O moralności ateisty

“Niemiłosierna próba odjęcia ludziom świata złudzeń jest najcięższą próbą ludzkiej moralności. Przez nią dopiero poznajemy wartość człowieka i jego duchowej kultury. Bo jeden będzie w ciemności uważał, żeby nie podbić komuś oka i będzie się starał podać rękę zabłąkanym w niej, a drugi skorzysta z ciemności, aby okraść bliźniego”.

Maria Dąbrowska, Szkice o Conradzie, Warszawa, 1959, s. 158. Za: Maria Ossowska, Normy moralne. Próba systematyzacji, Warszawa, 1970, s. 20

Antropologia. Fundament

Jeśli rzecz miała miejsce, to lubię uważać,
że się miała odmiennie. Bez biblijnych kuszeń
i syczących obietnic; bez “pragnę” i “muszę”
tak drastycznie odrębnych. Potrzebny był ranek,
gdy się wstało niesytym, patrzyło za bramę,
porównywało twarze oraz ich odbicia;
ważyło w rękach jabłka. Czuło się na skórze,
że silniejsza od strachu jest potrzeba pytań
i że trzeba odważniej.

…………………………..Były w ich koszykach
wino, chleb i owoce; Pan objaśniał drogę,
dawał ostatnie rady: jak czytać pogodę,
robić węzły, piec jagnię; w co ufać roztropnie,
jak godnie grzebać zmarłych. Jakby szli na studia,
tylko dłuższe, trudniejsze. Bóg jak matka w oknie;
Adam szedł gładząc finkę, Ewa rwała ziele,
a u nóg wąż się łasił jak czarny spanielek.

Później Pan wniknął w przestrzeń. Pozostało drzewo,
pierwszy punkt odniesienia. Tablica “Początek”,
jak podziałka na mapie lub zaczęty wątek.

Brewiarz liberała

Autor: Wojciech Sadurski
Tytuł: Liberałów nikt nie kocha. Eseje i publicystyka 1996-2002
Miasto: Warszawa
Rok: 2003
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Stron: 254
ISBN: 83-7255-157-X


Autor: Wojciech Sadurski
Tytuł: Liberał po przejściach. Publicystyka i eseje 2003-2006.
Miasto: Poznań
Rok: 2007
Wydawnictwo: SENS
Stron: 230
ISBN: 978-83-86944-68-2

 

Liberalizm jest jak punk rock – to nie są rurki z kremem. W gruncie rzeczy niełatwo jest być jego zwolennikiem: na co dzień można za to dostać łatkę istoty amoralnej, od święta zaś – przegrać wybory. Paradoksem jest bowiem, że nasza (mniej lub bardziej) liberalna demokracja funkcjonuje w kraju, którego debata publiczna zdominowana jest przez tradycjonalistów. Wahadło języka polityki wychyliło się w prawą stronę: restrykcyjna ustawa antyaborcyjna stała się w ten sposób „ogólnonarodowym kompromisem”, konserwatyzm – cnotą, a tolerancja i liberalizm – drwiącymi półprzekleństwami. W tej sytuacji liberał może albo okopać się po lasach i bazgrać manifesty po drzewach, albo wprost przeciwnie: zbierać argumenty w poręczne kołczany i w kontrofensywie starać się walczyć o rząd dusz i umysłów. Temu też, jak sądzę, służyć mogą dwie książki Wojciecha Sadurskiego:„Liberałów nikt nie kocha” i „Liberał po przejściach”. Książki te – stanowiące zbiór esejów autora z lat 1996-2006 – są bowiem małym katechizmem liberała: porządkują główne prawdy wiary, wprowadzają w podstawowe dylematy tej filozofii i, co także jest wartością, dają do ręki argumenty w sporze z innowiercami.

Już w pierwszej ze swoich książek profesor Sadurski wprowadza niezwykle porządkujący podział na liberalizm pierwszego i drugiego stopnia. Liberalizm pierwszego stopnia – zacznijmy po kolei – jest pewną filozofią społeczną, stanowiącą konkurencję wobec ideologii takich jak konserwatyzm, socjalizm czy nacjonalizm. Tak jak ten ostatni za najwyższą wartość uznaje wspólnotę narodową, tak liberalizm w wolności jednostki gotowy jest widzieć najcenniejsze dobro. To jednostka bowiem, zdaniem liberała, jest w stanie najlepiej kształtować swoje życie i to zarówno w sferze osobistej (moralność, religia, orientacja seksualna) jak i ekonomicznej (zawód, sposób zarządzania własnością). Zadaniem państwa jest więc jedynie umożliwić człowiekowi samorealizację; w sferze osobistej nie narzuca ono jednostce norm moralnych. Z kolei w sferze ekonomicznej państwo winno dodatkowo stworzyć swoim obywatelom realne możliwości równego startu w życie zawodowe; w tym celu filozofia ta – wbrew temu, co często się twierdzi – dopuszcza współcześnie redystrybucję dóbr. Mówiąc obrazowo: liberalizm nie ingeruje w bieg, ale sprawiedliwie ustawia bloki startowe.

Od ideologii liberalnej w tym znaczeniu odróżnić trzeba liberalizm drugiego stopnia. Ten, nazwijmy go, metaliberalizm nie odpowiada na pytanie “Jak żyć?”, lecz jest doktryną na wskroś polityczną: mówi bowiem jak w jednym społeczeństwie koegzystować mają ze sobą ludzie o tak różnych poglądach jak liberałowie (pierwszego stopnia), konserwatyści czy nacjonaliści. Koegzystencja ta możliwa jest pod dwoma warunkami. Po pierwsze, współżycie to wymaga tolerancji dla innych poglądów: nie oznacza to ich akceptacji, lecz ich krytyka nie może zamieniać się w narzucanie innym własnych przekonań. Rozwijając myśli Rawlsa, Sadurski wskazuje też na drugi warunek: prawo nie może opierać się na konkretnym kodeksie etycznym lub określonej religii. W takim przypadku zostałoby one odrzucone przez zwolenników innej moralności, innowierców lub ateistów. Prawo musi więc być oparte na powszechnie przyjętych wartościach i teorii służącej jego legitymizacji. Wyrażając to w prostszy sposób: musi być ono więc ustanowione przez kompetentne organy państwa we właściwej procedurze i w zgodzie z naczelnymi wartościami, wyrażonymi w konstytucji. Tylko takie prawo wydać się może wszystkim członkom wspólnoty racjonalnie uzasadnione – a więc legitymowane i nadające się do stosowania.

Zauważyć trzeba, że na obu poziomach brak jest – co się często liberalizmowi zarzuca – relatywizmu. Na poziomie pierwszym nie może być o nim mowy: liberalizm jako doktryna konkurencyjna prowadzi wszak spór z innymi ideologiami i często jest to spór pryncypialny (jak pokazuje chociażby polemika Sadurskiego z profesorem Legutko). Metaliberalizm nie relatywizuje z kolei zasady tolerancji, twardo przy niej obstawiając. Jednocześnie odrzuca uzasadnienia religijne i domaga się oparcia życia społecznego na normach prawnych umotywowanych racjonalnie. Sprzeciwia się też kulturowej relatywizacji tych zasad, uznając że argument „tradycja rzecz święta” służy władzy do uzasadnienia naruszeń praw jednostek. Wymagając świeckiego i neutralnego charakteru władzy państwowej, liberalizm nie ruguje przekonań moralnych i religijnych z życia publicznego. To państwo ma być liberalne – nie zaś wszyscy jego obywatele.

Tu zresztą krótka uwaga: liberalizm o tyle różni się od innych ideologii, że funkcjonując na dwóch poziomach niesie za sobą niezwykły i nieunikniony paradoks. Wielkie totalitaryzmy – faszyzm i komunizm – zakładały transformację całego społeczeństwa; okres, w którym zwolennicy nowego ustroju współżyć mieli z liberałami i konserwatystami traktowany był w nich jako zło konieczne, przystanek na drodze do nowego, jednolitego ładu. Liberalizm zaś, przywiązany do idei wolności jednostki, uznaje jej prawo do wyboru innych ideologii. Ideologia ta – choć na pierwszym poziomie przekonuje do swych racji – na drugim zakłada, że nie każdy zostanie przekonany. Jedynym możliwym społeczeństwem jest więc społeczeństwo pluralistyczne, w którym pokojowy konflikt i różnorodność to nie powód do zgryzot – ale  pewna pożądana stała. Liberalizm się samoogranicza: nie będąc systemem totalnym jest może mniej romantyczny i wzniosły – ale bezpieczniejszy i bardziej przyjazny człowiekowi.

Omawiając liberalną demokrację, Sadurski obala też funkcjonujący dość powszechnie mit “głosu ludu”. W publicystyce i w politycznych swarach często pojawia się bowiem argument, iż najdoskonalszą i najczystszą formę demokracji jest jej forma bezpośrednia: cóż może być bowiem bardziej demokratycznego niż referendum? To jednak bardzo uproszczone rozumienie tego systemu. Demokracja nie jest bowiem dyktaturą większości, lecz “formą uzgadniania społecznych interesów i preferencji”; powinna więc polegać na szukaniu kompromisu pomiędzy większością a mniejszością. Referendum tej możliwości nie daje: do wyboru jest czerń albo biel i nie występują między nimi odcienie szarości. Co za tym idzie, demokracja bezpośrednia nie jest wcale lepszą formą demokracji przedstawicielskiej – lecz formą inną. Formą, która ma swe niewątpliwe zalety (wyższa legitymizacja decyzji), ale – ze względu na zagrożenie populizmem – także i całkiem realne wady.

Szczególnie wiele miejsca – jak każdy szanujący się liberał – poświęca profesor na omówienie dylematów dotyczących praw i wolności człowieka. Dominują artykuły dotyczące wolności słowa. Wolność ta, dobro w swej istocie piękne i szlachetne, ma paradoksalną cechę: w państwie liberalnym mówi się o niej nie przy okazji poruszających aforyzmów – wypowiedzi mądrych wszak nikt nie cenzuruje – lecz przy okazji wypowiedzi ohydnych i szpetnych. Trudno nie zgodzić się z profesorem: wolność słowa to także prawo do mówienia rzeczy głupich, rażących i niskich. Nie jest to jednak, banalna prawda, wolność absolutna – prawo do mówienia może być bowiem zgodnie z polską konstytucją ograniczone (jak każde inne prawo) między innymi ze względu na moralność publiczną i prawa innych osób.

Tu po raz pierwszy nie zgadzam się z profesorem: Sadurski, potępiając rzecz jasna same czyny jako moralnie paskudne, sprzeciwia się karaniu kłamstwa oświęcimskiego i katyńskiego. Uznaje on bowiem, że kłamstwa te nie mogą naruszać moralności publicznej i praw innych osób, zaś ich karanie naruszałoby samą istotę wolności słowa, jaką jest prawo do mówienia nieprawdy (wolność słowa byłaby wszak iluzoryczna, gdy dotyczyła tylko zdań prawdziwych). To sprawia, że kłamstwa te – choć oburzają liberała – nie mogą być karane: stanowią więc one dla niego trudny test przywiązania do wolności. Ja ten test, przyznaję, oblewam. Kłamstwo totalitarne – dotyczące, przyjmijmy taką roboczą definicję, zbrodni nazistowskich, komunistycznych, zbrodni przeciw ludzkości, pokojowi i zbrodni wojennych – jest karane bowiem tylko wtedy, gdy wypowiadane jest wbrew faktom: wolno więc prowadzić badania i publikować ich wyniki, karane ma być zaś jedynie kłamstwo świadome i dokonywane z premedytacją. Czy narusza to istotę wolności słowa? Choć wartość ta to prawo do wypowiadania tak zdań prawdziwych, jak i nieprawdziwych, to wydaje się jednak rzeczą słuszną, by przyznawać większą ochronę zdaniom rzetelnym: to karanie za prawdę naruszałoby więc istotę wolności słowa. Stąd też nie może dziwić, że polskie prawo karne szerzej karze kłamliwe zniesławienie; za prawdę skazać można tylko wyjątkowo. Prawo, mówiąc trywialnie, łgarstwo traktuje gorzej. Skoro tak, to trudno potępiać karanie tak ohydnych kłamstw, jak kłamstwa totalitarne. Ich prawne zwalczanie jest możliwe, bo (w mojej ocenie) takie użycie wolności słowa narusza tak prawa innych osób – godność rodzin ofiar i przedstawicieli grup prześladowanych – jak i moralność publiczną. Zgadzam się z profesorem, który, omawiając ograniczenia w rozpowszechnianiu pornografii, stwierdza: „W przeciwieństwie do bardziej radykalnych ode mnie kolegów liberałów, którzy uważają, że publiczne zgorszenie nie jest wystarczającą podstawą zakazu, sądzę, iż ludzie mają prawo być chronieni przed publicznie eksponowanymi obrazami czy treściami, które ich gorszą i wprowadzają w stan zakłopotania”. Zdanie to idealnie pasuje do kłamstw totalitarnych: jest w nich bowiem, jak sądzę, coś wielokrotnie bardziej gorszącego i niebezpiecznego niż w żywiołowej scenie porno puszczonej w centrum miasta.

Sadurski rozwiewa kilka mitów dotyczących aborcji. Pierwszy to ten, iż obecny stan prawny jest wynikiem jakiegoś głębokiego i przemyślanego kompromisu. Wręcz przeciwnie: obecny kształt ustawy wynika nawet nie z decyzji parlamentu, lecz niezwykle kontrowersyjnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który uznał aborcję ze względów społecznych za niezgodną z demokratycznym państwem prawa. Również badania opinii publicznej nie dowodzą głębokiej społecznej zgody w tej tematyce. Konflikt wokół aborcji – z przerwami – trwa w kraju cały czas; Sadurski celnie zaś wskazuje na luki w argumentacji strony pro-life. Zwolennicy prawa do aborcji (nie „zwolennicy aborcji”, bo nikogo takiego nie ma) uznają aborcję za zło; ta dramatyczna decyzja wydaje się im jednak niejednokrotnie złem mniejszym. Uważają tak dlatego, iż choć życie i zdrowie płodu chronione jest od poczęcia, to chronione winno być z różną intensywnością, zależną od stopnia rozwoju. O ile więc prawo płodu w ósmym miesiącu ciąży nie musi ustępować przed trudną sytuacją życiową przyszłej matki, o tyle już prawo do życia zygoty musi czasem ustąpić prawu kobiety: do zdrowia, wolności osobistej czy życia prywatnego. Nierówność stopnia ochrony życia przyznają zresztą i sami działacze pro-life: dlatego, iż życie płodu chronimy z mniejszą intensywnością od życia już urodzonych, aborcję każemy lżej niż przestępstwo zabójstwa. Różnicę tę – mimo retoryki „morderstwa najbardziej bezbronnych” – rozumieją też i przeciwnicy aborcji, stąd tak mało w więzieniach lekarzy i kobiet po zabiegu.

Tym, co narodowców przyprawi o zapalenie wyrostka, jest jednak nie aborcja, lecz rozdział o Europie. Sadurski pisze bowiem wprost: wchodząc do Unii straciliśmy częściowo suwerenność – no i bardzo dobrze! Skąd takie radykalne poglądy profesora? Z rozróżnienia pomiędzy suwerennością a niepodległością. Ta pierwsza to ukute po traktacie westfalskim pojęcie prawne, wyrażające fakt sprawowania samodzielnej władzy na danym terytorium: wyłącznego prawa do stanowienia norm, którym inni musza się podporządkować. Pojęcie to, dowodzi Sadurski, jest już jednak anachroniczne: w powyższym sensie państw suwerennych po prostu już nie ma. Od czasu uchwalonej w 1948 r. Powszechnej Deklaracji, państwa muszą bowiem podporządkować się podstawowym wymogom dotyczącym praw człowieka; uzyskały one status zwyczajowego prawa międzynarodowego i wiązałyby państwo nawet wówczas, gdyby to wypowiedziało Deklarację. W tym sensie państwo nie jest już w pełni suwerenne: normy te zostają mu wszak narzucone przez wspólnotę międzynarodową. Podobnie jest też z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka – którego decyzjom państwa podporządkowują się, przekazując mu suwerenność orzekania – a zwłaszcza z Unią Europejską. Bez wątpienia Polska odstąpiła jej znaczną część swojej suwerenności: Wspólnota stanowi normy stosowane bezpośrednio na polskim terytorium, krajowe władze związane są zaś nie tylko prawem wspólnotowym, lecz także liberalnymi wartościami, które Unia utożsamia. Czy jednak utrata suwerenności na rzecz Wspólnoty oznacza też utratę niepodległości? Otóż nie. Jeśli bowiem zaczniemy prawo unijne ignorować, łamać wartości europejskie i działać antydemokratycznie, to nikt – jak zauważa Sadurski – nie wyśle przeciwko nam czołgów. Nikt nam siłą niczego nie narzuci: jesteśmy bowiem państwem niepodległym. Co najwyżej wyrzucą nas z Unii Europejskiej i Rady Europy; tracąc w niej członkostwo, odzyskamy zaś suwerenność. Przekazanie części suwerenności nie było bowiem przejawem utraty, lecz korzystania z niepodległości, podobnie jak – wybaczcie to trywialne porównanie – poddanie się opiece fryzjera nie jest przejawem utraty prawa do włosów, lecz przejawem korzystania zeń.

To rzecz jasna nie wszystkie tematy poruszane w książkach; by nieco do nich zachęcić dodam, iż jest w nich także pornografia, internet i przemoc. Już jednak rzut oka na powyżej omówione wątki pozwala widzieć w tych książkach użyteczny bryk z liberalizmu i przystępne wprowadzenie do jego problemów. I choć lektura ta – nie ukrywajmy – nie przekona konserwatystów, to stanowi ona wspaniały oręż w walce przeciwko populistom i korwinowskim szarlatanom. Warto uzbroić się w tę broń, by pokazywać jak daleko tym ludziom od współczesnego liberalizmu oraz jak wsteczne i anachroniczne jest ich myślenie o wolności. Dyskusję tę zaś trzeba prowadzić, uparcie wierząc w konwersję korwinistów – i nie tylko ich – na nasze wyznanie. Jak bowiem słusznie zauważa Sadurski, z liberalizmem jest jak z wiernością małżeńską: czasem czegoś nam w nim brakuje, lecz w gruncie rzeczy wiemy, że to jedyna przyzwoita postawa.

Towel power

J. Kilmer: “Delikatesy”

Większą część dzisiejszego przedpołudnia spędziłem w kolejce w osiedlowych delikatesach. Miałem sporo czasu na rozmyślania; gdzieś po drodze przypomniał mi się ten wiersz Kilmera. To moje pierwsze tłumaczenie, gdzieś z okolic drugiej klasy liceum. Zamieszczam pod wpływem skojarzenia i sentymentu.

JOYCE KILMER – DELIKATESY

Czemuż plotkarska, drwiąca Sława
jest głucha wobec jego czynów?
Czemuż nasz śmiech pogardę zdradza,
czerpiących z jego magazynu?

Oto jest sklep! Tu cuda, czary!
Nagroody z czterech świata końców!
Korzenne z Wschodu są przyprawy;
owoc, we włoskim grzany słońcu.

I figi, nad morzem dojrzałe,
aż w Smyrnie; z Brazylii orzechy,
niemieckie mięsa, przyprawiane,
oraz rodzynki ze wzgórz Krety.

On to jest panem dóbr niezwykłych,
z których rad jest ubogi człowiek;
lecz minstrel o nim w pieśni milczy
i lauru brak na jego grobie.

Może żyć musi bez rozgłosu,
ów handlarz małymi szczęściami,
bo sklep jego tłum tworzy osób,
co śpieszą miasta ulicami.

Lecz gwiazdy w większej liczbie świecą,
fiołki zaś rosną milionami,
i, co znać musza wszystkie dzieci,
wieloma gra się pieśń nutami.

Może jest tak, że Sławy zdaniem,
to spojrzenie, co trwogi pełne,
ta twarz, ten sklep i handlowanie
niewybaczalnie są codzienne.

Cóż, prawda to, że nie ma miecza,
by, wisząc, krasy mu przydawał:
przez swoją ladę się przewiesza,
dobywa nóż i ser rozkrawa.

Nie tęskni za herosów czasem,
nie zna rycerskich też zwyczajów.
Myśli o szynce, o herbacie,
miedziakach, centach i dolarach.

Duszę kasami ogranicza;
świat ma niewielki, jak się zdaje.
towary są mu osią życia,
jego nadzieją, jego rajem.

Lecz – ponad sklepem, nad powałą –
kobieta jest i małe dziecię,
co wskroś pokoju przedreptało;
sklepikarz spojrzał nań z uśmiechem.

I on wszak poznał moc uczucia,
kochał jak z Francji prawy panicz;
w głos własnych uczuć był się wsłuchał,
o względy swej zabiegał damy.

I dziś jest w jego sercu płomień,
co skrycie tli się ogniem białym.
Zaskarbił Niebios łaskę sobie
i kocha, będąc też kochanym.

Gdy skończy pracy zaś godziny
(ach, są ostatnie z nich dłużyzną!),
w domu, z żoną i małym synem
nie jest kramarzem, lecz mężczyzną!

I są też ci, którzy z nim piją,
ściskają rękę, życzą zdrowia.
Nie skończy źle, samotnie żyjąc,
prawom przyjaźni kto hołdował.

Któż wie też, jakie wojny co dzień
toczą się w jego małym sklepie.
Na każdym rogu jest wszak złodziej,
co chciałby mu opróżnić kieszeń.

By móc nasycić głód ogniska,
walczy o chleb i o ubranie.
Wokół głowy mu stalą błyska
halo, z lanc wrogów zbudowane.

Targuje się o liche grosze,
gablotę swą jak stół nakrywa.
Na takim polu bitwy toczy,
takimi ciosy je wygrywa.

Cóż, że głos surmy nie przyzywa
pod rozkaz mu legionów zbrojnych?
Cóż, że w dwór ojców nie przybywa
w chwale zwycięzcy z krwawej wojny?

W cudach jest też groteski krztyna,
scena potrzebom zaś nie sprosta:
głupiec będzie na koń się wspinał,
a Chrystus wciąż dosiada osła.

Człek ten ma dom, dziecko i żonę,
i bitwę toczy dnia każdego.
Miłość ma, Boga w sercu, zdrowie;
więcej nie trzeba mu niczego.

O Cieślo, rodem z Nazaretu,
którego matka na wsi żyła!
Czy dzieciom Twym kpić wolno z cechów,
a cichy handel zbywać drwiną?

Mylimy się. Ach, miej wzgląd na to
i oczy daj, by dostrzec jedno:
pod tą kramarza brudną szatą
prawdziwy człowieczeństwa splendor!

—————————————

Why is that wanton gossip Fame
So dumb about this man’s affairs?
Why do we titter at his name
Who come to buy his curious wares?

Here is a shop of wonderment.
From every land has come a prize;
Rich spices from the Orient,
And fruit that knew Italian skies,

And figs that ripened by the sea
In Smyrna, nuts from hot Brazil,
Strange pungent meats from Germany,
And currants from a Grecian hill.

He is the lord of goodly things
That make the poor man’s table gay,
Yet of his worth no minstrel sings
And on his tomb there is no bay.

Perhaps he lives and dies unpraised,
This trafficker in humble sweets,
Because his little shops are raised
By thousands in the city streets.

Yet stars in greater numbers shine,
And violets in millions grow,
And they in many a golden line
Are sung, as every child must know.

Perhaps Fame thinks his worried eyes,
His wrinkled, shrewd, pathetic face,
His shop, and all he sells and buys
Are desperately commonplace.

Well, it is true he has no sword
To dangle at his booted knees.
He leans across a slab of board,
And draws his knife and slices cheese.

He never heard of chivalry,
He longs for no heroic times;
He thinks of pickles, olives, tea,
And dollars, nickles, cents and dimes.

His world has narrow walls, it seems;
By counters is his soul confined;
His wares are all his hopes and dreams,
They are the fabric of his mind.

Yet – in a room above the store
There is a woman – and a child
Pattered just now across the floor;
The shopman looked at him and smiled.

For, once he thrilled with high romance
And tuned to love his eager voice.
Like any cavalier of France
He wooed the maiden of his choice.

And now deep in his weary heart
Are sacred flames that whitely burn.
He has of Heaven’s grace a part
Who loves, who is beloved in turn.

And when the long day’s work is done,
(How slow the leaden minutes ran!)
Home, with his wife and little son,
He is no huckster, but a man!

And there are those who grasp his hand,
Who drink with him and wish him well.
O in no drear and lonely land
Shall he who honors friendship dwell.

And in his little shop, who knows
What bitter games of war are played?
Why, daily on each corner grows
A foe to rob him of his trade.

He fights, and for his fireside’s sake;
He fights for clothing and for bread:
The lances of his foemen make
A steely halo round his head.

He decks his window artfully,
He haggles over paltry sums.
In this strange field his war must be
And by such blows his triumph comes.

What if no trumpet sounds to call
His armed legions to his side?
What if, to no ancestral hall
He comes in all a victor’s pride?

The scene shall never fit the deed.
Grotesquely wonders come to pass.
The fool shall mount an Arab steed
And Jesus ride upon an ass.

This man has home and child and wife
And battle set for every day.
This man has God and love and life;
These stand, all else shall pass away.

O Carpenter of Nazareth,
Whose mother was a village maid,
Shall we, Thy children, blow our breath
In scorn on any humble trade?

Have pity on our foolishness
And give us eyes, that we may see
Beneath the shopman’s clumsy dress
The splendor of humanity!

Słowa jak maczety

Tytuł: Mowa nienawiści a wolność słowa. Aspekty prawne i społeczne
Autorzy: pod redakcją Romana Wieruszewskiego, Mirosława Wyrzykowskiego, Adama Bodnara
i Aleksandry Gliszczyńskiej-Grabias

Wydawnictwo: Wolters Kluwier Polska
Miasto: Warszawa
Rok: 2010
Seria: Monografie
Ilość stron: 284
ISBN: 9788326405037

Nie jest łatwo recenzować książkę, którą się – w niewielkim, ale zauważalnym w spisie treści stopniu – samemu napisało. Pomijając oczywistą nieobiektywność w stosunku do własnych uzewnętrznień, również w stosunku do innych autorów czuje się pewnego rodzaju lojalność, którą można by zapewne określić jako powiązanie okładką. Dlatego też tekst niniejszy nie będzie recenzją książki, lecz nieukrywaną zachętą. Ile razy bowiem myślałem o tym akapicie, tyle razy najszczerzej brzmiało zdanie: “Chciałbym, abyście przeczytali tę książkę”.

O czym jest ta pozycja? Jakkolwiek by to nie zabrzmiało: nie wiadomo do końca. Tematem jest rzecz jasna napięcie pomiędzy dwoma pojęciami: stosunkowo znanym i rozumianym intuicyjnie pojęciem “wolności słowa” – a “mową nienawiści” (ang. hate speech). Powszechnie uznaje się, że wolność słowa nie jest wartością absolutną: prawo do swobodnego wyrażania się doznaje bowiem słusznych ograniczeń, powodowanych ochroną godności, dobrego imienia czy prywatności innych osób. Co za tym idzie, mówi się, że wolność słowa kończy się tam, gdzie pojawia się mowa nienawiści: tu jednak napotykamy problem definicji tego pojęcia. Próba stworzenia takiej definicji przewija się przez całą książkę; mnie osobiście najbardziej trafna wydaje się charakterstyka przytaczana przez Sergiusza Kowalskiego, który wskazuje, iż nacechowana nienawiścią wypowiedź jest mową nienawiści, gdy atakuje jednostkę ze względu na jej przynależność (rzeczywistą lub urojoną) do pewnej zbiorowości i to zazwyczaj zbiorowości, której się nie wybiera. Jeśli więc ktoś przypisuje innym cechy plugawe, ze względu na ich religię, rasę czy narodowość – to uprawia mowę nienawiści, i o nim także jest ta książka.

Książkę rozpoczyna omówienie prawnych aspektów mowy nienawiści; ja jednak polecam zacząć od części trzeciej, dotyczącej społecznych aspektów zjawiska. Tu świetnym wprowadzeniem do całego tematu będzie esej Krzysztofa Podemskiego, poświęcony najbardziej chyba plugawej w ostatnich latach stronie internetowej – a więc portalowi Redwatch.org. Podemski widzi w Redwatch portal, który z szerzenia mowy nienawiści uczynił swoją misję; charakteryzuje też różnice pomiędzy angielską i polską stroną tej neofaszystowskiej organizacji. Prawicowej hate speech poświęcony jest też artykuł Rafała Maszkowskiego, dotyczący audycji Radia Maryja. Interesujący jest też króciutki esej Konstantego Geberta, dotyczący hate speech w Biblii i Torze: dla chrześcijan i żydów argumentem może być fakt, iż Bóg także, jak pokazuje Gebert, jest aktywistą zaangażowanym w zwalczanie słów nienawiści. Dobrym zakończeniem lektury tej części jest wreszcie tekst wspomnianego już Sergiusza Kowalskiego: osią artykułu jest próba zdefiniowania pojęcia, które przez lewicowych publicystów uważane jest za zakałę życia publicznego, przez prawicowych zaś – za ofiarę terroryzmu poprawności politycznej.

Po takim wstępie przejść już można do części pierwszej i drugiej, poświęconym aspektom prawnym mowy nienawiści. Część pierwsza to przegląd ustawodawstwa polskiego i traktatów międzynarodowych wykorzystywanych do zwalczania hate speech. Szczególnie ciekawy wydaje się artykuł Moniki Płatek: jakkolwiek można nie zgadzać się z główną tezą autorki, domagającej się depenalizacji mowy nienawiści, o tyle w tekście w sposób niezwykle przekonujący pokazano, jak wybiórcza penalizacja zjawiska powoduje podwójną dyskryminację grup pominiętych. Nie dość bowiem, że osoby o odmiennej orientacji seksualnej, gorszej sytuacji materialnej lub niepełnosprawni są często obiektem nienawistnych komentarzy, to dodatkowo jeszcze w przeciwieństwie do rasy czy religii ataki z tych właśnnie względów za mowę nienawiści uznawane nie są. Monika Płatek wskazuje też na patologie w działaniu prokuratory; temat ten jest też dobitnie rozwinięty przez zmarłego niedawno Andrzeja Malanowskiego. Doktor Malanowski – któremu dedykowana jest ta książka – wskazuje na wszczególnie drastyczny przykład absolwenta prawa, oskarżonego o propagowanie faszystowskiego ustroju państwa, wobec którego zastosowano waunkowe umorzenie, by nie pozbawiać go “możliwości uzyskania zatrudnienia w zawodzie prawniczym”. Warto też wspomnieć artykuł Adama Bodnara i Małgorzaty Szuleki. Autorzy tłumaczą w nim genezę zwalczania mowy nienawiści doktryną demokracji walczącej, która pojawiła się w odpowiedzi na słabość międzywojennych demokracji wobec ruchów totalitarnych; brak podobnych historycznych doświadczeń sprawia, iż doktryna ta nie zdobyła sobie poparcia w Stanach Zjednoczonych. Na koniec zaś odnotować trzeba krótki esej Pawła Kokota poświęcony sprawie Alicji Tysiąc i Gościa Niedzielnego – oraz, po znajomości, artykuł niżej popisanego poświęcony administracyjnym środkom zwalczania mowy nienawiści.

Lektura ta – przyznać to trzeba od razu – nie będzie łatwym przeżyciem dla czytelnika o poglądach prawicowych. Jak już wspomniałem, pojęcie mowy nienawiści jest terminem lewicowej publicystyki; prawica mówi raczej o nieszczęściu poprawności politycznej, ograniczającej wartość jaką jest wolność słowa. Także naukowe przykłady nienawistnych wypowiedzi płyną głównie z prawej strony. Nie oznacza to, iż mowy nienawiści brak jest w środowiskach lewicowych czy liberalnych: na Zachodzie antysemityzm jest też domeną propalestyńskich organizacji lewicowych, zaś i w Polsce wspomina się czasem o “dożynaniu prawicowych watah”. Trop lewicowy obecny jest w książce: jako iż jednak kolektywne wykluczenia to raczej domena prawicy, to i książka ta na tych przykładach się koncentruje.

Nie ukrywajmy też: książka ta nie jest pozycją łatwą. To nie Harlequin, fantasy czy kryminał – lecz publikacja naukowa. Szczególnie części poświęcone aspektom prawnym pisane są trudnym, prawniczym językiem: warto więc zaopatrzyć się przy ich lekturze w kodeks karny, a czasem i w telefon do znajomego prawnika.  Pierwsza monografia poświęcona mowie nienawiści bardziej otwiera przy tym dyskusje na jej temat, niźli proponuje gotowe rozwiązania; dla osób interesujących się prawami człowieka jest to więc lektura obowiązkowa, która może być – jak to się ładnie określa w akademickim żargonie – interesującym przyczynkiem do dyskusji. Argumenty w niej zawarte porównać można do – metaforycznego rzecz jasna – pudełka amunicji: spodziewając się ciężkiej bitwy światopoglądowej warto się więc w nie zaopatrzyć, by móc skutecznie odpierać retoryczne ataki przeciwnika. Rozwiązania prawne nigdy nie będą wszak w pełni skuteczne. Jak jednak twierdzi Wojciech Sadurski, spokojna i rzeczowa argumentacja może pozwolić na wyeliminowanie – absurdalnej przecież i w gruncie rzeczy niesmacznej – mowy nienawiści z wolnego rynku idei.

PALENIE ZABIJA

(wierszyk okolicznościowo-językowy)

Kto dziś w knajpie pali ćmiki,
temu nogi urwą wnyki;
a kto w pubie szluga spali,
będziem go torturowali.

Jeśli kurzysz w bimbie faje,
to zlejemy cię nahajem,
a gdy jarasz pety w barze,
to na stosie cię podsmażę.

Jeśli w busie kiep wyczuję,
pal cię zaraz naprostuje;
a kto w klubie ćmi gibony,
rozdziobią go kruki, wrony.

Choć byś jeno ssał pojarę,
także ci wymierzym karę:
kto w lokalu weźmie bucha,
będzie przez noc Dody słuchał,
a jak spalisz dinx w hotelu,
wpiszem cię do UPRu.

Choćbyś nawet ćmił cygara,
albo cygaretki jarał,
ukarzemy ten twój tupet
i zlejemy cię po pupie.

Jeśli życie jest ci w cenie,
nie pal głupa – rzuć palenie!

(Autor oświadcza, iż powyższy wiersz nie jest sponsorowany przez Ministerstwo Zdrowia, choć niewątpliwie być powinien. Dane do rachunku dostępne na maila).

[15.11.2010]