha głowę w piasek, popchnąć możesz go w pasie,
– Ale jeża przelecieć się nie da!

10. Możesz zbliżyć się z żukiem (jeśli wiesz, gdzie ma pupę),
Gołąb zaś za garść ziaren się sprzeda,
Krokodyla tak przepchasz, że zostanie torebka
– Ale jeża przelecieć się nie da!

11. Stado przychylnych dzików spotkasz rano w paśniku,
Chętne foki zaś leżą na brzegach,
Zyskasz respekt u pandy, jeśli znasz ars amandi
– Ale jeża przelecieć się nie da!

12. Spróbuj wdzięku i lisa – piękny jest jak hurysa –
Albo pumy, co czarna jak heban,
Gdy wymierzysz dokładnie, to ci mrówka przypadnie
– Ale jeża przelecieć się nie da!

*13. Jeśli łapią Cię chucie, spojrzyj w oczy mamucie
Albo spraw, by ryś cnotę odsprzedał,
Pstrąga chwyć na przynętę, gdy okaże zachętę
– Ale jeża przelecieć się nie da!

*14. Gdy masz na schadzkę chrapkę, rzuć się na surykatkę
Lub na kozła, gdy wielka potrzeba,
Jesteś zdesperowany – uczyń cel z iguany
– Ale jeża przelecieć się nie da!

15. Żadnej znanej mi sowy nie zamęcza ból głowy,
Żubra także namawiać nie trzeba,
Chcesz mieć seks jak w pornosach, to przygarnij oposa
– Ale jeża przelecieć się nie da!

16. Rzuć się w chuć z salamandrą, aż jej plamy odpadną,
Waran rad też przychylić ci nieba,
Gdy ją ściśniesz porządnie, ujmiesz i anakondę
– Ale jeża przelecieć się nie da!

17. Możesz mieć kapibarę, choć to trochę kabaret,
Albo skunksa, co cuchnie jak cheddar,
Gdy cię najdzie podnieta, w fałdach skryj się basseta
– Ale jeża przelecieć się nie da!

18. Czy to ptak, ssak czy ryba, czy to lata czy pływa,
Mruczy, warczy, chrobocze czy śpiewa,
Każde z tych stworzeń Bożych możesz czule chędożyć
– Ale jeża przelecieć się nie da!

——-

* – zwrotki napisane przez Agę

Kontekst: http://wiki.lspace.org/mediawiki/Hedgehog_song

O tem co potem

The cemetery of Small Gods was for the people who didn’t know what happened next. They didn’t know what they believed in or if there was life after death and, often, they didn’t know what hit them. They’d gone through life being amiably uncertain, until the ultimate certainty had claimed them at the last. Among the city’s bone orchards the cemetery was the equivalent of the drawer marked misc, where people were interred in the glorious expectation of nothing very much.

Terry Pratchett, Night Watch, Londyn 2003, s. 28.

Biała gorączka

Obudziłem się rano
z osobliwym wrażeniem,
że ktoś inny mi w lustrze
odwzajemni spojrzenie.

Patrzę w moje odbicie…
Czerń mych włosów zanika!
Kropka w kropkę wyglądam
jak brat bliźniak Rubika!

Niezbyt lubię się golić
– a dziś w świat rzucam śmiało:
“Ma ma brzytwa dwa ostrza:
na potwory – i zarost!”

W telewizji Sejm huczy
od żywotnych zatargów,
a ja patrzę na posłów
jakbym czytał Bestariusz!

Idę miastem: policjant
ruch na rondzie usprawnia;
ja mu Znaki posyłam
– a on dać chce mi mandat!

Zaś wieczorem tragedia:
chce całować mnie Kiki,
a ja cios ten paruję
i uprawiam uniki!

Cała owa przemiana
miała jedną przyczynę:
jakiś potwór na Gwiazdkę
dał mi paczkę z “Wiedźminem”!

Grę więc rzucam za szafę!
Grałbym sobie w Sapera,
lecz tykanie (zegara?)
mi zaczyna doskwierać…

[ok. 2010]

Ain’t so vintage anymore


Straszni mieszczanie

Na początek będę wyznawać uczucia: lubię Poznań. Lubię to miasto, bo jeśli chce się wieść żywot wygodny i przyjemny, to jest tu praktycznie wszystko, co przeciętnemu człowiekowi potrzeba do szczęścia. Słowo “praktycznie” jest tu zresztą kluczowe: Miasto z Gwiazdką ma praktycznie pobudowane osiedla, praktyczne i zielone autobusy i tramwaje oraz roztańczone (i zlokalizowane praktycznie) centrum nocnych imprez. To wszystko da się lubić i dlatego i ja jestem pyrą z wyboru i zamiłowania; lubię Poznań – i dlatego też będę go zaraz niemiłosiernie obrażał. Dla mojego miasta – piszę “mojego”, bo czuję, że jest moje – kluczowe jest też bowiem niestety słowo “przeciętny”: Poznań ma niezwykle przeciętne władze, które przeciętność promują, z przeciętności żyją i z przeciętności uczyniły wartość i cnotę. Pewien znany muzyk śpiewał kiedyś, że w tym kraju są zasady/ ten kraj ma to w zwyczaju/ równo ścinać wszystkie głowy wystające zza połowy; nie trzeba się dziwić, że mieszka nad Wartą.

Straszne mieszkanie w strasznych mieszkaniach ma pewnie w Grodzie Przemysła dłuższą tradycję; sumiasty kołtunizm poznańskich władz po raz pierwszy zrobił jednak na mnie wrażenie w 2005 roku. W Polsce trwała wówczas, przypomnijmy, konserwatywna ofensywa, zaś prezydent Ryszard Grobelny gotowy był płynąć z jej ciemnym, mętnym prądem. 25 listopada wydał on decyzję zakazującą Marszu Równości, który odbyć się miał z okazji organizowanych pod egidą UNESCO Dni Równości i Tolerancji. Decyzja prezydenta, jeśli nawet nie była na wskroś polityczna, była elementem filozofii świętego spokoju; Poznań – dawał znać Urząd Miasta – nie potrzebuje lewackiego zawracania głowy. W kuriozalnym uzasadnieniu swego stanowiska prezydent podnosił, że manifestacja mogłaby “zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach”, a więc należało jej zakazać na podstawie art. 8 pkt 2 Prawa o zgromadzeniach. Kłopot w tym, że Poznań powoływał się nie na zagrożenie ze strony manifestantów, lecz brunatnych przeciwników parady. Zakaz Marszu był więc nie tylko pokazem bezradności władz – te wszak de facto przyznały, iż nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa miastu i protestującym – ale i podwójną kapitulacją Grobelnego: przed prawicowymi bojówkami – i przed zdrowym rozsądkiem. Kilka miesięcy później wojewódzki sąd administracyjny w Poznaniu uznał bowiem zakaz manifestacji za nielegalny; złamanie prawa potwierdził 25 maja 2006 Naczelny Sąd Adminstracyjny wskazując, iż decyzji o zakazie zgromadzenia nie można opierać na domniemanym zagrożeniu ze strony jego przeciwników. W uzasadnieniu orzeczenia NSA podnosił, iż linia rozumowania prezydenta Poznania “prowadziłaby do uniemożliwienia realizacji wolności pokojowych zgromadzeń, których celem miałoby być prezentowanie jakichkolwiek wywołujących większe lub mniejsze emocje i kontrowersje” treści, decyzja Grobelnego stanowiła zaś pogwałcenie art. 57 Konstytucji RP. Nim jednak do wydania tego wyroku doszło, policja zdążyła rozpędzić odbywający się mimo sprzeciwu władz Marsz. Nagranie z brawurowej akcji prezentowane było w dziennikach po obu stronach Atlantyku, Amnesty International wydała oświadczenie potępiające łamanie praw społeczności LGBT w Polsce, zaś Specjalny Przedstawiciel ONZ do spraw Obrońców Praw Człowieka wysłał w tej sprawie w trybie pilnym zapytanie do polskiego rządu. Choć więc świat usłyszał wreszcie o Poznaniu, nie była to promocja, na którą liczyli włodarze miasta. Filozofia świętego spokoju przyniosła kłopoty, o których ekipie Grobelnego wcześniej się nie śniło.

Ponieważ jednak mieszczaństwo to raczej stan psychiczny niż program wyborczy – polityka władz jest kontynuowana. Choć miasto nie zakazuje już pokojowych zgromadzeń, to przykład sporu dotyczącego skłotu na Rozbracie pokazuje, że brak problemów nadal jest w Poznaniu wartością naczelną. Przypomnijmy: Rozbrat mieści się na ulicy Pułaskiego i zajmuje bez podstawy prawnej kilka opuszczonych działek, z których część należy do władz publicznych, część zaś do prywatnych właścicieli. Na terenie skłotu od 16 lat organiowane są wystawy, koncerty, spotkania poetyckie i dyskusje; działa biblioteka; swoją siedzibę ma tam kilka niezależnych organizacji społecznych. Rozbrat to więc inicjatywa cenna – ale i niewygodna: przedstawiciele skłotu nie raz bowiem krytykowali władze miejskie za podejście do problemu biedy i budownictwa socjalnego. Anarchiści nigdy nie byli przy tym uważani przez miasto za partnera do rozmów; tak często dzieje się z poglądmi, które wykraczają poza ramy prezentowane w mainstreamie konsultacji społecznych. Rozbrat nie jest więc niestety uznawany za wartość dodaną dla szarej bryły miasta, lecz jest dla prezydenta Grobelnego problemem, który należy usunąć z widoku mieszkańców. Temu właśnie służyła propozycja władz, które zaproponowały skłotowi działkę zastępczą – kilkanaście kilometrów od centrum Poznania. Alternatywne poglądy dziwnie ubranych ludzi nie powinny więc zdaniem Urzędu Miata kłuć w oczy poznaniaków. Zamiast lewicowego wegetarianizmu władze wolą tradycyjne, narodowe kanapki dostarczane przez Litara.

Jakby tego było mało – odbyła się Malta. Idiomem tegorocznego festiwalu było wykluczenie; wydarzenia towarzyszące Malcie pokazały przy tym, że trudno o właściwsze miejsce dla dyskusji o tym problemie. Świetny artykuł napisał na ten temat Michał Wybieralski – TU link do poznańskiej Gazety Wyborczej – teraz jednak krótkie podsumowanie tych intrygujacych wydarzeń. Malta rozpoczęła od uroczystej kolacji, w której uczestniczył dyrektor festiwalu, Michał Merczyński oraz prezydent Ryszard Grobelny. Pożywna strawa serwowana była w restauracji Piano Bar, miejscu znanym z wyszukanej klienteli; Piano Bar jest bowiem jednym z tych miejsc w Poznaniu, gdzie nie obsługuje się Romów (inny znany przykład to Cuba Libre). Sprawa, nagłośniona przez Gazetę, nie zdążyła jeszcze ucichnąć – protestowało m.in. Stowarzyszenie Romów w Polsce i pracownicy Poznańskiego Centrum Praw Człowieka PAN – a już odbyła się debata w sprawie głośnego projektu “Minaret” Joanny Rajkowskiej. Artystka planowała zamienić komin starej piekarni na Garbarach w rzeźbę o kształcie minaretu; lokalizacja komina sprawiłaby zaś, iż rzeźba stałaby dokładnie na linii łaczącej poznańską Katedrę i synagogę, co symbolizowałoby dialog i pokojowe współistnienie kultur. Nawet jednak – zupełnie symboliczna – obecność islamu w przestrzeni miejskiej wzbudziła sprzeciw władz i samych poznaniaków. Niemożność realizacji projektu stała się metaforą silniejszą od samego pomnika. W dyskusji na temat tego artystycznego – a może raczej: urbanistycznego i cywilizacyjnego – fiaska władze de facto nie uczestniczyły. Całości okołofestiwalowych kuriozów dopełnił wreszcie incydent związany z Deuxieme Groupe d’Intervention, francuską grupą teatralną, która – “epatując w trakcie przedstawienia nagością” – została ukarana mandatem w wysokości 100 zł na osobę. Można ten przykład bagatelizować, ale trzeba pamiętać, że idzie on z góry; policjanci także wyczuwają atmosferę, jaką tworzą włodarze miasta.

Znamienne jest też, iż w czasie gdy na Malcie koncert dawał Manu Chao, władze Poznania przygotowywały się do ogłoszenia decyzji o eksmisji niepłacących czynszu, trudnych lokatorów do kontenerów, które stanąć mają przy ulicy Średzkiej. Prezydent Grobelny zapowiadał wcześniej w tej sprawie debatę społeczną i naukowe ekspertyzy; koniec końców konsultacje wykluczono i prezydent decyzję podjął sam. W rezultacie, o ile nic się nie zmieni, pierwsi lokatorzy trafią do nowiutkiego getta na Zawadach już we wrześniu. Tomasz Sadowski, Prezes Fundacji Barka, wskazywał wielokrotnie, że budowa osiedla kontenerów to najprostsza droga do społecznego wykluczenia; nawet wiceprezydent Poznania, Jerzy Stępień, wskazywał, że taka enklawa może powodować dalszą marginalizację jej mieszkańców. Radni Poznania – z których część sprzeciwiała się postawieniu kontenerów – reagowali przy tym alergicznie na odbywające w trakcie sesji Rady Miasta protesty anarchistów w tej sprawie: jak donosiła Wyborcza radni “komentowali w kuluarach, że protestujących <<powinno się pałami rozpędzić>> oraz, że <<pewnie nigdy nie mieszkali koło penerów>>”. W istocie więc polityka władz sprowadza się nie do rozwiązania problemów – tu potrzebe jest bowiem aktywne działanie – lecz do usunięcia kłopotliwych mieszkańców na peryferia; problem nie ma zniknąć, lecz ma przestać być widoczny. Ma się to stać możliwie najtaniej: kasa miejska, z której coraz to nowe fundusze przeznaczane są na remont Stadionu, nie jest bowiem dość pojemna, by starczyło na budownictwo socjalne. Prężne przedsiębiorstwo zwane Poznianiem stawia sobie wielkie cele: w trudnych czasach kryzysu trzeba więc ciąć koszty ludzkie.

Poznań nie upamiętnił też nadal swej przedwojennej, żydowskiej przeszłości, czego dowodzi sprawa obozu pracy dla Żydów na terenie byłego stadionu im. Szyca oraz ciągle niewpisanej do rejestru zabytków i wciąż niszczejącej synagogi przy ulicy Stawnej. Pomysły na zagospodarowanie pierwszego z tych miejsc są rozmaite; żaden z nich jednak nie przewiduje upamiętnienia ofiar holokaustu wieszanych w czasie okupacji na szubienicach rozmieszczonych wokół dawnego stadionu. Z kolei synagoga, przekazana kilka lat temu gminie żydowskiej, z konieczności funkcjonuje nadal jako pływalnia; gmina nie ma bowiem pieniędzy na remont obiektu, miasto zaś nie wspiera jej w tym zakresie. Biorąc pod uwagę, że to właśnie w czasie okupacji synagoga została przeznaczona na pływalnię dla żołnierzy Wehrmachtu, fakt, iż nadal w centrum miasta można pluskać się w bożnicy nie jest dla miasta koziołków dobrą wizytówką.

Już krótki przegląd tych problemów pokazuje: something is rotten in the state of Denmark. Czy jednak – tak jak sugeruje Wybieralski – problemem jest to, że “rządzący Poznaniem zza swoich biurek, spektakularnych inwestycji, z trybun miejskiego stadionu” nie dostrzegają już mieszkańców? Czy też problemem jest raczej to, że sami mieszkańcy Poznania wolą wieść życie spokojne i krzywo spoglądają na wichrzycieli o niemoralnych poglądach i dziwnej aparycji – a władze tylko wyczuwają i zagospodarowują ten trend? To trudne pytanie. Bez względu jednak na to, czy Poznań wyklucza, bo ma takie władze, czy też ma takie władze, bo wyklucza – problem pozostaje. Trzeba o nim pamiętać nad przyjemnymi brzegami Jeziora Maltańskiego, na wesołej plaży chwaliszewskiego KontenerART czy w rewitalizowanych murach Starej Rzeźni; trzeba o tej sprawie myśleć też w Łodzi, Wrocławiu czy w Warszawie – artykuł taki można by bowiem napisać i o innych polskich miastach. A pamiętać trzeba, bo nawet jeśli sami zazwyczaj staramy się nie wykluczać, to przecież wszyscy – z racji bycia ludźmi – nosimy w sobie potencjał do wykluczających zachowań. Świadomość tego faktu może i powinna być dla nas samoograniczenem. Jeśli zaś zapomnimy, to szybko możemy stać się strasznymi mieszczanami z wiersza Tuwima, którzy zamknięci w swym homogenicznym świecie nie szukają różnorodności, lecz wolą zaufać znajomym kształtom. I którzy:

“Trochę postoją, trochę posiedzą.
I wszystko widmo. I wszystko fantom”.

* * *

O moralności ateisty

“Niemiłosierna próba odjęcia ludziom świata złudzeń jest najcięższą próbą ludzkiej moralności. Przez nią dopiero poznajemy wartość człowieka i jego duchowej kultury. Bo jeden będzie w ciemności uważał, żeby nie podbić komuś oka i będzie się starał podać rękę zabłąkanym w niej, a drugi skorzysta z ciemności, aby okraść bliźniego”.

Maria Dąbrowska, Szkice o Conradzie, Warszawa, 1959, s. 158. Za: Maria Ossowska, Normy moralne. Próba systematyzacji, Warszawa, 1970, s. 20