
Entries tagged as ‘Budapeszt’
← ↑ → ?
luty 21, 2009 · 4 komentarzy
Kategorie: Zdjęcia
Otagowane: Budapeszt, fotografia, gdzie teraz, ojojoj, rozdroża, Zdjęcia
Cztery pokoje
październik 26, 2008 · 7 komentarzy
Zanim wreszcie wyruszymy na miasto – a przecież na miasto wyruszymy niechybnie! – wypada nam jakoś zabezpieczyć swoją egzystencję. Potrzeba nam bezpiecznego azylu, spokojnej przystani; trzeba nam miejsca gdzie przepierzemy skarpetki i wyleczymy odciski. Nawet najdzielniejszy podróznik musi mieć przecież swój obóz, swą prywatną bazę wypadową. Potrzeba nam, mówiąc krótko, czterech ścian i siebie w tych czterech ścianach.
Dla studenta możliwości są właściwie dwie. Po pierwsze – i tak zazwyczaj zaczyna się mieszkanie na Węgrzech – możemy mieć akademik. Miejsce w dormitorium dostają właściwie wszyscy zagraniczni studenci; nie wiadomo jednak do końca czy to uprzejmość czy prześladowanie. Większość akademików bowiem odpowiada polskim standartom: jest brudno, brzydko i z daleka pachnie malarią. Na plus poczytać należy, że nikt tu nikogo nie sprawdza przy wejściu. Można więc łatwo przemycić na noc znajomych, trochę jednak strach, że się czymś zarażą.
Na tym tle moje dormitorium – ELTE Bibó Istvan Szakkollegium – to prawdziwy kwiat na wysypisku. Kształtem i wielkością bardziej przypomina dom niż akademik; wnętrze też jest przyjemnie domowe. Choć łazienki i kuchnie są wspólne i koedukacyjne, to są one jednocześnie schludne i dobrze wyposażone: w łazience znajdziemy pralkę i żelazko, a w kuchni piecyki, mikrofalówkę, ekspres do kawy, sandwiczer i toster. Z pokojami szału nie ma, brak grzyba sprawia jednak, że przyjemnie zaskakują; w każdym jest internet i lodówka, co czyni zadość podstawowym prawom człowieka. Mój pokój wyposażony jest jeszcze w Adama, sympatycznego Czecha; o nim będzie jeszcze czas opowiedzieć – póki co cieszmy się, że nie mieszkam z Rambo!
ELTE Bibó Istvan Szakkollegium
Rambo – prawdziwe imię Gabor – mieszkał w pokoju, gdy się tam wprowadzałem. Jego samego nie spotkałem z początku; powitał mnie jednak ogólny syf i węgierskie amatorskie porno leżące na stoliku. Obadawszy sytuację zająłem część pokoju przeciwległą do brudu; porno stanowiło punkt centralny, bufor i przejście granicznie. Wypakowałem się, przemeblowałem, zjadłem, podłączyłem internet i ruszyłem na miasto, zostawiwszy memu współlokatorowi kartkę powitalną. I, mówię to szczerze, cieszyłem się w duchu na myśl o mym pierwszym Węgrze. Gdy jednak wróciłem wieczorem do akademika okazało się, że Rambo zniknął, zabrawszy ze sobą niemal cały syf i mój czysty śpiwór.
Nie odszedł jednak daleko. Z Adamem (który wprowadził się dzień później) ustaliśmy, że nasz pornoprzyjaciel zmienił pokój, lecz mieszka na tym samym piętrze; mieliśmy więc świadomość, że w każdej chwili możemy się odwiedzić. Nigdy nie jest się jednak gotowym na Rambo; gdy więc przybył byliśmy bezbronni jak dzieci. Wszedł z twardą miną i bodygardem przy boku; spojrzał dookała, a gdzie spojrzał to panował. “To był mój pokój.” – powiedział – “To był mój stolik, mój fotel i moje łóżko. Tam na szafie”, mówił dalej, “to są moje gazety, mój garnek i moje śmieci.” Tak mówił, a im bardziej mówił tym bardziej był u siebie. Ja tu tylko rezydowałem, mój był tylko strach, zgon niechybny i śpiwór, który to Rambo zwrócił mi niezwłocznie i z grzecznym przepraszam.
Tego typu przygody sprawiają, że wielu studentów wybiera swobodę, jaką daje mieszkanie. Gdybym nie miał tak schludnego dormitorium i ja poszedłbym na swoje; nie byłoby to trudne, bo wiele agencji specjalizuje się w podtykaniu mieszkań obcokrajowcom. Przyjemną sprawą jest fakt, że tu to wynajmujący płaci za pośrednictwo. Pozostaje więc przystawać na warunki i się wprowadzać; miejsce w mieszkaniu mieć można już za 450 złotych miesięcznie.

Nasi tu byli, czyli Maluch niedaleko Móricz Zsigmond körtér
Po cóż jednak podpisywać cyrografy gdy, tak jak ja, mieszka się w samym centrum wszystkiego? Móricz Zsigmond körtér, najważniejszy węzeł komunikacyjny południowej Budy, jest bowiem miejsce mieszkaniowo idealnym. Od ścisłego centrum miasta dzieli go dziesięć minut autobusem; do Tesco jedzie się dwadzieścia minut, na kolej zaś nieco ponad kwadrans. Sam plac – noszący imię znanego węgierskiego pisarza – jest dziś królestwem restauracji i fast foodow, cesarstwem stoisk, sklepów i marketów. To idealne miejsce by kupić sobie w biegu knyszę i (jak rzekliśmy: niechybnie) ruszyć na miasto. Idźmy więc dziarsko i sprawnie w stronę pierwszego punktu na naszej turystycznej mapie. W następnym odcinku: Góra Gellérta!
Góra Gellérta
Kategorie: Węgry
Otagowane: akademik, Budapeszt, dormitorium, góra gellera, lokatorzy, maluch, mieszkanie, rambo, restauracje, Węgry, zsigmond moricz
Którędy na Węgry
październik 7, 2008 · 8 komentarzy
Tak więc, jak część z was wie, a część jeszcze nie – jestem na Węgrzech. Jestem tu nieprzymusowo i z dobrej woli; wyjechałem na wymianę studencką. Uczyć mnie tu będą prawa, choć nie węgierskiego; uniwersytet ELTE w Budapeszcie oferuje w ramach programu Erasmus przedmioty po angielsku i niemiecku. Nie ma co jednak ściemniać i owijać w bawełnę: nie przyjechałem tu się uczyć. Erasmus służy poznawaniu nowych ludzi i nowych miejsc i temu też tu się będę oddawał. A jako że wielu z was chce wiedzieć co u mnie słychać, to by było prościej i szybciej część z tego co zobaczę – opiszę.
* * *
Na Węgry dotrzeć można na kilka sposobów. Najszybszym z nich jest rzecz jasna samolot. Kłopot w tym, iż – mimo że taki Wizzair jest węgierską firmą – do kraju Madziarów nie lata żaden z niskobudżetowych przewoźników. Można rzec jasna zaszaleć i wybrać się tam LOT-em lub MALEVem (obie firmy latają z Warszawy), ale jest to wydatek rzędu 800 złotych. W tej sytuacji lepiej trzymać się ziemi i wybrać kombinację pociągu i autobusu. Autobusy jeżdżą z Krakowa i kosztują niecałe 60 złotych. Ich wadą jest jednak to, iż wybierając się w podróż nic o nich nie wiedziałem: obciążony bagażem doświadczeń i stutonową torbą wybrałem cztery razy droższe i wielokroć mniej wygodne Eurocity.
W Eurocity miałem miejsce w przedziale do leżenia. Standardowe miejsce do leżenia może być całkiem przyjemne: ot, prycza, kocyk, prześcieradło i jasiek. Może – ale nie musi. Sprawa robi się bowiem mniej przyjemna, gdy masz wzrost nieco ponadstandardowy. Przy skromnym metr siedemdziesiąt zaczynasz uprawiać lordozy, przy metr osiemdziesiąc zawijasz się w embrion, a przy metr dziewiędziesiąt pięć – wystajesz za okno. Nie ma rzecz jasna mowy o klimatyzacji: wieczorem gotujesz się, by rano trząść się z zimna. Do tego oczywiście każdy ostrzega, że w pociągu kradną – tulisz więc się przez noc do paszportu i obmacujesz laptopa. A kiedy wreszcie jest juz ranek i węgierski konduktor zabierze ci kocyk, marzysz juz tylko o tym, by po tym cholernym pociągu, na tym cholernym dworcu znalazł sie choć (cholerny) automat z herbatą.
I tu niespodzianka. Budapesztańskie dworce, nie dość że dobrze wyposażone, są chyba najpiękniejszymi w Europie. Polakowi – przyzwyczajonemu do dżumy i cholery na krajowych trasach – trudno przyzwyczaić się do myśli, że wysiąść z pociągu znaczy tu tyle co iść do muzeum. Eurocity z Polski przyjeżdżają na Keleti pályaudvar, czyli na Dworzec Wschodni; budynek, powstały w końcu XIX wieku, zachwyca olbrzymim, przeszklonym wejściem i bogatymi zdobieniami ścian. Z zewnątrzy wygląda równie okazale: filary eklektycznej fasady ozdobione są rzeźbami Watta i Stephensona. Z kolei Nyugati pályaudvar (Dworzec Zachodni) zaprojektowany przez Augusta de Serresa, został wykony przez konsorcjum budowlane Gustawa Eiffela (projektanta sami-wiecie-czego). Dworzec oddano do użytku trzy lata po Keleti – widać więc tu podobieństwo stylów; znów najbardziej cieszą olbrzyme przeszklenia i cztery rzeźby monumentalnej fasady. Jest jeszcze Déli pályaudvar (Dworzec Południowy), ten jednak jest swojsko brzydki i obleśny i się nim w tym miejscu nie będziemy zajmować.
Tuż przy Nyugati znajduje się dość niezwykły przybytek: fast food nazywany powszechnie “Najpiękniejszym McDonald’sem na świecie”. Wbrew krążącej legendzie nie jest to najstarszy McDonald’s w Europie Wschodniej (nie jest nawet najstarszy w Budapeszcie), ale własnym słowem mogę zaświadczyć: to najpiękniejszy junk food bar w jakim byłem. Oczywiście, bądźmy szczerzy: to ten sam śmieć tylko w innym opakowaniu – trzeba jednak przyznać, że stylizowane na klasyczne wnętrze robi spore wrażenie. Dla tego wrażenia McDonald’s przy Nyugati odwiedzany jest przez tłumy turystów; odwiedziłem go i ja. Poza tym, co tu kryć, w McCafe mają dobre muffinki.
McDonald’s Nyugati
By dopełnić obrazu transportu rzec trzeba, że Budapeszt ma genialny system komunikacji publicznej. Po pierwsze mają tu aż trzy linie metra: najstarsza, żółta, wybudowana została już w 1896 roku i jest najstarszym – po Londynie – metrem w Europie. Z tego też powodu zostałą wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i trzeba przyznać, że zachowuje ledwo dostrzegalny, secesyjny klimat. Pozostałe dwie linie (niebieska i czerwona), są już bardziej nowoczesne, wszystkie trzy zaś zbiegają się na Deák Ferenc tér. Ta stacja znana jest ze słynnej sceny pogoni w filmie “Kontrolerzy”; by oddać jej sprawiedliwość rzec jednak należy, że mniej efektowne, ale użyteczne rzeczy dzieją się i na jej powierzchni. To z Deák Ferenc odjeżdżają autobusy (mają tutaj linie zwyczajne, pośpieszne i ekspresowe), to stąd też niedaleko jest do tras trolejbusów i szybkich tramwaji. Do tego w Budapeszcie działają też (nieco kosztowne) tramwaje wodne oraz kolejka podmiejska HEV, jeżdżąca na północ aż do Szentendre. Miłą niespodzianką jest fakt, że miesięczny bilet na wszystkie te atrakcje kosztuje jedynie 40 zł, czyli nieco mniej niż w pozbawionym trolejbusów, metra, kolejki i Dunaju Poznaniu. Z tym biletem w ręce dojechać możemy wszędzie – ale to już w następnym odcinku!
Żółta linia metra – stacja Opera (zdjęcie z wikipedii)
Scena z filmu “Kontrolerzy”
Kategorie: Proza i publicystyka · Węgry
Otagowane: Budapeszt, dworzec, Erasmus, Eurocity, kolej, komunikacja, Kontrolerzy, Kontroll, metro, tramwaje, trolejbusy, wyjazd, Węgry






