Michał Krotoszyński – strona autorska

Entries tagged as ‘nauka’

Węgierski dla opornych

styczeń 18, 2009 · 9 komentarzy

800px-paprikafruitsthreejJeśli w Budapeszcie chcemy nie tylko przeżyć, ale i zapuścić korzenie – a jako że będziemy po nim wędrować przez co najmniej pół roku, to przydadzą nam się chociażby wypustki – to wypadałoby się nauczyć języka. Zadanie to niełatwe, bo język węgierski nie jest językiem słowiańskim; należy on do grupy ugrofińskiej, a najbliżej mu do fińskiego i estońskiego. Rodzina to jednak daleka i niezbyt zgodna: także Finowie, słysząc węgierski na mieście, przystają z miną zaciekawioną (czy też mówiąc inaczej: z głupio otwartymi ustami). Język madziarów jest bowiem tak inny od pozostałych języków świata, że tytuł niniejszego artykułu należałoby uzupełnić. Dla opornych – czyli wszystkich poza Węgrami.

Na początek rzeczy pierwsze: piwo to sör [szyyr], wino – bor [boor], a Na zdrowie! – Egészségedre [Egesszegedre]. Dzień dobry – to też nam się przyda, choć już mniej niż poprzednie – to, w zależności od pory dnia: Jó reggelt kívánok [Jo reggelt kiwanok] – tak do 10 rano, Jó napot kívánok [Jo napot kiwanok] – przez resztę dnia, oraz Jó estét kívánok [Jo esztet kiwanok] – wieczorem. Jeżeli chcemy życzyć komuś dobrej nocy, powiemy mu Jó éjszakát [Jo ejsokat]; gdy chcemy się grzecznie pożegnać, rzucimy uprzejmie Viszontlátásra [Wisontlataszra]. To jednak wszystko frazy formalne i nieco sztywne. Gdy jesteśmy w gronie przyjaciół, przywitamy się i pożegnamy mówiąc Sziasztok [Sijastok], bądź też, gdy jesteśmy nudni i mamy tylko jednego znajomego, przy użyciu Szia [Sija]. Możemy też, pełni szarmancji i wdzięku, zapytać Hogy vagy? [Hodź wadź], czyli Jak się masz? – bądźmy jednak szczerzy, nie zrozumiemy odpowiedzi.

Nie wolno nam oczywiście zapomnieć o dobrych manierach. Gdy ustąpimy starszej pani miejsca w autobusie, ta powinna powiedzieć nam Köszönöm [Kysynym]. My, w zależności od sytuacji, możemy odpowiedzieć jej Nincs mit [Nincz mit], czyli Nie ma za co, bądź też – jeśli uważamy nasz czyn za heroiczny – Szívesen [Siweszen], czyli Proszę. Podając kasjerce pieniądze w sklepie powiemy Tessék [Teszszik]; Tessék powiemy też, gdy czegoś nie zrozumiemy, przyda nam się więc to bardzo często. Trzecim magicznym słowem jest Bocsánat [Boczanat]; gdyby ktoś z was chciał mnie za coś przeprosić, to właśnie w ten sposób.

Warto też by było Węgrom powiedzieć coś o sobie; niech mówią dobrze lub źle, lecz niech nie przekręcają nazwiska! Jestem Michał to po węgiersku Michał vagyok [Michał wadziok]; jako zaś że studiuję, to wolno mi jeszcze dodać Díak vagyok [Dijak wadziok] (Jestem uczniem/studentem) lub też nawet Erasmus díak vagyok (w swobodnym tłumaczeniu: Imprezuję i zwiedzam za wasze pieniądze). Możemy też się pochwalić krajem ojców: Polska to Lengyelország [Lendzielorsag], Jestem Polakiem to zaś Lengyel vagyok. No i wreszcie coś, co zna każdy Madziar i to często po polsku: Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát [Lendziel, madziar - ket jo borat, edziyt harcol, sz iszso borat], czyli nasze swojskie: Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki.

By uniknąć konfuzji i nieporozumień – a także niezbyt subtelnych napadów śmiechu – musimy sobie wyjaśnić kilka spraw.  Węgrzy na porządku dziennym używają słów w Polsce powszechnie uznanych za nieobyczajne; mam więc przyjemność napisać je teraz bez bycia w konsekwencji chamem. Pipa to po węgiersku tytoń – a tytoń, ważny surowiec i trucizna, ma w Budapeszcie nawet własną ulicę. Z kolei ruha to nic innego jak ubranie lub sukienka, cipö to zaś para butów; na ulicach często widać szyldy Ruhak cipö, czyli Ubrania – obuwie. Gdy się człowiek nad tym głębiej zastonowi, to aż strach pomyśleć co po węgiersku oznaczają słowa takie jak zegarmistrzkredyty czy korkociąg.

Jeśli jesteśmy ambitni – no a przecież ambicją aż się do nas świeci – to nauczymy się też liczyć po węgiersku. I tak: jeden to egy [edź], dwa to kettő [ketty], trzy – három [harom], cztery – négy [nedź], pięć – öt [yyt], sześć – hat [hot], siedem – hét [het], osiem – nyolc [njolc], dziewięć – kilenc [kilenc], a dziesięć wreszcie to tíz [tiiz]. A dalej już prosto i logicznie: jedenaście – tizenegy [tizenedź], dwanaście – tizenkettő [tizenketty], trzynaście – zgadniecie już sami. Dwadzieścia to húsz [hus], trzydzieści zaś harminc [harminc]; reszty nauczymy się zaś, gdy nam będzie potrzebna. Póki co umiemy już powiedzieć: Husenhárom éves vagyok [Husenharom iwesz wadziok] – Mam dwadzieścia trzy lata, Öt sör [Yyt szyyr] – Pięć piw i Egy csók, könyörgök! [Edź czok, kyńyrgyk] – Błagam, jeden całus!

No i na koniec zdania najbardziej pierwotne. Nem tudom (czytane jak u nas) znaczy tyle co Nie wiem; Bocsánat, nem értem [Boczanat, nem irtem] to tyle co Przepraszam, ale nie rozumiem. Możemy też ratować się przy użyciu Nem beszelek magyarul [Nem beselek modziorul]. Poinformujemy tym Węgra, że Nie mówimy po węgiersku – a nasza masakryczna wymowa tylko to potwierdzi. I gdy tak będziemy temu wszystkiemu zaprzeczać, gdy będziemy to wszystko przekręcać i przeinaczać – to uśmiechajmy się słodko i pewnie: zawsze mamy przecież w zapasie stare i dobre Do you speak English?

Kategorie: Węgry
Otagowane: , , , , , ,

Z rejestru strasznych słów

luty 7, 2008 · 3 komentarzy

Poznawać nowe słowa, rozumieć ich treść znaczy tyle, co odkrywać świat i jakoś go ogarniać. Być takim Podróżnikiem – myślę sobie wertując słownik – to znaczy wgryzać się w strukturę świata, myszkować po jego zakamarkach, oglądać pod lupą jego tkanki, jego serce, wątrobę i jelita. To sprawa intymna, a rzeczy intymne wypada robić nieśpiesznie. Poznawanie słów jest jednak intymnością dużo bardziej mozolną; nic dziwnego więc, że męczy bardziej i bardziej domaga się wypoczynku. Cały dzień odkrywania słów nuży w końcu i mnie; i ja więc – zmęczony taką sesją – pędzę do łóżka, idę w pościel, ruszam w pierzynę. Tu można uciec od terroru sylab i represji głosek; tu rzeczywistość (myślę sobie) to nieco mniej straszna trwoga.

Leżę więc w tym łóżku, kleją mi się oczy – ale spać mi jednak dość nieśpiesznie. Strach bowiem się we mnie rodzi i złowrogie pytanie: gdzie ja, na ciesielkę świętego Józefa, właściwie jestem? Jestem ja li tylko w łożu – czy też już w alkowie? A jeśli już w łożu – to na czymja leżę? Czy tapczan to czy sofa, szezlong czy wersalka? Rzucił mnie niedobry los na pryczę, czy luksusu zażywam, leżąc na otomanie? A zważywszy, że twardo mi w pupę – jest li to zabytkowe cassone, bankietka – czy też ordynarna ława? I cóż, chroń mnie święty od słowników, stoi koło mej maty: rejzbret czy serwantka, pulpit czy klękosiad, gerydon czy etażerka?

Goni mnie nawał pytań. Ja jestem, przyznaję, odważny – ale w rozsądnych granicach; uciekam więc i w popłochu zakładam ubranie. A popłoch ten wciąż rośnie – bo cóż ja zakładam? Toga to czy chiton, kontusz czy sukmana? Czymże jestem podszyty: aksamit to, adamaszek, brokat – czy też zwykły tchórz? A jeśli podszyty, to czy haftem jedynie, czy i cną mereżką? A może inaczej rzecz ma się, i miast świeckich strojów, noszę już rokietę, mucet, albę i pektorał? Może już księdzem się stałem i – uchowaj Boże! – nosić będę musiał cingulum, biały pas czystości?

Ta myśl, to już przyczynek do paniki: myślę więc, gdzie uciekać i pod jakim dachem szukać schronienia. Czy dach to mansardowy czy też z naczółkiem; z żelbetu – czy też drewniany? A jeśli drewniany, to jaką ma mieć więźbę i czy będą storczyki, mieczyki, stolce i więzary? I - rzecz to podstawowa – czy dach ma mieć pazdur, czy zwieńczą go śparogi; godzi się go kłaść strzechą, czy też jedynie gontem? I czy będą w nim facjatki, czy będą lukarnie, czy będa mury ogniowe, okapy i kosze? No i wreszcie – pytali już o to Rzymianie – jak długa ma być kalenica i zali ją przeszyć kominem?

Tak mnie otoczyły te słowa, obległy mnie te nazwy. Myślę więc: “Okopię się i najazd ten wytrzymam!”. Ale jak wytrzymać, kiedy nie wiadomo: czy stawiać zamek czy bastion, blokhauz czy kaponierę? I czy mają być baszty, czy donżon, czy barbakan, czy zrobić hurdycję czy machikuł, siać gęsto blanki – czy też robić dansker? Nie sposób powiedzieć; byłem więc bezbronny i w zdań potrzasku. Z lewej kasztel, z prawej portyk, tu wiruje loggia, tam straszy wirydarz. Tu dumb-waiter, tam murłata, a z nikąd ratunku i z nikąd pomocy; wszędzie dźwięki i słowa, ja zaś – sam i bezbronny. I pewnym już było, że los mój przesądzony, a dni policzone; pozostało mi więc zrobić rzecz męską i dumną. Tak też uczyniłem: otoczony przez nazwy, z honorem i wdziękiem zemdlałem.

Obudziłem się o dziwo we własnym łóżku i o własnej piżamie. Strach zniknął niepostrzenie; nigdzie też strojów dziwnych, ani dziwnych budowli. Jasnym się stało: sen to tylko, sen głupi! “Sen mara, dzień wiara” – pomyślałem – “trzeba strach ten nocny zrzucić z siebie, zmyć i zczesać, pozbyć się go, nastawić się w nowe tryby!” Idę więc do łazienki, idę dziarsko, przed lustrem staję i śmieję się do siebie, że tak się omamić dałem. A tchórz w lustrze patrzy na mnie i też się do mnie szczerzy – ale tak inaczej. I wtedy pojmuję, że ustami rusza, i rozumiem już, co chce mi powiedzieć: “Lustro to tylko” – pyta – “czy też aż reflektor? Obok zaś lewaterz – czy tylko dresuar?”


Dedykuję “Słownikowi terminologicznemu sztuk pięknych” Stefana Kozakiewicza.

Kategorie: Proza i publicystyka · Satyra
Otagowane: , , , , , , , , , ,