Michał Krotoszyński – strona autorska

Wejście skategoryzowane jako ‘Sztuka’

Estetyka piksela

czerwiec 15, 2008 · 7 komentarzy

Tytuł: Dziewczyna z perłą
Tytuł oryginału: Girl With a Pearl Earring
Rok produkcji: 2003
Reżyseria: Peter Webber
Scenariusz: Tracy Chevalier , Olivia Hetreed
Zdjęcia: Eduardo Serra
Występują: Colin Firth, Scarlett Johansson, Tom Wilkinson, Judy Parfitt, Cillian Murphy, Essie Davis
Czas trwania: 95 minut

Rozpocznijmy od Marii Thins. Gdy spytamy ją o zdanie, teściowa Jana Vermeera powie nam tak: “To wszystko jest malowane dla pieniędzy. Te obrazki, one nie znaczą nic.” Tak usłyszymy, ale i pani Thins będzie sobie zdawała sprawę z fałszywości tej frazy; nie ma bowiem w “Dziewczynie z perłą”, filmie Petera Webbera, zdania mniej prawdziwego. Nie ma większego błędu niż patrzeć na obraz lub film przez pryzmat ich sprzedaży. Tym, co się naprawdę liczy, jest estetyka plamki i piękno piksela.

Ekranizacja powieści Tracy Chevalier jest dość swobodną wariacją na temat powstania jednego z najsłynniejszych europejskich obrazów – “Dziewczyny w perłowych kolczykach” holenderskiego malarza Jana Vermeera. Do dziś nie jest jasnym kogo sportretował niderlandzki mistrz detalu; mówi się o Marii, córce artysty, lecz teoria ta nie tłumaczy chyba subtelnego erotyzmu dzieła. Zmysłowość obrazu sugeruje głębszy i bardziej intymny związek; takie płótno zaś musi pobudzać wyobraźnię. Dla Tracy Chevalier i Petera Webbera historia obrazu to historia zderzenia dwóch światów: świata wrażliwej na sztukę służącej Griet (Scarlett Johansson) z nieprzystępną rzeczywistością bogatego mieszczaństwa. Służąc w domu Marii Thins (Judy Parfitt) i jej córki Katarzyny (Essie Davis), Griet, pracując ciężko na swe utrzymanie, ma jednocześnie okazję poznać świat sztuki; jej przewodnikiem jest Jan Vermeer (Colin Firth). Jej wyjątkowe relacje z malarzem z Delft nie pozostaną niezauważone; uczucie, które pojawia się między nimi, jest zaś tym głębsze, że ich szczególny związek od początku pozbawiony jest szans na przetrwanie.

Niech jednak nie boją się ci, którzy obawiają się taniego, hollywoodzkiego romansidła; w filmie tym wszystko jest bardziej stonowane, spokojniejsze, pozbawione kalifornijskiego przepychu. Griet ma przed sobą trudny wybór: spokojne życie oferuje jej Pieter (Cillian Murphy), opiekuńczy syn miejscowego rzeźnika – z drugiej strony kusi ją perspektywa niedorzecznego romansu z żonatym Janem. To głębszy dylemat: to rozdarcie pomiędzy spokojnym, znanym od pokoleń życiem kupca – a romansem ze sztuką. Romansem (dla kobiety i dla służącej) skazanym z góry na smutny finał; kuszącym jednak odmiennością i nadzieją na głębsze życie.

Wszystko to jednak, cała ta mnogość uczuć i tragiczność sytuacji, rozgrywa się gdzieś w głębi, pod powierzchnią codziennych zdarzeń. Wszystko jest tu subtelniejsze, pełne aluzji i drobnych alegorii. To nie przypadek: na tym właśnie polega duch obrazów Vermeera. Brak jest w nich miejsca na gwałtowne ruchy i gesty; takie zachowania byłyby nieprzyzwoite i nieestetyczne, skryte są więc pod płaszczyzną scen zwyczajowych. Wśród tych plamek plączą się jednak silne emocje, wyczuwalne pod warstwą barwnika. Całą tę metaforykę przyswaja i film, stając się ruchomą kontynuacją statycznych obrazów. Ta jedność z duchem Vermeera, to przepełnienie atmosferą jego dzieł – to jest filmu największa zaleta.

Zgodność ta wyraża się także w dbałości o detale. Sceny w domu malarza oświetlane są z lewej strony, bo tak oświetlał swoje obrazy Holender. W domu artysty znajdziemy przedmioty znane z jego płócien, urzeka też piękno, estetyka i stosowność tych wnętrz. Są one rzeczywiste, ale też ładniejsze i bardziej zadbane. To drobne tylko upiększenie, widoczne i na obrazach; wiemy jednak, że ten świat spokoju jest nierzeczywisty, a i nieprawdziwy, gdy porównać go z gwarem i brudem ulicy. To także tłumaczy pragnienie Griet; wygładzony świat malarza nabiera dla niej cech arkadyjskich, choć od początku wiemy, że to tylko złudzenie.

Żyjemy w czasach kina totalnego: film musi zachwycać dźwiękiem, obrazem, dialogiem i fabułą. “Dziewczyna z perłą” nie jest takim dziełem: to kontynuacja obrazu, koncentrująca się na warstwie wizualnej. Dialogów jest mało i większość filmu odbywa się w ciszy; jeden jedyny motyw muzyczny jest zaś tłem dla przewijających się scen z życia miasta. Film pozostawia nas więc sam na sam z czystym obrazem; to powrót do korzeni i do natury tej dziedziny sztuki. Gdy pozbawi się nas dźwięku, dialogów, tej całej narośli, to zostajemy sam na sam z samą istotą tego, czym jest film: uporządkowaną kolekcją obrazów. W filmie Webbera obrazy te cieszą na najbardziej podstawowy, pierwotny sposób: zachwycają swoim urzekającym, stonowanym pięknem. I dlatego warto ten film obejrzeć: mam wrażenie, że udało się w nim zawrzeć sztukę najpierwszą, podstawową i wyjściową; kto wie zaś czy w tej pierwotności nie leży też jej sedno. Pokazać piękno – to wartość sama w sobie.

Kategorie: Do zobaczenia · Sztuka
Otagowane: , , , , , , , , , ,

Et in Arcadia ego

czerwiec 9, 2008 · 1 komentarz

wg.  Guercino

Kategorie: Obrażki · Sztuka
Otagowane: , , , , ,

Dziewczyna z perłą

kwiecień 14, 2008 · 9 komentarzy

Jak widzicie, pozazdrościłem Mona Lisie dwa posty niżej. Rezultat może nie jest najlepszy, ale oryginalny : )

wg. “Dziewczyny z perłą” Jana Vermeera

Kategorie: Obrażki · Sztuka
Otagowane: , , , , , , ,

Namaluj własną Mona Lisę

kwiecień 11, 2008 · 2 komentarzy

Do wykonania Mona Lisy – jak widać na poniższym przykładzie – potrzeba teoretycznie jedynie Painta, trochę wolnego czasu i szczypty talentu. Piszę “teoretycznie”, bo w moim odczuciu autor obrazu ma talentu całą hałdę: to co robi przy użyciu Painta jest doprawdy imponujące. Ja już mu pozazdrościłem i uczę się w Paincie rysować kwadraty; szczerze radzę, zazdroście i Wy! :)

Kategorie: Sztuka
Otagowane: , , , , , ,

Bernini, czyli ulotne metamorfozy

luty 7, 2008 · 5 komentarzy


Bernini, “Apollo i Dafne”. Rzeźba ta, rzecz jasna, to przedstawienie mityczne i żeby wiedzieć, o co w niej chodzi musimy się z tym mitem zaznajomić. Apollo, bóg piękna, poezji, muzyki, obraził Erosa, który to Eros za karę poraził go złotą strzałą miłości – i tak Apollo zakochał się w Dafne, córce Peneusa, boga rzecznego. Eros jednak, by ukarać Apolla, trafił i Dafne, lecz strzałą z ołowiu, zabijającą miłość; siła działania strzały była zresztą tak wielka, że Dafne niezdolna była pokochać jakiegokolwiek mężczyznę (stąd psycholodzy gotowi są czasem mówić o “kompleksie Dafne”). Apollo jednak chciał posiąść nimfę – ta zaś długo uciekała przed nim. W końcu jednak bliski był swojego celu: patrząc na rzeźbę widzimy, że lewa dłoń boga oplata już korpus dziewczyny. Wówczas Dafne wezwała Peneusa na pomoc; ten zaś, chroniąc ją, zamienił ją w drzewo laurowe. I tu właśnie mamy moment tej przemiany: włosy Dafne stają się liśćmi, ręce gałęziami, tułów obrasta korą, stopy zmieniają się w korzenie. Na twarzy Dafne widać przerażenie – twarz łapiącego ją Apolla jest zaś dziwnie spokojna. Dlaczego? Bo od strony skupionego na pogoni boga nie widać jeszcze tej całej przemiany, patrząc z miejsca Apolla, wchodząc w jego skórę widzimy tylko uciekającą nimfę – dopiero gdybyśmy podnieśli wzrok lub go opuścili, bylibyśmy w stanie zauważyć początki jej metamorfozy. Apollo jest więc niejako “tuż przed”, a Dafne zupełnie “w trakcie”. Za chwilę nie będzie już Dafne, a Apollo zerwie gałązkę z drzewa laurowego, zrobi z niej wieniec i ogłosi laur świętym drzewem. Sama rzeźba zaś urzekać będzie zawsze: klasycznym pięknem Apolla i dramaturgią postaci nimfy; a także wspaniałym uchwyceniem tej mitycznej metamorfozy. Dbałość o detal (stopy i włosy Dafne, trzewiki Apolla), szlachetny materiał rzeźby i ta narracja w niej ukryta – to mnie właśnie w tym dziele Berniniego niezwykle, niezwykle zachwyca.


Kategorie: Sztuka
Otagowane: , , , , , , , , , ,

Brancusi, czyli geometria uczucia

luty 7, 2008 · Dodaj komentarz



Rzeźba pocztówkowa i słynna: “Pocałunek” Constantin Brancusiego z roku 1908. Rumuński rzeźbiarz bardzo lubił geometrię i przedstawienia swoich rzeźb sprowadzał często do prostych figut, takich jak kula czy sześcian. Tu mamy widok od frontu na rzeźbę: ma ten widok kształt kwadratu. Z początku przedstawienie może nam się wydać nieco komiczne – ale gdy się dłużej przyjrzeć, to takie predstawienie ma sens. Kwadrat to kształt pierwotny i łatwiej jest widzieć rzeźbę jako masywny sześcian niż dwa przyległe postopadłościany, łatwiej jest widzieć postacie razem niż oddzielnie. Mimo więc, że wyraźna jest rysa dzieląca obie postacie, to one łatwo stapiają się w jedną figurę – i przy odrobinie wysiłku można widzieć kochanków jako połówki twarzy jednej postaci. I chyba o to chodziło rzeźbiarzowi: przez pocałunek kochająca się para stapia się w jedno ciało i jedną istotę.

Kategorie: Sztuka
Otagowane: , , , , ,

Caravaggio, czyli szukamy człowieka

styczeń 6, 2008 · 1 komentarz

Nie ukrywam – ostatnio fascynują mnie martwi mężczyzni. A właściwie jeden z nich; to patrząc na jego sztukę dostaję drżenia powiek, szybszego serca bicia i myśli rozpędzenia. Tym samcem, tym mężczyzną, tym szermierzem pędzla jest Caravaggio – czołowy malarz włoskiego baroku. Utalentowany artysta, frustrat i morderca; awangarda sztuki, buntownik i depresja gangstera.

Za co lubimy Caravaggia? Po pierwsze lubimy go dlatego, że był twórcą na swoje czasy awangardowym, który szedł pod prąd i wbrew swym mecenasom. To był czasy konrreformacji i sztuka miała utrwalać wizerunek katolicyzmu zwycięzkiego, królewskiego, miała unikać tego co świeckie, nagie i bezecne. Tymczasem malarz z uporem malował ludzi biednych i prostych; mało tego, także świętego Mateusza przedstawił w pierwszej wersji swego obrazu jako człowieka prostego i niepiśmiennego. To nie podobało się, przed tym Caravaggia przestrzegano i z tego powodu miał kłopoty. Caravaggio też, zaznaczmy, nie starał się zaspokajać tanich gustów publiki: unikał aniołów, trąb, chórów – większość rzeczy się odbywa w psychice przedstawionych postaci.

Po drugie lubimy go dlatego, że szuka w postaciach tego, co ludzkie – przykładem wspomniany św. Mateusz, Madonna Loretańska, Chrystus na obrazie Ecce Homo (o tym za chwilę), czy też nagi, sześcioletni Jezus na Madonna dei Palafranieri. Maluje z natury, maluje modelów: pozują mu ludzie prości, ludzie ulicy. To im nadaje cechy boskie, nie pozbawiając ich jednak cech ludzkich: na ten przykład na obrazie Caravaggia Bachus będzie miał brudne paznokcie. W Zaśnięciu Maryi do postaci Maryi pozuje mu jego kochanka i prostytutka, wielokrotnie też przedstawia on na obrazach swoich przyjaciół. Z natury maluje nawet Wskrzeszenie Łazarza – nakazując ponoć (tak pisze Mancini) trzymać w pozie z obrazu rozkładającego się trupa. Za to możemy go nie lubić – podobać nam się za to może fakt, że często wplata samego siebie w obrazy, ukazując się pod postacią to Bachusa, to Dawida, to Goliata, to jednego ze strażników aresztujących Chrystusa.

Po trzecie lubimy go, bo był dobrym malarzem. Jako jeden z pierwszych – nie wiem czy nie pierwszy – stosował abstrakcyjne czarne tło, z którego wydobywał ważne elementy, postacie i figury. Stosował więc umiejętny światłocień. Nie bał się też zaburzać symetrii kompozycji – a mimo to jego obrazy są zrównoważone.

No i po czwarte lubimy go bo był barwną postacią. Niby malował obrazy religijne – a malował na nich prostytutki. Na “Nawróceniu św. Pawła” zobaczymy koński zad, wypięty nie w stronę widza – a w stronę obrazu swego konkurenta, który w kościele Santa Maria del Popolo wisiał właśnie w tym kierunku. Awanturował się, wymyślał paszkwile, był aresztowany – a nawet obłożony karą śmierci za zabicie człowieka w bójce. Dobry materiał na western, gorszy na współlokatora :)

.

No i na koniec mój ulubiony ostatnio obraz: “Ecce Homo” Caravaggia. Co mi się podoba? Podoba mi się sposób przedstawienia Chrystusa. To oczywiście nadal Jezus – widzimy koronę cierniową i męczeńską palmę- ale to Jezus bardzo ludzki. Spójrzcie na ruch mężczyzny z tyłu, ruch którym zdejmuje szatę z Chrystusa, którym to ruchem Chrystusa rozbiera. Dla mnie to jest ruch zmysłowy: gdyby zamiast nagiego Chrystusa stała tam naga kobieta to nie było by w obrazie nic niezbornego. To jest jak “rozbieranie do snu”. Do tego ciało Chrystusa jest narysowane naturalistycznie, nie idealizuje się go: przez to jest cielesne i zmysłowe. To nadaje Chrystusowi seksualność, czyni go bardziej człowiekiem niż Bogiem; gdyby posunąc się dalej można by powiedzieć, że na obrazie jest Jezus – ale nie ma Boga. Może dlatego tak naturalny wydaje się ruch mężczyzny z prawej, który wskazuje Chrystusa, jakby chciał powiedzieć: “Oto człowiek” (Ecce Homo).

Kategorie: Sztuka
Otagowane: , , , , ,