Michał Krotoszyński - strona autorska

Entries categorized as ‘Proza i publicystyka’

Sudoku paraliżuje proces

czerwiec 11, 2008 · Liczba komentarzy: 7

Skandal w sądzie okręgowym w Sydney. Trwający 66 dni proces dwóch mężczyzn oskarżonych o przestępstwa narkotykowe został przerwany, bo ława przysięgłych - miast robić notatki - grała w sudoku. Proces, który kosztował już australijskich podatników równowartość dwóch milionów złotych - będzie musiał rozpocząć się ponownie, tym razem przed innym jury. Oskarżonym grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Cała sprawa zapewne nie wyszła by na jaw, gdyby nie spostrzegawczość oskarżonych. Zastanowił ich fakt, że przysięgli częściej niż od lewej do prawej zapisywali swoje uwagi od góry ku dołowi. Wątpliwości zgłosili adwokatowi, adwokat zgłosił je sędziemu, domniemane notatki okazały się zaś być planszami z sudoku. Przewodnicząca ławy przysięgłych przyznała, że przynajmniej czterech członków jury zabierało łamigłówkę na salę sądową; tłumaczyła, że takie postępowanie pozwala im nie tracić zainteresowania długim procesem. Jako że taka ponadprogramowa aktywność przysięgłych stanowi naruszenie prawa do sprawiedliwego sądzenia, proces musi się odbyć jeszcze raz.

Sudoku nie po raz pierwszy wpycha swoje brudne cyfry tam gdzie nie trzeba. W 2005 roku British Airways zakazało swoim załogom rozwiązywania tej łamigłówki na pokładzie samolotu. Powodem był fakt, że część latającego personelu poświęcało się wypełnianiu diagramów także w czasie startu i lądowania - a więc dość ryzykownych procedur.

Już od czasu wasabi, tamtejszego chrzanu, wiadomo, że jak coś jest z Japonii - to z tym trzeba uważać.

Źródła: Gazeta.pl, News.com.au

Kategorie: Prawo · Proza i publicystyka
Tagged: , , , ,

Na gigancie

czerwiec 9, 2008 · Liczba komentarzy: 6

A jednak - myślę sobie idąc Głogowską - a jednak jest tu jakieś życie. Gdy tak myślę jest poniedziałek, samo południe, a ja jeszcze mam na sobie garnitur; w garniturze tym jest kieszeń, w kieszeni zaś indeks i piątka, świeża wciąż i nabrzmiała od dumy. Jest już po telefonach i wszystko zostało już pochwalone do szczętu, wieść zaś - żyłka słoneczna na ścianie - rozchodzi się dalej; tak rozgałęzia się Drzewko Dobrej Nowiny. Do tego pojawia się jeszcze Donald, najsłodszy z wszystkich drani, i wiadomość od niego, że on to wszystko szybciej, w dni dziesięć, z większą lekkością, bardziej udanie i mniejszym nakładem sił. Ma się jednak świadomość, że tak lepiej: to tu jest jakaś sytość, jakieś urocze, rozleniwiające przepełnienie. Skończyć swoją pracę i usłyszeć, że jest dobra - to budujące na jakiś pierwotny, rustykalny sposób.

Potem czas na Łódź. Łódź, powiem Kasi w Warszawie, jest wielką eksplozją fioletu. Tam można się rozbujać, rozruszać, wyśpiewać; tam wreszcie się można roztrąbić. To w Łodzi, pomyślę sobie potem, przełażę trochę na swoją drugą stronę. Tam można grać w łapki z Niną, tam idzie się Piotrkowską, tam maltretuje się rzeźby i to tam właśnie, w tym legendarnie brzydkim mieście, jest taki moment, że chce się by ta Piotrkowska nie kończyła się nigdy. Ale jest inaczej rzecz jasna, bo wszystko co dobre jest dobre także dlatego, że tak okropnie szybko się kończy i tak niezapowiedzianie się zaczyna.

W Warszawie - dokąd wiezie mnie mąż koryfeusza polskiego spinningu - czeka już na mnie Donald. Donald wraca właśnie z północy i w tym całym wracaniu tylko na chwilę, tylko na jedno popołudnie wplecie się w naszą narrację. Zagra wyjątkowo rolę drugoplanową: zdąży zjeść z nami pizzę z ananasem, obudzi nas rano i ruszy do Rzeszowa. Ale to nic, nie martwmy się tym razem tą jego absencją: tak naprawdę przecież Warszawa to dla nas miasto Kasi, Grzesia i Marcela, najmłodszego z wesołych i najweselszego z niemowląt. Przyjemnie jest patrzeć, jak Kasia, niegdyś hippis pełną parą, zajmuje się Małym: jest coś uspokajającego w tej codziennej rutynie, w tym myciu, karmieniu i przewijaniu, w tym objaśnianiu świata w całych jego zawiłościach. Marcelowi - który rozumie więcej niż moglibyście przypuszczać - podoba się taka nauka i cieszy się nią permanentnie; cieszy się też, gdy zabieramy go do parku, ale nim tam dotrzemy śpi już beztrosko. On ma jeszcze czas na park i plac zabaw; my się śpieszymy z tą naszą młodością, szukamy kredy i kamyka, gramy w klasy. Jedno z nas zawsze kołysze Marcela; gdy przychodzi moja kolej obserwuję Kasię i to jest chyba najpełniejszy moment tej opowieści. Dobrze jest wiedzieć, że nic się naprawdę nie skończyło, przynajmniej jeszcze nie teraz: Kasia, z przygryzioną wargą i kamykiem w dłoni, ma w sobie uroczą niefrasobliwość. To trochę jak odnaleźć zdjęcie z dzieciństwa i zobaczyć, że jest się do niego nadal podobnym: wiemy, że nie jesteśmy już tacy mali, ale to nie znaczy, że przestaliśmy być dziećmi.

Nie wolno oczywiście zapomnieć o niepokoju. Przez cały czas mam poczucie jakieś niewytłumaczalnego zagrożenia, podskórnej tragedii. Najsilniej czuję to chyba, gdy jadę do Lublina; kierowca milczy przez cały czas, także jest spięty wyraźnie nie cieszy się, że ma towarzystwo. Możliwe, że oboje mamy podobną świadomość: metal jest giętki, ściany cienkie, szyby kruche. Coś może się zmienić w każdej chwili i ta forma nie jest nam dana na zawsze; stąd nasza niepewność. Ale i ten strach niesie za sobą coś pozytywnego: gdyby nie on moglibyśmy się stać za bierni i leniwi. Trzeba się ciągle popędzać, ciągle za wiele zostało do zobaczenia.

Ja po raz pierwszy widzę Lublin. Zwiedzam go dokładnie: Julka pokazuje mi dużą część miasta, sama też odkrywa nowe jego elementy. To pociesza i motywuje; widać zawsze trzeba być czujnym i uważnym. W Lublinie poznaję na nowo radość filistra: zajadam się naleśnikiem i cieszy mnie bycie oprowadzanym. Jestem już trochę zmęczony włóczęgą i nieco za mało się udzielam, nadal jednak chciałbym możliwie jak najwięcej zapamiętać; to rozkoszne nastawienie polskiego turysty. Nie da się przecież zobaczyć wszystkiego i nie warto tak bardzo próbować - lepiej uzmysłowić sobie prawdopodobieństwo powrotu. Ta myśl towarzyszy mi też w nocnym pociągu i to element większej całości, puzzel w układance: zawsze można wrócić, żaden rozdział nie jest jeszcze zamknięty. To uspokaja, uspokaja tak bardzo, że niepomny ostrzeżeń i kibiców w pociągu spokojnie zasypiam. Rano okazuje się, że moja ufność została nagrodzona, bo nawet cola postawiona na stoliku pozostała nietknięta; wysiadając w Poznaniu zostawiam ją w pociągu. Ja już dość miałem radości; innym też się coś należy od życia. <BR>

Kategorie: Proza i publicystyka
Tagged: , , , , , , , , , , ,

Plemnik w okowach

marzec 21, 2008 · Liczba komentarzy: 6

Cokolwiek się za chwilę stanie, zaznaczam: nie jestem szowinistyczną świnią. Powiem więcej: to właśnie w kobietach gustuję, kobiet łaknę - bo jest to płeć piękna, inteligentna i fascynująca. Postulaty emancypacyjne są bliskie memu sercu jak koszula ciału; można rzec bez cienia przesady, że jestem feministą. Wojując myślą o równouprawnienie płci, zauważyłem jednak, że mówi się w tym kontekście niemal wyłącznie o dyskryminacji kobiet; to naturalne, bo na co dzień więcej jest jej przejawów. Okazuje się jednak, że nie tylko kobieta może paść ofiarą opartych o gamety prześladowań: i facet może być słabszą z płci. Mężczyzna również bywa czasem spętany przez prawo, język i obyczaje; spróbujemy dziś kilka z tych węzłów rozplątać.

Pierwszy z nich jest w militarne ciapki: to obowiązkowa jedynie dla panów służba wojskowa. Zwolennicy tej nierówności wskazują najczęściej na tradycyjny podział ról: mężczyzna jako istota waleczna i brutalna winien sposobić się do wojny, kobieta zaś będąc słabszą i delikatniejszą - do roli matki-Polki, karmicielki i piastunki dziecięcej. Argument to jednak przeciętny, bo bazujący na stereotypach krzywdzących dla obu płci. Płeć brzydka w tej wizji świata to nic innego jak mięso armatnie; płeć piękna zaś niewiele ponad służący do rodzenia dzieci inkubator. A przecież - powtarzam za ruchem feministycznym - wiele kobiet czuje powołanie nie do rodzicielstwa, a do służby w armii, tak jak i wielu mężczyzn nie nadaje się do pójścia w kamasze. Dlaczego więc tylko mężczyźni mają obowiązek nosić mundury? Czy nie byłoby sprawiedliwiej nałożyć ten obowiązek na obie płcie (tak jest na przykład w Izraelu), umożliwiając każdemu, kto chce zastępczą służbę wojskową? Pacyfiści, osoby delikatniejsze i słabsze mogłyby - bez względu na płeć - odbyć służbę w szpitalach; waleczniejsze jednostki mogłyby zaś do woli rozkręcać karabiny i rozrabiać w koszarach. To likwidowałoby ten krzywdzący podział, lecz dla mnie (z racji książeczki wojskowej) nie byłoby satysfakcjonujące. Lepiej wszak zwolnić obie płcie z poboru i pozostawić wojsko zawodowcom - nieważne jakie by produkowali gamety.

Wojsko to walka; i dom rodzinny może się niestety zmienić w pole bitwy. Jak wykazują statystyki przemocy domowej w Polsce, to kobiety są częściej bite i policzkowane; dla sprawców takich przestępstw nie może być usprawiedliwienia. Badania dowodzą jednak - co zaskakujące - że to mężczyźni częściej niż kobiety są ofiarami przemocy psychicznej: to panie częściej grożą i częściej stosują wyzwiska. Kobiety też rzadziej niż mężczyźni przyznają się do używania przemocy i są łagodniej oceniane: rzadziej skazuje się je na karę więzienia i częściej zawiesza się im wyroki. Społeczeństwo gotowe jest bowiem usprawiedliwiać agresję wobec panów, tłumacząc ją bezsilnością płci pięknej i przewagą fizyczną mężczyzn. Stereotyp silnego, twardego barbarzyńcy powoduje też, że mężczyźni zgłaszają przypadki przemocy tylko w ekstremalnych sytuacjach - obawiają się bowiem, że donoszenie o wszystkich jej przypadkach naraziłoby ich na śmieszność. Taka społeczna atmosfera potęguje bezprawność sprawczyń, a jednocześnie zaniża statystykę przemocy wobec panów: takie nastroje społeczne to także przykład dyskryminacji. Dopiero wówczas, gdy równie surowo karać będziemy oprawców w spodniach i spódnicach, a mężczyźni nie będą wstydzili mówić się o atakach na nich - uzyskamy równość płci.

W domu więc czasem facetom niedobrze: nie lepiej też z pracą! Prawdą jest, że mężczyźni zarabiają lepiej od kobiet, mimo iż panie są często lepiej przygotowane do zawodu - i to jest skandal, który w tym miejscu piętnujemy. Jednocześnie jednak istnieje pewna presja społeczna nakierowana na mężczyzn: facet - by wyartykułować to przekonanie - winien dobrze zarabiać i zajmować się czymś odpowiednim dla jego płci. Ten stereotyp sprawia, że mężczyźni mają utrudniony dostęp do zawodów takich jak wychowanie przedszkolne, praca w żłobku czy pielęgniarstwo. Oczywiście: nikt im nic wprost nie zabrania, ale narażają się oni na śmieszność, kwestionowanie ich męstwa, lekceważenie czy nawet podejrzenia o chorobliwe skłonności. Istnieje też presja, by płeć brzydka przy wyborze zawodu kierowała się raczej jego prestiżem i zarobkami pozwalającymi utrzymać rodzinę niż rzeczywistymi zainteresowaniami. System społeczny niejako nakierowuje więc mężczyzn na zawody zasadniczo mniej satysfakcjonujące, ale lepiej płatne. Widać to także w konstrukcji systemu emerytalnego: mężczyźni muszą pracować o pięć lat dłużej, za co otrzymują wyższe emerytury. Nie pozostawia im się tu wyboru - i dlatego to także jest dyskryminacja.

Hegel był chyba pierwszym filozofem, który operował pojęciem dominacji językowej. Seksizm językowy - polegający na tym, że pewne pojęcia kojarzą nam się z określoną płcią - dotyka, zaznaczmy to znów, w przeważającej mierze kobiet. Zauważmy: słowa takie jak “prezydent”, “minister”, “prezes”, “polityk”, kojarzące się z władzą, panowaniem i wysoką pozycją społeczną są w podstawowej formie rodzaju męskiego i nie mają jakiegoś naturalnego, żeńskiego odpowiednika - co najwyżej możemy mówić o “pani prezydent” czy “prezesce”. Z kolei zawody pełne podległości, służebności, zawody gorzej płatne i zapewniający niższy prestiż, kojarzą się zazwyczaj z kobietą; zawody te są w podstawowej formie określane wyrazami rodzaju żeńskiego i im z kolei brak naturalnego, męskiego odpowiednika. Wyrazy takie jak “sprzątaczka”, “praczka” czy “prostytutka” brzmią naturalnie; “sprzątacz” brzmi już jednak sztucznie, “pracz” to raczej szop niźli piorący mężczyzna, a słowo “prostytutka” w ogóle nie ma swego męskiego odpowiednika. Gdy więc myślimy o osobie wykonującej jakąś rolę społeczną, zawód lub funkcję, wówczas przyporządkowujemy jej płeć wedle naszych stereotypów i uprzedzeń; stereotypy te są w większości krzywdzące dla kobiet - język jest jednak czasem okrutny także dla mężczyzn. Facet zajmujący się dziećmi zawsze będzie w powszechnym rozumieniu “opiekunką” czy “przedszkolanką”; język nie wypracował męskich odpowiedników nazw tych zawodów, mężczyzna taki zawsze będzie więc narażony na śmieszność i językowe kwestionowanie przynależności do własnej płci. Co więcej, w powszechnym użyciu nie istnieje w ogóle pojęcie “praw mężczyzn” - mówi się zaś szeroko o “prawach kobiet”. A jak dochodzić skutecznie praw, dla których nawet nie skonstruowano osobnego pojęcia? Wszak żeby coś w świadomości społecznej istniało, trzeba to najpierw jakoś nazwać.

Spostrzegliście już pewnie, że póki co nie pojawiło się kolejne z ważkich pól narodowego kłócenia się: sprawa aborcji. Przerywanie ciąży to temat niezwykle kontrowersyjny, co do jednego jednak ustawodawstwo jest zgodne: decyzja w zakresie dopuszczalnej aborcji należy wyłącznie do kobiety. Takie rozwiązanie to oczywistość, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu lub gdy zagraża zdrowiu lub życiu kobiety - nie należy wszak nagradzać gwałciciela prawami do dziecka, nikt też nie może żądać od kobiety ryzykowania własnym życiem. Sytuacja nie jest już jednak tak klarowna w przypadku spędzania uszkodzonego płodu, czy też (co zakazane w Polsce lecz dopuszczalne na Zachodzie) w przypadku aborcji dokonanej przez kobietę w trudnej sytuacji życiowej bądź też wykonanej po prostu na jej żądanie. Zauważmy: kobieta może przeprowadzić taki zabieg bez wiedzy i zgody mężczyzny; nie ma on żadnych praw do dziecka, mimo iż jest jego ojcem. Dlatego też często wymienia się prawo aborcyjne jako jaskrawy przykład dyskryminacji mężczyzn - lecz ja się z tym nie zgadzam. Owszem, prawo mężczyzny do dziecka jest tu podporządkowane prawu kobiety do wyboru - ale tak właśnie być powinno. W rzeczywistości bowiem ciąża zawsze stanowi potencjalne zagrożenie dla życia i zdrowia kobiety: czy to przez sam fakt porodu czy to przez przypadłości jej towarzyszące. Dlatego decyzja o usunięciu lub utrzymaniu ciąży powinna być podejmowana tylko przez kobietę, bo to wyłącznie ona może rozporządzać swoim zdrowiem. Mężczyzna ma jednak prawo do informacji o usunięciu ciąży, nawet jeśli kobieta nie życzy sobie ujawniać tego faktu - może on przecież nie akceptować takich metod i kobiet je stosujących. Prawo do informacji - to także jakieś prawo.

Z powyższego można by wysnuć wniosek, że próbuję tu dokonać jakiegoś przewartościowania, odwrócenia relacji między uciskającymi a uciskanymi, wyrównania rachunku krzywd. Tak nie jest. Cytując byłego premiera: jest oczywistą oczywistością, że to kobiety dyskryminowane są częściej. Ważne jednak, by pamiętać że i płeć brzydka bywa tą słabszą. To - paradoksalnie - ważne także dla kobiet: jeśli bowiem mężczyźni choć raz zrozumieją, że też mogą być uciskani, to może łatwiej będzie im się wczuć w rolę dyskryminowanej płci pięknej. Interesy pań i panów nie są więc przeciwstawne; siła leży w jedności, a walka o równouprawnienie to nie walka płci. To walka - zakończmy optymistycznie - między tymi, którzy już zdali sobie sprawę z nierówności, a tymi, którzy dopiero to zrobią.

Kategorie: Proza i publicystyka
Tagged: , , , , ,

Siedem cudów farby

luty 19, 2008 · Liczba komentarzy: 8

Kiedy stoję przed obrazem - a ostatnimi czasy zdarza mi się to częściej niż kiedyś - to niemal zawsze patrzę na dzieło jakby było skończone i to skończone od zawsze. Jest dla mnie czymś, jak to się mówi mądrze, zastanym; czymś co już było przedtem, ale ja to dopiero spotkałem. Patrzę więc na te wszystkie przedwieczne kropki i linie, na te prastare bohomazy i pradawne abstrakcje i widzę w tym - błędnie rzecz jasna - graficzne objawienie, rodzaj malarskiego zwiastowania. A przecież obraz to wynik długiej ewolucji, setek zmian i poprawek; obraz też się rodzi i dorasta na płótnie.

Obserwowanie tego dorastania może być interesujące; poświęcono mu wiele programów popularnonaukowych. Współczesna technika daje nam bowiem nowe możliwości i dzięki niej możemy dowiedzieć się jakich zmian dokonywał artysta; możemy - zauważmy metaforycznie - wejrzeć pod wierzchnie warstwy farby, zajrzeć obrazom pod spódniczki. Mamy możliwość dowiedzieć się jak zmieniała się malarska wizja; gdy mamy dość sprzętu i cierpliwości, to jesteśmy wstanie prześledzić te przemiany kropka po kropce i impast po impaście.

A że sprzęt jest coraz lepszy, to i coraz starsze warstwy możemy odkrywać. Niedawne badania - w których, jest mi to miło oznajmić, miałem przyjemność uczestniczyć - dały zaskakujące rezultaty: okazuje się, że największe arcydzieła naszej kultury były w swej pierwotnej wersji inne niż myśleliśmy do tej pory. Inne to jednak niewłaściwe słowo: pierwotne wersje były po prostu lepsze. Dlatego też - z okazji setnego numeru Action Maga - postanowiłem siedem z nich zaprezentować; niech świat zobaczy, co mu zamalowano!

.
* * *

.

Leonardo da Vinci - Mona Lisa
Gdy przyjrzymy się pierwowzorowi Giacondy, słynnego obrazu Leonarda da Vinci, widzimy jak mylne były nasze dotychczasowe domysły dotyczące tego arcydzieła. Wbrew temu co pisało się w różnych pseudopublikacjach, Giaconda nigdy nie miała brody, ani też problemów ze zgryzem: jej pierwowzór miał za to uśmiech figlarny i wzrok skierowany ku górze. Gdy postawić obraz na ziemi, a samemu wleźć na szafę - Giaconda wodzi za ludźmi oczami.

.
* * *

.
 
Witruwiusz - Homo sphericus

Czymże byłby renesans bez Witruwiusza i jego człowieka! Czymże był człowiek witruwiański bez kwadratu, bez koła i bez - okularów?! Otóż tak, okularów. Okazuje się, że człowiek wiruwiański w wersji pierwotnej, najwcześniejszej, miał okulary, które silnie podkreślały sferyczność całej kompozycji. Sferyczność podkreślona była także fryzurą postaci i ułożeniem jej ust: okazuje się więc, że niewłaściwą nazwą była popularny niegdyś Homo quadratus - winniśmy go zwać raczej Homo sphericus.

* * *

 

Sandro Boticelli - Narodziny Wenus
Słynne dzieło Boticelliego także kiedyś wyglądało inaczej: ot, było inne na twarzy. Reszta - w całej swej okazałości - była niezmienna; mimo licznych zmian krajobrazu ciało kobiece nie poruszyło się ani o centymetr. To sprawia, iż dwa wnioski są uprawnione. Po pierwsze, głowa Wenus, którą znaliśmy do tej pory, nie należy do przedstawionego na obrazie ciała. Po drugie, ważniejsze, ciało przedstawione na obrazie należy do właścicielki głowy przedstawionej wyżej. Czyli: do kogokolwiek by nie nalezała powyższa twarz - już wiemy, jak wygląda pod prysznicem :)

.
* * *

.
 

Leonardo da Vinci - Dama (?) z gronostajem (?)
.
A to dopiero szok! Dama z łasiczką - zwana też niekiedy Damą z gronostajem - to wcale nie Dama i wcale nie ma łasiczki na rękach! Portret, w swym pierwowzorze, przedstawiał młodego, brodatego mężczyznę; acz mężczyznę o wyraźnie żeńskich już kształtach i przyodzianego w damskie ciuszki. Na rękach trzyma zaś buldoka, znaną w renesansie alegorię brzydoty. Buldok ten - jakże kochany, ale i jakże przede wszystkim brzydki - karze nam spojrzeć inaczej na dzieło Leonarda: nie wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się pięknym (Dama z łasiczką), pięknym jest w istocie (Facet z buldokiem).

.
* * *

.

Michelangelo Buonarroti - Stworzenie Adama w Kaplicy Sykstyńskiej

Kolejna niespodzianka: Bóg według Michała Anioła to nie brodaty starzec, do jakiego tak łatwo przywykliśmy. Michał Anioł jest bardziej wymagający, bardziej ambitny, żąda od nas więcej - przedstawia Boga jako krótko ostrzyżonego, młodego mężczyznę. Bóg uśmiecha się - można powiedzieć, że stworzenie człowieka to dla niego żart i figiel. Niewiele zmienia się w postaci Adama - ta postać nadal jest zborna, muskularne ciało wydaje się naturalnie, harmonijnie dostosowane do przedstawionej tu twarzy. Całość stworzenia nabiera tu charakteru zabawy - Bóg jest tu jeszcze bliżej człowieka.
.

* * *
.

Jan Vermeer - Dziewczyna z perłą
.
Arcydzieło Jana Vermeera było kiedyś jeszcze piękniejsze. Nadal zachowana jest tu delikatna gra trzech barw: czerwonej, żółtej i niebieskiej. Twarz kobiety jest jednak subtelniejsza i poważniejsza; postać traci tani erotyzm, zyskuje za to szlachetność i powagę. Doprawdy, trudno jest zrozumieć dlaczego Vermeer zdecydował się przemalować ten obraz - i najlepszym jednak zdarzają się katastrofalne w skutkach pomyłki.
.
* * *
.
Hans Holbein - Ambasadorowie
Arcydzieło Hansa Holbeina, Ambasadorowi, było kiedyś równie dostojne - lecz nieco bardziej orientalne. Ekscentryczne fryzury przedstawionych postaci wskazują, iż mamy tu do czynienia z dyplomatami z Lewantu, którzy to dyplomaci przyjęli europejską kulturę, tradycję, stroje i zwyczaje. Spytajmy jednak siebie: czy stosownie wyglądają w tych strojach? Co tu nie pasuje: czy dziwne fryzury, czy dziwne dla dyplomatów stroje? Tak oto arcydzieło Holbeina staje się czymś więcej niż tylko portretem: to pierwszy bodaj w dziejach malarstwa obraz antyglobalistyczny.


.

Kategorie: Proza i publicystyka
Tagged: , , , , , , , , ,

Efekt motyla

luty 18, 2008 · Liczba komentarzy: 10

Jak każdy względnie uczciwy człowiek gotowy jestem przyznać, że większość naprawdę ważnych rzeczy zdarzyła mi się w życiu przypadkiem. To ponoć cecha wszystkich udanych rewolucji: nie są planowane, po prostu ziarno trafia na podatny grunt. Myślę, że kilka lat temu, w okolicach roku 2001, byłem podatny jak nigdy: leżąc w kąpieli czekałem, aż jakiś sufler mi powie “Eureka”. Takim suflerem był Adam (Phnom Penh), który w pierwszym mailu, jaki otrzymałem od AM napisał, że tekst jest “dość fajny” i że “pisz dalej”. Napisał zresztą dużo więcej i dużo krytyczniej; ale tak po prawdziwie, to tylko na powyższe zwróciłem uwagę.

Początek był niepozorny: ot, płyta w napędzie i przycisk “Rozpakuj”. To jednak, powiadam, typowe dla wszystkich początków i dlatego właśnie tylko najmądrzejsi są w stanie poznać rzeczy istotne i trwałe. Ja taki mądry nie byłem: trzeba było roku lub dwóch bym naprawdę zrozumiał, że Action Mag to nie jest jakiś epizod czy kontynuacja. To nie odskocznia ani przerywnik: tu naprawdę coś się zaczęło.

Na starcie wyglądało to trochę jak program SETI: niby coś się nadawało, niby coś się odbierało, ale ciężko było uwierzyć, że ktoś jest po drugiej stronie. To była rzeczywistość binarna, w której nie do końca chyba umiałem widzieć ludzi. Dopiero zloty pokazały mi osoby z krwi i kości, ludzi, którym nie tylko chce się pisać - ale i robić rzeczy młodzieńcze. Mimo spotkań, wciąż jednak była to tylko jedna z szufladek, “życie dwa”, które nie mieszało się z codziennością. Życia te miały się jednak w przyszłości wymieszać niechybnie; dziś lubię sobie wyobrażać jak łączą się ich splątki. Wreszcie (i to był moment przełomowy) Grzesiek zszedł się z Kasią; urodził im się Marcel, zostałem jego chrzestnym - a przez nich pojawiła się Laura. To w tym punkcie stało się jasne, że te dwie ścieżki się zbiegły i że AM - a raczej to wszystko, co z nim związane - trzeba uznać za rzecz stałą. I nawet gdy już nie będzie samego magazynu (a taki moment kiedyś musi nadejść), to - patrząc na to, co z niego przetrwa - pamiętać będę o jednym: AM dał nam wszystkim rzeczy tak nienamacalne jak przyjaźń i ludzi tak namacalnych jak Marcel :)

A wszystko to przecież wcale się stać nie musiało; mogliśmy wszyscy przejść obok. Skoro jednak tu jesteśmy, to dbajmy o ten nasz magazyn, o tego naszego małego łącznika. Nigdy przecież nie wiadomo jaką siłę rażenia będzie miał następny nasz tekst; nawet ruch skrzydeł motyla może ponoć spowodować tsunami. Na setne urodziny AMu życzę magazynowi (i piszącym do niego) takich właśnie efektów: niech on kończy wojny, chroni ozon i ratuje zagrożone gatunki. A jeśli to troszkę za wiele, to niech przynajmniej zmienia ludziom życie. Z moim mu się udało.


Kategorie: Proza i publicystyka

Z rejestru strasznych słów

luty 7, 2008 · Liczba komentarzy: 3

Poznawać nowe słowa, rozumieć ich treść znaczy tyle, co odkrywać świat i jakoś go ogarniać. Być takim Podróżnikiem - myślę sobie wertując słownik - to znaczy wgryzać się w strukturę świata, myszkować po jego zakamarkach, oglądać pod lupą jego tkanki, jego serce, wątrobę i jelita. To sprawa intymna, a rzeczy intymne wypada robić nieśpiesznie. Poznawanie słów jest jednak intymnością dużo bardziej mozolną; nic dziwnego więc, że męczy bardziej i bardziej domaga się wypoczynku. Cały dzień odkrywania słów nuży w końcu i mnie; i ja więc - zmęczony taką sesją - pędzę do łóżka, idę w pościel, ruszam w pierzynę. Tu można uciec od terroru sylab i represji głosek; tu rzeczywistość (myślę sobie) to nieco mniej straszna trwoga.

Leżę więc w tym łóżku, kleją mi się oczy - ale spać mi jednak dość nieśpiesznie. Strach bowiem się we mnie rodzi i złowrogie pytanie: gdzie ja, na ciesielkę świętego Józefa, właściwie jestem? Jestem ja li tylko w łożu - czy też już w alkowie? A jeśli już w łożu - to na czymja leżę? Czy tapczan to czy sofa, szezlong czy wersalka? Rzucił mnie niedobry los na pryczę, czy luksusu zażywam, leżąc na otomanie? A zważywszy, że twardo mi w pupę - jest li to zabytkowe cassone, bankietka - czy też ordynarna ława? I cóż, chroń mnie święty od słowników, stoi koło mej maty: rejzbret czy serwantka, pulpit czy klękosiad, gerydon czy etażerka?

Goni mnie nawał pytań. Ja jestem, przyznaję, odważny - ale w rozsądnych granicach; uciekam więc i w popłochu zakładam ubranie. A popłoch ten wciąż rośnie - bo cóż ja zakładam? Toga to czy chiton, kontusz czy sukmana? Czymże jestem podszyty: aksamit to, adamaszek, brokat - czy też zwykły tchórz? A jeśli podszyty, to czy haftem jedynie, czy i cną mereżką? A może inaczej rzecz ma się, i miast świeckich strojów, noszę już rokietę, mucet, albę i pektorał? Może już księdzem się stałem i - uchowaj Boże! - nosić będę musiał cingulum, biały pas czystości?

Ta myśl, to już przyczynek do paniki: myślę więc, gdzie uciekać i pod jakim dachem szukać schronienia. Czy dach to mansardowy czy też z naczółkiem; z żelbetu - czy też drewniany? A jeśli drewniany, to jaką ma mieć więźbę i czy będą storczyki, mieczyki, stolce i więzary? I - rzecz to podstawowa - czy dach ma mieć pazdur, czy zwieńczą go śparogi; godzi się go kłaść strzechą, czy też jedynie gontem? I czy będą w nim facjatki, czy będą lukarnie, czy będa mury ogniowe, okapy i kosze? No i wreszcie - pytali już o to Rzymianie - jak długa ma być kalenica i zali ją przeszyć kominem?

Tak mnie otoczyły te słowa, obległy mnie te nazwy. Myślę więc: “Okopię się i najazd ten wytrzymam!”. Ale jak wytrzymać, kiedy nie wiadomo: czy stawiać zamek czy bastion, blokhauz czy kaponierę? I czy mają być baszty, czy donżon, czy barbakan, czy zrobić hurdycję czy machikuł, siać gęsto blanki - czy też robić dansker? Nie sposób powiedzieć; byłem więc bezbronny i w zdań potrzasku. Z lewej kasztel, z prawej portyk, tu wiruje loggia, tam straszy wirydarz. Tu dumb-waiter, tam murłata, a z nikąd ratunku i z nikąd pomocy; wszędzie dźwięki i słowa, ja zaś - sam i bezbronny. I pewnym już było, że los mój przesądzony, a dni policzone; pozostało mi więc zrobić rzecz męską i dumną. Tak też uczyniłem: otoczony przez nazwy, z honorem i wdziękiem zemdlałem.

Obudziłem się o dziwo we własnym łóżku i o własnej piżamie. Strach zniknął niepostrzenie; nigdzie też strojów dziwnych, ani dziwnych budowli. Jasnym się stało: sen to tylko, sen głupi! “Sen mara, dzień wiara” - pomyślałem - “trzeba strach ten nocny zrzucić z siebie, zmyć i zczesać, pozbyć się go, nastawić się w nowe tryby!” Idę więc do łazienki, idę dziarsko, przed lustrem staję i śmieję się do siebie, że tak się omamić dałem. A tchórz w lustrze patrzy na mnie i też się do mnie szczerzy - ale tak inaczej. I wtedy pojmuję, że ustami rusza, i rozumiem już, co chce mi powiedzieć: “Lustro to tylko” - pyta - “czy też aż reflektor? Obok zaś lewaterz - czy tylko dresuar?”


Dedykuję “Słownikowi terminologicznemu sztuk pięknych” Stefana Kozakiewicza.

Kategorie: Proza i publicystyka · Satyra
Tagged: , , , , , , , , , ,

Dzienniczek

luty 2, 2008 · 1 komentarz

Człowiek to zwierze stadne i rozrywkowe. Gdzieś głęboko w naszych genach leży silna, pierwotna potrzeba wychylenia kielicha; chęć, by choć raz na jakiś czas poszaleć w kolektywie. Ta przewaga dialogu nad monologiem jest zresztą poniekąd przedwieczna: już nasi najstarsi przodkowie gromadnie obżerali mamuta. Kultura jednak - shame on it - przyniosła nam w darze jakieś dziwne wyrzuty sumienia i konieczność okazji. Miast spontanicznych popijaw zaczęliśmy fundować więc sobie święta, rocznice i akademie ku czci. I temu właśnie służyć ma ten swoisty indeks dni, okresów i chwil uroczystych; oby już nigdy nie brakło nam potrzebnych pretekstów! :)

Oczywistym jest, iż, jak to się popularnie mówi, rodzina to jest siła! Stąd też familianci rozsiani są po całym niemal kalendarzu. Wszyscy - bądź niemal wszyscy - wiemy, że 21 stycznia święto mają babcie, a dzień później - dziadkowie; nie każdy z nas jednak celebruje 5 marca Dzień Teściowej (i to zapewne z różnych powodów). Dzień Dziecka i Dzień Matki obchodzone są rozmaicie w różnych krajach: ten pierwszy jest w Japonii podzielony zresztą na dwa święta (dziewczynek - 3 marca i chłopców - 5 maja). Zdawać by się mogło, że to kobiety (8 marca) mają więcej okazji do przyjmowania prezentów; tymczasem płeć brzydka zdołała wprowadzić do kalendarza Dzień Mężczyzn (10 marca), Dzień Chłopaka (30 września), Dzień Ojca (23 czerwca), a nawet Dzień Ojczyma (9 stycznia). Ciocie i wujkowie mają swoje święto 26 lipca, acz tylko w USA, co - zechciejmy zauważyć - jest kolejnym wielkim wkładem w amerykańską kulturę.

Zabawić się można i za Matkę Ziemię: ma swoje święto 22 kwietnia. Wodę, pod egidą ONZ, czcimy 22 marca; w tym samym miesiącu święto ma także morze (17 marca) i nasz zimny Bałtyk (marzec, również 22). Pradawny kult Słońca kontynuujemy 18 marca; czcić można też, jeśli ktoś lubi, mokradła (2 luty) i warstwę ozonową (16 września). Drzewa obchodzą swoje święto kilkukrotnie - w Polsce 10 października. Kalendarz upstrzony jest uroczystościami ku czci ptaków: kultywujemy je międzynarodowo (1 kwietnia) i na skalę europejską (2 października), celebrujemy też ptaki wędrowne (12 maja) i - 31 maja w Polsce - bociana białego. Odwieczny spór “psy czy koty” pozostaje nierozstrzygnięty: kociaki obchodzą swoje święto 17 lutego, 25 października zaś psy - ale te nierasowe. Żółw ma imieniny 23 maja, niedźwiedź polarny 27 lutego, a świstak - drugiego tego miesiąca. Z tym ostatnim związany jest też znany amerykański mit: ponoć jeśli futrzak zobaczy swój cień, to czeka nas jeszcze 6 tygodni zimy. Badania dowodzą jednak, że trafność przepowiedni tej puchatej Pytii wynosi około pięćdziesięciu procent - równie dobrze można więc zaufać rzutowi monetą. Od niedawna, 20 grudnia każdego roku, obchodzimy w Polsce Dzień Ryby; by zwrócić uwagę na hekatombę karpi w miastach całego kraju organizowane są marsze milczenia, a kupione karpie wypuszczane są przez aktywistów do polskich rzek. Te i tak, zdaniem ekologów, giną, bo nie są nauczone zdobywania pokarmu - ale, zdaniem karpi, lepiej umierać na wolności niźli zdychać w wannie.

Tak jak ruch wyzwolenia karpi jest, siłą rzeczy, zakorzeniony jedynie w polskiej kulturze, tak i niektóre święta obchodzone są tylko przez określone społeczności. Przykładem ruch rastafari: pół religia, pół prąd filozoficzny, który za mesjasza uznaje byłego władcę Etiopii Hajle Selasje I (zastraszający obraz jego rządów przedstawił Ryszard Kapuściński w swym słynnym “Cesarzu”), ze świętą roślinę - marihuanę, religijną fryzurę - dready, a swoistego apostoła - Boba Marleya. Rastafarianie obchodzą więc urodziny Hajle Selasje, jego koronację i wizytę na Jamajce; pomniejszymi świętami są urodziny (uważanego za proroka) jamajskiego bohatera narodowego Marcusa Graveya oraz (uważanego za dobrego muzyka) Boba Marleya (6 lutego). Ten ostatni zresztą czczony jest - choć już bez religijnych konotacji - także przez wielbicieli nasiąkniętego ruchem rastafari reggae, przeżywającej eksplozję popularności raggi i fanów podobnie pozytywnych gatunków.

Mówiąc o pozytywach: w Polsce pijemy zawodowo! Dzień Leśnika obchodzimy 5 maja, dobę wcześniej zaś mamy święto Trzech Króli: Hutnika, Strażaka i Kominiarza. Na swój własny dzień zasłużyła sobie za to służba więzienna - osadzeni powinni wręczać laurki 25 kwietnia. Dzień później radują się drogowcy i transportowcy, acz szybko, bo już 16 maja mamy święto straży granicznej, 14 sierpnia energetyków, a 9 października pocztowców. Swoje święta mają też wykształciuchy: 14 października kwiaty daje się nauczycielom, ale warto zachować kalafiora (też kwiat) i dla bibliotekarek (24 października, Międzynarodowe Święto Bibliotek Szkolnych). Położne mają swój dzień 5 maja, pielęgniarki tydzień później, lekarze 2 października, a farmaceuci - 14 maja. 8 października obchodzimy zaś Dzień Sympatycznego Prawnika - w polskim internecie brak jest informacji o Dniu Prawnika Niesympatycznego, z czego prosty wniosek, że takowych się nie spotyka. Jedyne, co zastrasza, to dystans jaki dzieli szefów (święto 16 października) od sekretarek i asystentek (25 stycznia) - choć pewnie, w świetle nie tak dawnych wydarzeń w polskiej polityce, jest to jakaś forma samoobrony.

Kalendarz brzemienny jest też w święta ścisłowców, informatyków i internautów. Już w Nowy Rok obchodzimy Public Domain Day, tego dnia gasną bowiem w wielu krajach prawa autorskie (ale nie w Polsce). 15 stycznia świętujemy, w rocznicę jej założenia, Dzień Wikipedii, 28 lipca celebrowany jest zaś (choć niezbyt gremialnie) Dzień Docenienia Administratora. 4 grudnia mamy Dzień Mejla; ruchomym świętem jest za to Dzień Programisty, który - dla uczczenia bajtu bitowego - obchodzony jest w 256 dniu roku (lata przestępne: 12 września, w pozostałe dzień później). Podobnie sprytnie umiejscowione są w kalendarzu nieformalne święta matematyków: Dzień Liczby Pi (14 marca, od 03-14, amerykańskiego formatu tej daty) i Dzień Przybliżenia Liczby Pi - ten obchodzony jest najczęściej 22 lipca, bo ułamek 22/7 jest dość wierną formą jej zapisu. W dni te organizowane są sympozja matematyczne, zaś fani liczby Pi, jak podaje angielska Wikipedia, jedzą pizzę i piją piña Colada. Chemia popularyzowana jest z kolei w Dniu Mola: ten obchodzony jest w USA 10 października od 6:02 rano do 6:02 po południu, co w amerykańskim formacie dat przybiera formę 6:02 10/23, będącą odpowiednikiem liczby 6,02×1023, czyli liczby atomów w molu. Najbardziej ruchomym z wszystkich ścisłych świąt jest jednak Dzień Ułamka Kwadratowego, który przypada tylko wówczas, kiedy cyfry oznaczające dzień i miesiąc to ułamki kwadratowe ostatnich dwóch cyfr roku. Ostatnim takim dniem był więc 2 luty 2004 roku (02. 02. 2004), następnym będzie zaś 3 marca roku 2009 (03. 03. 2009). I doprawdy: należy rzecz świętować hucznie, bo kolejna taka okazja nadarzy się dopiero w roku 2016.

Są w kalendarzu rzecz jasna poważne święta, takie jak Dzień Wegetarianizmu (1 października), Dzień Wegan (1 listopada) czy Dzień Bez Mięsa (20 marca) - ileż jednak więcej frajdy ze Światowego Dnia Potraw Pikantnych (21 stycznia) czy Dnia Czekolady (17 maja)! W Peru, dla uczczenia narodowego surowca, odbywa się 30 maja Dzień Ziemniaka; z tego samego powodu Duńczycy świętują 3 czerwca Dzień Węgorza, a Japończycy, dobę później, Dzień Boga Ryżu. 3 sierpnia czci się w stanie Kentucky arbuza; 1 marca to na Islandii Dzień Piwa, który upamiętnia zniesienie nań prohibicji, co odbyło się w roku… 1989. Swoje dni ma więc spora część żywności i napojów; jeśli jednak macie już chęć iść po nie do sklepu, sprawdźcie wpierw, czy nie ma dziś 29 października - to Światowy Dzień Bez Zakupów.

Nas jednak, tu w Action Magu, najbardziej obchodzić winny święta ludzi pióra! Już 3 marca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Pisarzy; 21 marca radują się pod egidą UNESCO poeci, a 27 marca - ludzie związani z teatrem. Dzień po Dniu Dziecka przypada Dzień Książki Dla Dzieci; pozostałe książki, wraz z prawami autorskimi, celebruje się 23 kwietnia. 3 maja, prócz pamięci o polskiej konstytucji, powinniśmy też pamiętać o wolnej prasie - 14 czerwca obchodzony jest z kolei Dzień Blogowicza. Kącik Sportowy ma prawo świętować 2 lipca (Światowy Dzień Dziennikarza Sportowego), a wszyscy piszący do AM, bez względu na treści i jakość artykułów, mają do tego prawo 8 września, w Światowy Dzień Piśmiennictwa. Szkoda chyba tylko, że brak u nas takiego wydarzenia jak szkocka Noc Burnsa, obchodzona 25 stycznia, w rocznicę urodzin tamtejszego wieszcza narodowego. Szkoci gromadzą się wówczas na uroczystej kolacji (je się tu haggis, potrawę przypominającą nieco naszą kaszankę), po której czytają poezję, śpiewają pieśni Burnsa i tańczą przy tradycyjnych instrumentach celtyckich. Imprezie towarzyszą spore ilości whisky; w Polsce czytano by pewnie Mickiewicza i pito “Pana Tadeusza”. :)

Nie trzeba być jednak pisarzem ni Szkotem, by obchodzić jakieś święto - często jest się takim swoistym jubilatem z samej racji swojego istnienia. Przykładem Międzynarodowy Dzień Osób Leworęcznych, obchodzony - dla walki z wciąż żywymi uprzedzeniami - 13 sierpnia każdego roku. 19 kwietnia obchodzimy Dzień Roweru, 21 lipca Dzień Szachów, a na 21 czerwca przypada Go Skateboarding Day. Polską inwencją jest, świętowany 29 marca, Dzień Metalowca, a także niezakazany jeszcze Dzień Antyklerykała, który - nieformalnie ustanowiony na 8 sierpnia - zbiega się z moimi urodzinami (nie mówcie proboszczowi). I w angielskiej Wikipedii znalazła się informacji o rdzennie polskim Dniu Wagarowicza (21 marca) za co nam chwała i co by trzeba, przyznacie, promować w Unii. 8 czerwca wreszcie, gest miły, obchodzi się w Argentynie Dzień Polaka Emigranta, który (od 1995 roku) jest w tam dniem wolnym od pracy. Z okazji święta odbywają się w Argentynie liczne imprezy kulturalne, parakulturalne, a czasem - jak donosi polonijna prasa - i niekulturalne.

 

         
       Pierwszy Piątek Maja - Dzień Bez Spodni    /    21 lipca - Dzień Szachów

Najbardziej jednak, rzecz jasna, cieszą święta niezwykłe, niespodziewane i na jakiś sposób pozytywne. Już 9 stycznia obchodzimy Dzień Puszczania Balonów; każdy wyratowany z przyziemnej niewoli to jeden więcej zbawiony gumiak! Dobę później świętujemy Dzień Mówienia “Dziękuję”, 17 lutego Dzień Różnorakich Aktów Uprzejmości, 21 stycznia zaś obecny jest w wielu krajach Narodowy Dzień Przytulania. Pocałunkowi przypisywane są różne daty (koleżanki słyszą? :), jego święto na światową skalę ustanowione jest zaś na 24 kwietnia. Szeroko reklamowany w zeszłym roku był Dzień Życzliwości (21 listopada), miło by było jednak pamiętać też o Dniu Przyjaźni (5 sierpnia) i Dniu Dobrej Wiadomości (8 września). Może i te dni nie zastąpią uśmiechu na co dzień - ale, zważcie, parę to więcej dni, by być miłym dla innych, a może i dla mnie :)

Uroczystości ku czci obchodzone są także dla upamiętnienia pisarzy i ich bohaterów. 25 maja wielbiciele Douglasa Adamsa obchodzą Dzień Ręcznika. W swojej książce “Autostopem przez Galaktykę”, opisywał on zalety posiadania rzeczonego w czasie podróży za jeden kciuk, wierni fani autora noszą więc tego dnia przy sobie ręcznik przez bite 24 godziny. Fascynaci twórczości J. R. R. Tolkiena obchodzą aż dwa święta: 22 września, w dzień urodzin Bilba i Frodo Bagginsów, obchodzony jest Dzień Hobbita, 25 marca świętuje się zaś Dzień Upadku Saurona. Czerwony Kapturek, inny heros czasów dzieciństwa, ma swój własny dzień 19 lipca. 18 stycznia to święto Wielkiego Misia O Bardzo Małym Rozumku, 9 czerwca to urodziny Kaczora Donalda, 18 listopada zaś - Myszki Miki. W miejscu tym nie można też nie wspomnieć o kolejnym wielkim bohaterze naszej ery, wojowniku dobra i zdobywcy serc niewieścich: 10 marca obchodzimy z półobrotu Dzień Doceniania Chucka Norrisa!

I dużo można jeszcze wymieniać świąt ciekawych: 6 czerwca to w USA Dzień Jo-jo, 20 czerwca - Dzień Żonglowania, a 23 marca - Dzień Windy. 19 listopada przypada Dzień Toalet, święto gdzieniegdzie bardzo poważne, pełne sympozjów naukowych i burzliwych dysput. W pierwszy piątek maja wypada z kolei Dzień Bez Spodni, kiedy to zniechęca się do noszenia typowego odzienia, wskazując na (jakże pozytywny!) przykład bokserek. Chyba jednak najbardziej niezwykłym świętem jest celebrowana w miasteczku Aintworthy w Nebrasce (w polskim tłumaczeniu - Niewartogród) Uroczystość Środka Niczego. 26 czerwca każdego roku biedni mieszkańcy tego miejsca świętują swój smutny los półwesołymi paradami, pokazami mody i sztucznymi ogniami. Jak pisze Nelson Taylor na stronie 2camel.com - to chyba najsmutniejsza wymówka dla wspólnych spotkań. Zanotujmy: pije się na smutno.

W tym olbrzymim tyglu brak tu jednak Dnia ActionMagowca! Z krótkich mych rozmyślań wynika, iż mógłby być nim 3 maja - 3.5. to wszak niemal czypieńdziesiąt :) Kiedy by jednak rzecz nie była - świętujmy! Oflagujmy się, chwyćmy za ręce i bawmy do rana. Temu przecież służą wszystkie święta: to taki nasz ogólnogatunkowy konwenans, poszukiwanie powodów, dla których ma być miło. A jeśli jakaś data akurat nie jest uznanym świętem no to cóż, trudno: zawsze można świętować z okazji Dzień Dobry. :)

Czego sobie i Wam w Dniu Dzisiejszym życzę.

Kategorie: Proza i publicystyka

Zabiłam mi żółwia

listopad 21, 2007 · Liczba komentarzy: 8

Laura - moja dziewczyna, współlokatorka i główny karmiciel - to istota o poczciwej naturze i przyjemnej aparycji. W jej rodzinie od zawsze panowało słuszne przekonanie, że Laura ma twarz plastyczną i jasną; charakter zaś raptowny - ale i dobrotliwy. To wszystko, mówiło się, sprawia, że uśmiecha się ona całą sobą, całą sobą jest też radosna i ciepła. Ten ekstrawertyzm, ta jawność w uczuciach powoduje zaś, że odkąd świat światem do Laury garną się istoty żywe: od dzieci i mężczyzn zaczynając, na zwierzętach zaś kończąc. I choć mężczyznom - w tym mnie - było z tym zawsze przyjemnie, to zwierzęta spotykał los odmienny. Te były przez Laurę karmione i hołubione, dopieszczane i myte; żyły sobie czas jakiś czyste, schludne, w poczuciu sytości i kochania. A potem, dziwnym trafem, umierały.

 

Zaczęło się jak u Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. Gdy Laurka była jeszcze bardzo mała (czyli w podstawówce), dostała od siostry żółwia. Żółw chował się dobrze, pił wodę, jadł co tam żółwie jedzą, słowem: doświadczał high-life’u. Kłopot w tym, że na sposób właściwy wszystkim żółwiom zasypiał twardo i na dni kilka; to, co naukowcy nazywają “sztuczną śmiercią”, wydało się Laurce śmiercią stałą i nieodwracalną. Stwierdziła więc smutno: “Zabiłam mi żółwia!” i przystąpiła do obrządków żałobnych. Opłakała zmarłego, a później, chcąc godnie pożegnać przyjaciela, włożyła go do pudełka, zakleiła szczelnie taśmą i położyła - tymczasowo - na ciepłym piecu. Możemy sobie wyobrazić jak obudzony ciepłem żółwik drapie w wieczko i czeka aż go wypuszczą; możemy, ale lepiej sobie nie wyobrażać. Kiedy po dwóch dniach wreszcie go pochowano, nie był już żółwiem pierwszej świeżości; zwyczaje gadów przerabia się w szkołach o klasę za późno.

Maurycy, chomik, trafił do Laury jakiś czas potem. Laurka dostała go od jednego ze swoich kolegów, tym chętniej więc dbała o gryzonia i umilała mu żywot. Maurycy chyba jednak przeczuwał swój los, bo pewnej nocy uciekł z klatki i schronił się za szafą. Dobra Laurka zaakceptowała jego nowe mieszkanie: zamiast wymieść go miotłą zza mebla, podsuwała mu pod szafę miseczkę z pokarmem. Chomik, głupie zwierzę, nie sygnalizował, by czegoś mu brakowało; po pewnym czasie jednak jedzenia przestało ubywać. Laurka ruszyła na ratunek, było jednak za późno: Maurycy odnalazł się za szafą, żywy lecz umierający. I choć zmarł w poczuciu bliskości i opieki, to niedrożność jelit wywołana totalnym odwodnieniem nie była najlepszą ze śmierci. Zmarł głupio: z braku wody, o trzy metry od łazienki.

Potem był kot, Sally, przepiękny i mądry półpers. Kot przeżył u boku Laury długie lata, zanim (jak to kot) wyszedł i nie wrócił. Czy jako jedyny uciekł od fatum, czy też kolejno wykorzystywał każde z dziewięciu żyć - nie wiadomo; pewnym jest jednak, że i on nie zdołał na trwałe zdjąć klątwy - co najwyżej chwilowo ją uśpił. Kiedy bowiem - jakiś czas później, gdy już byłem z Laurą - w pokoju mojej dziewczyny pojawiła się mysz, mysz chrobocząca, szeleszcząca i denerwująca, to wraz z gryzoniem powróciły też stare porządki. Laura nie miała rzecz jasna morderczych intencji: chciała myszkę przestraszyć, odgonić, słowem: przesiedlić. Ale bucik, rzucony na oślep i w ciemność, trafił mysz prosto w czaszkę; zmarła jak stała, w połowie chrupnięcia. Śmierć gryzonia była szybka i mało bolesna; chciałoby się rzec “humanitarna”. Jesteśmy z Laurą pewni, że w mysim niebie siedzi sobie teraz na cheddarze i wachluje się goudą.

Gorsza śmierć - śmierć zabójcza i na zimno planowana - spotkała mrówki. Mrówki wprowadziły się tego lata do ganku Laury i nie można powiedzieć, by trafiły pod dobry adres. W tej hekatombie, w tym mrówkobójstwie, w tym okropnym endlösung uczestniczyłem i ja - i na mnie spoczywa więc brzemię odpowiedzialności. Z początku stosowaliśmy akcje ostrzegawcze przy użyciu klapek, lecz niestety, konieczne okazało się rozwiązanie kompleksowe. Jako nieludzkie odrzuciliśmy polewanie mrówek wrzątkiem - wierzyliśmy, że proszek na owady zapewni im śmierć szybką i bezbolesną, że zasną spokojnie w sen wieczny i mrówczy. Ale stało się inaczej: posypane, owady zaczęły wić się i skręcać, my zaś patrzyliśmy na nie wzrokiem bezbronnym i przestraszonym. I właśnie wtedy, kiedy nie wiadomo było co powiedzieć, kiedy ciała mrówek kurczyły się w oczach, kiedy patrzyliśmy po sobie niepewni (część z nich jeszcze drga, ale to już koniec), kiedy szukaliśmy rozwiązań (dobijmy, niech nie cierpią!), wtedy to właśnie z ust Laury padło najlepsze podsumowanie tej i wszystkich innych takich sytuacji: kochane, ciepłe i dobre “Ojej!”.

Są pewnie tacy, którzy gotowi byliby widzieć w tym wszystkim winę Laury; ci jednak są głupi i się nimi nie będziemy zajmować. Ja lubię widzieć Laurę jako część większego zjawiska: nożyczki Parek, ostrze losu, świadome i światłe narzędzie ewolucji. Mądrze jest ją postrzegać w kategorii doboru naturalnego: jest to jednak dobór delikatny i troskliwy. Szczerze wierzę, że taka śmierć jest śmiercią najlepszą z możliwych; chciałoby się powiedzieć: jest warta życia. “Jeśli zginąć mam, to na jej krzyżu.” - krzyż to bowiem miękki, łagodny i czuły.


Kategorie: Proza i publicystyka

Skrzydlaki świata

listopad 4, 2007 · Liczba komentarzy: 11

[Pisane wraz z Laurą,
dla Magdy, z okazji urodzin]

Warszawa, 3 listopada 2057 roku

Publikację tę pragniemy w całości zadedykować pani profesor Magdalenie Szczubret, członkini Polskiej Akademii Nauk, cenionej pisarce, poetce i człowiekowi nauki, doktorowi honoris causa szesnastu europejskich uniwersytetów i prezesowi Światowego Klubu Kakao (wszystko w jednej osobie). Pani Profesor, będąc nadal spiritus movens większości naukowych przewrotów współczesnego świata, przebywa obecnie na zasłużonej emeryturze; podróżuje, przecina wstęgi, ratuje delfiny i odwiedza pięciu mężów na czterech kontynentach. Przede wszystkim jednak jest matką, założycielką i stwórcą najdynamiczniejszej ze współczesnych nam nauk: biologii kreacjonistycznej.

A rzecz była przecież czystym przypadkiem; “Los bowiem - jak mawia często Profesor Szczubret - to taki luj, co łazi gdzie nie trzeba!”. Tak było też z Przewrotem Kreacjonistycznym, którego jest żywą ikoną: gdy w roku 2007 miał on swe nieśmiałe początki, Pani Profesor nie była nawet świadoma czego dokonuje samą tylko myślą. Zawsze powiadała, że “najważniejsza jest wiara w to, co niemożliwe” - uparcie wierzyła więc w podniebność stworzeń takich jak kaszalot czy guziec. Wiara ta była uparta i pełna charyzmy; rzeczywistość nie mogła na nią nie zareagować. Nastąpiło więc - jak pisał profesor Bauer z Uniwersytetu w Heidelbergu - “przepięcie ze sfery <<Vielleicht>> do sfery <<Sein>>”: rzeczy, które Profesor Szczubret wyobrażała sobie, zaczęły istnieć naprawdę. Tak powstały podniebne guźce i kaszaloty; tak skrzydeł doznał koczkodan. Profesor Szczubret siłą umysłu stworzyła wiele chmurnych żyjątek; dzisiaj widzimy, że są one Dobre.

Oto skromny atlas tych niezwykłych stworzeń: dedykujemy go najlepszemu Stwórcy od czasu Księgi Rodzaju. I - zapraszając do lektury - proponujemy najprostsze wyjaśnienie tego fenomenu. Nie trzeba odwoływać się do “przepięć” i przepływów energii między sferami; jak pisał kiedyś Romain Gary: “Jeśli kobieta czegoś chce, Bóg tak chce.”

Autorzy


KASZALOT PODNIEBNY

 

Kaszalot podniebny to najpierwsze i największe z osiągnięć umysłu Pani Profesor; to także największe obecnie latające stworzenie. Osiąga on ciężar 20 ton, z czego większość stanowi żupa - kaszalotów to jednak nie deprymuje. Rozpiętość skórzastych skrzydeł osiąga 25 metrów; ich łączna powierzchnia wystarcza do pokrycia boiska od koszykówki. Zwierzę odżywia się pyłkami traw, zbóż i kwiatów; jest błogosławieństwem dla alergików. Kaszalot podniebny żyje wyłącznie na półkuli północnej - na południe od równika jest mu przytłaczająco odwrotnie.

Kaszaloty latają w dolnej stratosferze; są łatwo zauważalne na każdym radarze. Na tej wysokości śpią; tylna płetwa kontroluje tor lotu, służąc za autopilot. Panują tu niskie temperatury i ciała kaszalotów pokrywają się szronem; by się ogrzać, wieloryby podniebne schodzą na wysokość kilkuset metrów. Tu parzą się, żywią i zdobywają powietrze, magazynowane w górnej części tułowia. W locie, blisko powierzchni ziemi, przypominają ruchome cygara; podejrzewa się, że wiele doniesień o UFO spowodowanych jest właśnie przez nisko latające kaszaloty.

Ciąża kaszalotów trwa ponad dwa lata; matka składa dwa do trzech jaj, które następnie wysiaduje w dalekich górach Uralu. Gody trwają około miesiąca; z początku samiec lata daleko od wybranki, nawołując ją wysokimi, smętnymi tonami. Gdy ta jest mu przychylna, jej skrzydła przybierają fioletowego odcienia; rozpoczyna się wówczas długi rytuał delikatnej fraternizacji. W końcu samiec pokrywa samicę: akt jest jednorazowy i nie zawsze kończy się zapłodnieniem. Kaszaloty kochają się z gracją i powoli; temat inspiruje wielu malarzy i poetów.

Kaszalot podniebny jest godłem Sztokholmskiego Towarzystwa Transportu Powietrznego.


KOCZKODAN SKRZYDLATY

 

 

Koczkodan skrzydlaty to istota niewielka i stadna: nie przekracza on wysokości jednego metra i żyje w stadach do 20 osobników. Jest umaszczony rudo bądź szaro; samice mają dodatkowo jasną smugę na ogonie. Skrzydła ma niewielkie i pierzaste, używa ich jednak dorywczo, przy przelatywaniu z gałęzi na gałąź. Odżywia się bananami i pomarańczami; lubi też jeść kromkę posmarowaną masłem nieskończoności. Występuje w rejonach zwrotnikowych i ze względu na obmierzły charakter podejmowane są próby ograniczenia jego populacji do tych terenów.

W stadzie koczkodanów przewodzi osobnik najsilniejszy - w grupie panują niepoprawne obyczaje. Koczkodany budują relacje w rodzinie opierając się na przemocy fizycznej i psychicznej, stąd też ciągłe kłótnie, połajanki i bijatyki. Zwierzęta parzą się między sobą nie zwracając uwagi na płeć i koligacje rodzinne; stąd hipoteza, że spółkowanie jest u nich sposobem okazania dominacji. Tak obrzydliwe zachowanie sprawia, że filmy o koczkodanach można emitować jedynie późną nocą, w krajach islamskich zaś ich posiadanie jest kategorycznie zakazane. Koczkodany są złośliwe i agresywne; skrzydła umożliwiają im dalekie skoki, wchodząc więc na ich terytorium należy być uważnym i uzbrojonym.

Ludność miejscowa jest do koczkodanów skrzydlatych nastawiona negatywnie. Negatywnie są do nich nastawiani turyści, podróżnicy, zoologowie i ekolodzy; ujemną opinię mają o nich także właściciele sklepów i ogrodów zoologicznych. Koczkodany nie są lubiane i w Azji: ich mięso jest ponoć twarde i żylaste. Słowem: koczkodan to jedno z bardziej znienawidzonych stworzeń na ziemi. Pozytywne zdanie ma o nich jedynie wnuczka Violetty Villas.

Ciekawostka: “Biały koczkodan” to popularny wśród młodzieży napój wyskokowy. Plotki mówią, że pijał go sam Donald Tusk.


BÓBR TRZMIELEC

Trzmielec - czyli bóbr ze skrzydłami - to zwierzę nie do końca poznane. Wiadomo o nim z pewnością, że jest skrzydlakiem wodnym; jak każdy uczciwy i zbożny bóbr buduje tamy, zwala drzewa i moczy pupę. Na tym jednak uczciwość się kończy: w przeciwieństwie do bobrów ma on skrzydła, bzyczy w szuwarach i zapyla kwiaty. Słowem: takie to trochę “ni to pies ni wydra”.

Zwyczaje godowe bobra trzmielca nie są dokładnie znane - z tego wniosek, że są intymne. Bobry to zwierzęta konserwatywne i pruderyjne: kochają się jedynie w nocy, jedynie w okresie rui i jedynie, gdy nikt nie patrzy. Matka składa trzy do pięciu jaj, które wysiaduje w tamie; samiec żywi ją rybami i przynosi kwiaty. Gdy młode się wykluwają, rodzina jest niezwykle szczęśliwa i gdyby mogła, to by dała na tacę.

Skrzydła służą bobrom do przelatywania nad tamą, zrywania kwiatów wiśni i obgryzania wyżej położonych gałęzi. Nie nadają się jednak one do dalekich lotów; bobry zresztą generalnie lepiej się czują przy ziemi. Taka jest przynajmniej opinia badaczy; same bobry, zapytane, uciekają w szuwary.


GUZIEC NADRZEWNY

 

 

Guziec - jak pisała sama Pani Profesor - to taka świnia z Afryki. I choć jest to niewątpliwie treściwa i fachowa lokalizacja ojcowizny gatunku, to dziś powiedzielibyśmy raczej: “Guziec - to taka świnia z wszędzie”. Świniak rozprzestrzenił się bowiem po całym świecie i świni w każdym jego zakątku: w Szwecji i w Grecji, w Turcji i w Murcji i w kinie w Lublinie. Częste migracje tego zwierza ograniczyły ruch lotniczy na niektórych trasach - po zagadkowym wyginięciu gołębi to jedno z najczęściej występujących zwierząt skrzydlatych.

Guziec ma skrzydła rozłożyste i białe - szmera nimi i trzepocze, czym rozaniela partnerki. Odżywia się kalarepą i cukrem (co jest już nieco passe), je też komary i szczypawki. Posiada cztery racice, którymi kopie mlecze, buraki i krotochwile. Krotochwile - smaczne grzyby ziemne odkryte na początku XXI wieku - stanowią jego główne pożywienie. Je też karmel, orzechy i czekoladę; od tego tyje, ale w każdym grubym guźcu jest mały guziec i dużo czekolady.

Guziec buduje na drzewach gniazda, wykorzystując do tego celu słomę, liście i płyty azbestu. Azbest nie szkodzi guźcom; przeciwnie, wpływa na nie podniecająco i nieobyczajnie. Guźce nadrzewne są bardzo żyworodne: na raz rodzi się pięć do sześciu małych świnek. Duże guźce kryją się w konarach udając rzeźby nowoczesne; młode, z racji karnacji, podają się za rodzynki. Guziec to istota przyjazna i pożyteczna; do Klubu Przyjaciół Guźca należy prezydent Wenezueli. Guźce są pod ochroną; nie wolno odzywać się brzydko, bo im więdną skrzydełka. Guziec, podsumowując, to taki anioł - tyle że świnia.


ŻYRAFA LATAJĄCA

 

 

To jedno z tych zwierząt, które nie powinno powstać - ale jak cudownie, że jednak jest! Ten podobny do motyla stworek uzyskuje niewiele więcej ponad 5 centymetrów; występuje w klimacie łagodnym i umiarkowanym. Jako istota delikatna i czuła pije tylko świeżą rosę i je z samego czubka krzewu; naturalne jest więc, że jest dosyć chuda. Żyrafa latająca znana jest ze swego uwielbienia dla muzyki jazzowej; koncert czeskiego puzonisty Herdka został przerwany po tym, jak rój żyraf zatkał puzon aż do samego ustnika.

Żyrafa latająca to zwierzę społeczne. Żyje w gniazdach, zakładanych na wysokich, rozłożystych gałęziach. Płodne są jednak nie tylko królowe, ale i inne samice; królowa jako jedyna wydaje na świat osobniki męskie, jest więc istotą nad wyraz pożyteczną. Zwyczaje w roju są pełne gracji i stanowią pomieszanie współczesnego savoir-vivre’u i średniowiecznych rytuałów dworskich. Żyrafy porozumiewają się za pomocą konwencji skłonów i przykucnięć; z tego powodu cierpią na choroby kręgosłupa. Interesują się literaturą; na swój język przetłumaczyły już w całości Flauberta i Hrabala.

Pojawienie się żyraf latających na ziemi zachwiało dogmat o człowieku jako końcowej fazie ewolucji; rozpaczliwie poszukiwane są próby znalezienia brakującego ogniwa. Żyrafa czczona jest w sześciu religiach, dwóch filozofiach, malarstwie i rzeźbie; Gwatemalczycy wierzą, że gniazdo żyraf na domu gwarantuje płodność i potomstwo. W polskim parlamencie mniejszość żyrafia ma zagwarantowane osiem mandatów. Na więcej, niestety, żyrafy nie przystały.

*   *   *

 I na tym wypada zakończyć ten przegląd zwierząt niezwykłych, skrzydlatych, zmyślnych - i po trochu zmyślonych. Nie jest to jednak tak, że jest to zbiór pełny; poza obrębem tego tekstu jest przecież miejsce na inne stworzenia, na ich nowe kreacje. I nawet jeśli nie zasiedlą one Kansas czy Sztokholmu, to przecież w jakimś sensie będą istnieć, w jakiejś sferze idei, czy też mówiąc po ludzku - marzeń. Bo przecież, jak mówi Magda, nie jest ważne to, czy to się zobaczyć, powąchać czy pomacać - najważniejsza jest wiara w to, co niemożliwe.


Kategorie: Proza i publicystyka

Czytanie ze zrozumieniem

październik 27, 2007 · Liczba komentarzy: 10

Action Mag - mój ojczysty magazyn internetowy - był, odkąd pamiętam, zawsze podatnym gruntem dla różnego rodzaju narzekań i wszelkiej maści defetyzmu. Michał Chmielewski, drugi po Eddiem archetyp internetowego ojca, wpisuje się poniekąd w ten powszechny schemat: w siedemdziesiątym siódmym numerze magazynu ukazała się bowiem “Pacyfikacji wolnej myśli”, artykuł, w którym to autor przejeżdża się po szkole jak wałek po cieście.

Przypomnijmy pokrótce listę zarzutów. Tę otwierają, nudne zdaniem Michała, szkolne lektury: autor, porównując je z Windowsem, upadla je doszczętnie. Szczególne miejsce przypada tu szlachetnej sztuce poezji, której to, jak czytamy, Michał nie cierpi: męczy go rozkładanie akapitów na słówka pierwsze i biadolenie, o co autorowi chodziło. Głównym jednak punktem Listy Chmielewskiego jest fakt, iż - zdaniem autora - szkoła niszczy w uczniach ich osobiste prawo do prywatnej, subiektywnej, intymnej interpretacji utworu. Narzuca ona jak dzieciaki mają rozumieć wiersz, pacyfikując ich własne zdanie i niesłusznie utrzymuje, że inne rozumienia są rozumieniami złymi. To, konkluduje Michał, musi doprowadzić do wykształcenia się nowego gatunku Polaka: idioty amerykańskiego. I to właśnie, ta niezgoda na mnogość, wielokrotność interpretacji jest naszej szkoły, zdaniem autora, główną przewiną.

Nie zamierzam tu się spierać na temat tego, czy lista lektur jest dobrze ułożona: o gustach się nie dyskutuje, gusta są jak PESEL, każdy ma swój. Nie jest moim zamiarem udowadniać Michałowi, że interpretacja wierszy go jednak zajmuje, tylko tego nie odkrył: autor jest w sprawie własnych upodobań najlepiej poinformowany. Nie mogę jednak zmilczeć biczowania polskiego szkolnictwa, które w swoim artykule uprawia mój szacowny adwersarz; mimo całej estymy, jaką go darzę, czas powiedzieć wyraźnie: mój imiennik się myli. Co jak co, ale szkoła uczy interpretowania wierszy na sposób właściwy.

By jednak udowodnić powyższe, potrzebne nam będzie trochę nomenklatury. Zastanówmy się bowiem czym właściwie jest wiersz, czym właściwie jest utwór, który sobie, czy to w klasie, czy to na wakacjach, dla własnej nieprzymuszonej przyjemności, interpretujemy. Otóż jest to po prostu forma komunikatu, za pomocą którego autor mówi nam, co mu leży na wątrobie, za pomocą którego przekazuje nam to, co nam przekazać pragnie. Należy więc zauważyć, że pod tym względem wiersz nie różni się niczym od artykułu w gazecie, przepisów w kodeksach czy też nawet obrazu, muzyki, audycji radiowej, reklamy w telewizji albo zwykłej rozmowy. Za każdym bowiem razem nadawca (poeta, redaktor gazety, prawodawca, prezenter radiowy czy też nasz rozmówca) przekazuje odbiorcy (czyli nam) jakąś określoną treść. Taki jest podział ról: nadawca stara się rzecz w słowach (obrazach, dźwiękach) zawrzeć, my zaś staramy się znaleźć odpowiedź na odwieczne, ciągłe i nieustające pytanie “Co autor chce nam powiedzieć?”.

Pojawia się jednak kolejna zagadka: czy autor zawsze wie, co powiedzieć chciałby? Pytanie rodzi wątpliwości i u Michała Chmielewskiego: sugeruje on w swoim artykule, że (anonimowy niestety) poeta, schlał się i pisał, co mu wódka na język przyniosła. Jakkolwiek racją jest, że niektóre (znów terminologia!) komunikaty - jak obrazy Witkacego - powstają pod wpływem, to jednak przyjmuje się założenie, że autor przekazu wie, co chce światu oznajmić. W przypadku przepisów prawnych na przykład, taki aksjomat nazywa się założeniem o racjonalności językowej prawodawcy (prawodawca doskonale zna język, którym się posługuje) i potrzebne jest to o tyle, że jego brak oznaczałby, iż każdy przepis można interpretować w dowolny sposób, hulaj dusza, poszły konie po betonie. W przypadku sztuki zaś (a więc i wierszy) takie założenie wynika raczej ze zwykłej statystyki: owszem, są artyści, którzy bądź też działają w stanie ograniczonej poczytalności (jak choćby Witkacy), bądź też po prostu idą na freestyle (dadaiści, Pollock), przeważającą jednak grupę - co wynika z moich obserwacji literackiego światka - stanowią osoby, które zastanawiają się nad swoimi utworami. Czy pierwszym punktem pisania tekstu do AM nie jest pomysł na jaki temat i co napisać? Oczywiście, że jest. Podobnie z wierszami: pierwszym zadaniem poety jest uzmysłowienie sobie, co chce przekazać w danym utworze, jaką chce zbudować atmosferę i jaką scenę odtworzyć - chwilę później przychodzi czas na decyzję, w jaki to zrobić chce sposób. Najpierw treść, potem forma.

Wiemy już, że wiersz służy poecie do przekazania nam jakiejś konkretnej treści. Pojawia się więc pytanie: jakie zadanie przyświeca nam jako interpretatorom? Czy interpretacja to na pewno sprawa intymna, subiektywna? Czy wolno nam mówić, że wiersz jest o kochaniu, bo naszym zdaniem jest o kochaniu - i to nasze zdanie, nasz prywatny odbiór ma być koronnym argumentem zamykającym usta ludziom, którzy twierdzą, że nie mamy racji, że wiersz źle rozumiemy? Nie, tak się czynić nie godzi: tak robiąc, wkładalibyśmy poetom w usta nasze własne myśli, nasze własne postrzeganie świata. Możliwe przecież, że twórca chciał nam przekazać coś innego, możliwe przecież, że zrozumieliśmy go źle - czy nasze widzimisię jest ważniejsze od zdania autora? Oczywiście nie. Dlatego naszym zadaniem, jako czytelników, nie jest odkrycie najfajniejszej naszym zdaniem interpretacji, ale odkrycie takiej, jaką napisałby sam poeta. Tak naprawdę więc tylko jedna interpretacja jest właściwa: ta autora. I to do niej musimy dotrzeć: niech nam poeta powie, co myśli o świecie - posłuchajmy go przez chwilę i zastanówmy się, czy nie ma racji.

Oczywiście, takie słuchanie autora, ten proces interpretacji, jest procesem bardzo trudnym. Mogą więc się zdarzyć pomyłki, interpretacje złe. Mój adwersarz wstawia to wyrażenie w cudzysłów, sugerując, że złych interpretacji nie ma. To rzecz jasna nieprawda: złą interpretacją jest na przykład wniosek, iż “Pan Tadeusz” to książka kucharska czy też przewodnik po Litwie, tylko dlatego, że opisuje uczty w litewskim klimacie. To jednak przykład przejaskrawiony: w praktyce błędy są bardziej subtelne. Powszechna jest przykładowo opinia, że “Śpieszmy się kochać ludzi…” ks. Twardowskiego jest wierszem o śmierci: rzeczywiście, opis odchodzenia zajmuje tu większą część utworu. Ale to tylko półprawda: w obliczu pointy (bo nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości/ czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą) rzec trzeba, że wiersz ten jest jednak przede wszystkim o miłości, a śmierć jest tylko czynnikiem do niej motywującym. Trzeba więc bardzo uważać, wsłuchiwać się w to, co mówi autor poprzez utwór, wczuwać się w atmosferę zawartą w utworze, szperać weń w poszukiwaniu śladów i argumentów i nigdy nie wolno zadowalać się prawdą częściową. Dopiero, gdy wszystkie fragmenty układanki są już na swoim miejscu, gdy każdy wers ma swoją pozycję w naszej interpretacji, wolno nam powiedzieć, że wiemy, co chciał powiedzieć autor. Rzymianie mówili: interpretatio cessat in claris, interpretacja kończy się jasnością. Rzymianie zawsze wiedzieli, co mówią.

Zadaniem szkoły jest właśnie wyuczyć samodzielnego w przyszłości czytelnika takiej empatii: pokazać, jak czytać utwór, by go zrozumieć. Uczeń musi wiedzieć, że nie każda interpretacja jest prawdziwa: są bowiem takie, które - w obliczu argumentów przeczącym im, czy też przemawiających za inną interpretacją - po prostu nie wytrzymują konkurencji i zostają zbite. Nie znaczy to jednak, że w interpretacji nie ma miejsca dla samodzielnego myślenia: trzeba w interpretacji myśleć, ale to myślenie musi być nakierowane na odczytanie intencji autora. Wnioski, których autorstwo przypisujemy poecie, mogą różnić się od ogólnie przyjętych: muszą jednak być podparte silnymi argumentami, muszą być spójne, przemyślane i do pogodzenia z kontekstami. Warto więc się spierać o treść utworu - szkoła powinna to umożliwiać i w moim przypadku tak było - ale trzeba mieć argumenty. To nie parlament: trzeba wiedzieć o czym się mówi.

W procesie interpretacji nie ma więc miejsca na własne przemyślenia: po prostu nie o to w tej zabawie chodzi. Ważne jednak, by swe przemyślenia mieć, dzielić się nimi na lekcji, zamieszczać je w swoich pracach, chociażby w zakończeniu. To ważne, bo właśnie posiadanie osobistej odpowiedzi na drugie z ważnych pytań: co sądzisz o tym co powiedział ci autor, odróżnia człowieka myślącego od tego, który powiela utarte wzorce. Na coś takiego zawsze musi być miejsce w szkole, bo to po prostu ważniejsze niż szósty wiersz Mickiewicza. Należy jednak zauważyć, że to już dalszy etap: trzeba najpierw dowiedzieć się, co mówi autor, by wiedzieć, czy się człowiek z nim zgadza, czy nie.

Ja miałem w tym względzie dobre doświadczenia: moja szkoła uczyła interpretacji, pozwalała na dyskusję nad treścią utworu, a po zakończeniu interpretacji - na snucie refleksji. Rozumiem, że w przypadku mojego imiennika było inaczej: na takie dysputy miejsca nie było. To smutne i o to powinien Michał Chmielewski mieć do swego polonisty pretensje. Niesprawiedliwością jest jednak oskarżać system interpretacji, którego uczy się szkole, o niszczenie myślenia: to, że nie ma tu miejsca na snucie własnych bajań wynika po prostu z jego charakterystyki. Interpretacja wiersza to przecież, podobnie jak wykładnie przepisu prawnego, czytanie ze zrozumiem i przy wykorzystaniu kontekstów.

Interpretacja, to jak się rzekło, proces trudny - lecz niekoniecznie nieprzyjemny. Potraktujcie to jako zagadkę detektywistyczną, szukajcie prawdy, szukajcie motywów. Może wówczas pytanie “Co autor chciał powiedzieć?” przestanie być szkolną zmorą. A przecież czytanie wierszy - i ich rozumienie - dać może wiele. Utwór może być wszak drogowskazem, może być lampką, latarką, która naświetli dalszą drogą. Takie małe, podręczne światełko. Rzymianie, którzy wiedzieli co mówią, twierdzili przecież: interpretatio cessat in claris. Interpretacja kończy się jasnością.


Kategorie: Proza i publicystyka

Powszechnik (38/2007)

wrzesień 24, 2007 · Brak komentarzy

W numerze 38 - numer 37 opuściłem porzuciwszy na tydzień polskie ziemie - na przeczytanie zasługuje artykuł Mirosława Szredera “Buldożery opinii”. To rzecz o sondażach opinii społecznej, podstawowym, choć niedocenianym ostatnio mechanizmie demokracji. Przy niskiej frekwencji wyborczej, to właśnie “dobrze zaprojektowane badanie sondażowe, (…) wyraża opinie reprezentatywnej części społeczeństwa.” Sondaż pozwala też wyborcom - to myśl George’a Gallupa - “na bieżąco przekazywać sprawującym władzę ocenę prowadzącej polityki.” To także mechanizm obronny demokracji: sondaż utrudnia życie dyktatorom, bo niełatwo - mając niskie poparcie w badaniach - w sposób przekonujący sfałszować wybory. Jest jednak i podstawowa wada: gdy polityk patrzy na sondaże i stara się rządzić według nich, to zauważone zostają tylko postulaty większości: dużo tu więc miejsca na populizm, mało na niepopularne - choć czasem jakże wartościowe! - decyzje. Dlatego też sondaże - jak pisał w 1999 roku Allan Rivlin - to “buldożery na archeologicznych wysypiskach: zasypują bogatą, czasem subtelną różnorodność opinii.” Pozostaje tylko to, co ma poparcie wśród mas, a ważne inicjatywy mniejszości nie mogą być nigdy spełnione.

Ciekawy jest także artykuł “Świat jest iluzją!” Michała Witkowskiego, autora kontrowersyjnego “Lubiewa”, poświęcony postaci Pana Samochodzika. Autor w finale podkreśla, że mimo socjalistycznych naleciałości, książki Nienackiego nadal zachowują świeżość: “wszystko, co można im zarzucić, należy do sfery logiki i ideologii, gdy uwodziciel apeluje do emocji.” Choć teza to prawdziwa, to mnie osobiście najbardziej zainteresowała wiwisekcja światopoglądu przebijającego się z tych książek. Michał Witkowski pisze: “Nie był to obraz społeczeństwa idealnego, niektóre drobne rysy zachowane zostały niejako dla ozdoby. Są chuligani, ale od razu wiadomo, że trzeba z nimi porozmawiać i że to tak naprawdę nie są źli ludzie. Są “braki w zaopatrzeniu”, ale takie niegroźne, ornamentacyjne. Jest kilku prywaciarzy (…) - w porównaniu z zagranicznymi “Niewidzialnymi” - są prawie że sympatyczni.” I dalej, o Tomaszu, socjalistycznym bohaterze: “Biegle zna około dziesięć języków, świetnie pływa (także swoją autoamfibią), jest szarmancki wobec kobiet i nigdy nie postępuje nie fair. (…) Z drugiej strony wszystkie jego cechy charakteru i umiejętności ukryte są zupełnie tak samo, jak w przypadku jego brzydkiego samochodu”. I tu właśnie pojawia się zestawienie Wschodu z Zachodem: “U nas z pozoru szaro, brzydko i byle jak, ale jak przyjdzie co do czego, to pod radziecką maską zagrają silniki silniejsze od waszych, a chuderlawy pan Tomasz powali chwytem judo nawet samego 007. Nie wierzcie pozorom. Świat pozorów zostawcie Zachodowi. To ciekawa charakterystyka, bo mówi rzeczy nowe o - zdawałoby się przeczytanych już - książkach.

W sekcji kulturalnej artykuł Anny R. Burzyńskiej o nowym spektaklu Michała Zadary, Anna Piotrowska o filmie “Święta rodzina” Sebastiana Camposa i trzy wiersze Bogusława Kierca. Najciekawszy jest chyba pierwszy z nich, “Wniebowstąpienie”; urzeka potoczysta składnia i nienachalność rymów. Bogusław Kierc wydał niedawno zbiór poezji “Plankton”, do druku przeznaczona jest też jego książka o Rafale Wojaczku.

Tematem numeru jest jednak rzecz jasna zbrodnia katyńska. W specjalnym dodatku obszerny wywiad Joanny Olczak-Ronikier i Tomasz Fiałkowskiego z Andrzejem Wajdą. Reżyser mówi w nim między innymi: “Musiałem wybierać: albo robię film o tych, którzy zginęli, i o tych, którzy zostali, o zbrodni i kłamstwie, o moim ojcu i mojej matce - albo opowiadam o sobie. (…) By jednak opowiedzieć o sobie, musiałbym być pisarzem przynajmniej tak zdolnym, jak jestem reżyserem, i napisać autobiograficzną powieść psychologiczną, którą mógłbym przenieść na ekran. Powieść o tym, dlaczego nie domagałem się sprawiedliwości i prawdy o moim ojcu, dlaczego te lata były latami moich sukcesów, dlaczego robiłem filmy zamiast siedzieć w więzieniu jak ci, którzy protestowali. (…) W życiu wybrałem tę drogę, którą wybrałem, i będę odpowiadał za to, co zrobiłem - ale już nie tutaj…”Interesujący są też artykuły: Jolanty Adamskiej o kulisach odkrycia zbrodni katyńskiej (”Leżą tam wszyscy jeńcy”), Jacka Zygmunta Sawickiego o próbie zachowania w pamięci Polaków prawdziwej wersji wydarzeń w Katyniu (”Zanim powstała Dolinka Katyńska”) i artykuł “Posadzili na nich sosny” Kingi Hałacińskiej. Artykuł ten, traktujący o Katyniu wtedy i dziś, kończy się smutną refleksją: na rosyjskiej części cmentarza - gdzie NKWD pochowało kilka tysięcy Rosjan - do dziś brak jest tabliczki z jakimkolwiek nazwiskiem. To zrozumiała, choć wyjątkowo smutna ucieczka od własnej historii; a przecież potężne państwo to nie takie, którego obywatele żyją w strachu przed władzą, ale takie, które sprawia, że obywatele ci mogą spać spokojnie.

Kategorie: Proza i publicystyka

Tunelu nie było

wrzesień 9, 2007 · Liczba komentarzy: 5

Jest w człowieku coś takiego wczesnego, odwiecznego, taki mały opowiadacz. Taki pradawny bajarz, łazęga, wędrowny śpiewak. On się czasem włącza w człowieku, włącza się we mnie, on czasem ma ochotę opowiedzieć coś bez jakichś głębszych pobudek, tak sobie, dla samego opowiadania. Ten plotkarz, powiadam, jest najbardziej ludzką częścią człowieka: to takie nasze mówić o czymś, co się przeżyło. Zwłaszcza wtedy, gdy się przeżyło o włos.

Nim ja jednak prawie umrę - a prawie umrę niechybnie i dosłownie o cale - czeka mnie jeszcze wiele wrażeń. Nie będzie jednak żadnych znaków i zwiastunów; co najwyżej drobne pulsowanie światła. Wstanę z popołudniowego spania trochę bardziej zmęczony niż zwykle i trochę gorszy będę miał humor. Internet, ta nasza współczesna wróżba, chodzić będzie nad wyraz przeciętnie; drgać będą wskaźniki giełdowe, drgać będą trochę nerwowo, ale przecież będą rosnąć koniec końców, więc wieczorem znów wszyscy będą spokojni. I właśnie wtedy, właśnie potem, a Przedtem wobec Końca, zacznie się impreza; na niej okaże się, że na pusty żołądek cztery kielonki, piwo i fajki to jednak dość sporo; nie dość, bym miał przegrać z Pawłem w bilarda, dość jednak na rozmowy podejrzanie szczere i nieskładne. A potem, jeszcze później, będzie nasz nocny autobus, będzie bitwa na śnieżki i jakieś dziwne, nieprzyjemne uczucie, że coś mi się przewraca w żołądku. I będzie odprowadzanie Ziuty, żegnanie się z Ziutą i Ziuty ściskanie, i chwytanie za rączki, i uśmiechy, i machanie rękami, i dwa kroki do tyłu - i nagle dość ciepło, nieprzyjemnie i ciemno.

Kiedy byłem jeszcze bardzo mały, wyobrażałem sobie jak to ciekawie musi być gdy się mdleje. Zemdleć, myślałem sobie, to jest jak spojrzeć przez dziurkę od klucza do krain odmiennych w kształcie i barwie, to jest zobaczyć życie od zewnątrz, to są, myślałem dalej, takie małe drzwiczki do Narni. Mdlenie, mówiłem po cichu, to jest przeżywanie przygody, takiej przygody tajemnej, po której wracasz do ciała i uśmiechasz się do lustra. Dlatego zawsze, powiadam, żałowałem, że nie dane mi było omdleć bezwiednie i brawurowo ocalać światów; pewien byłem, że jeśli choć raz mi się uda, to sprawę nadrobię. I kto wie: może właśnie teraz, chwilę po braterskim ściśnięciu Ziuty, jakiś glob ocaliłem; niestety, byłem spity i nie pamiętam ni trochę.

Tunelu więc, powiadam, żadnego nie było. Nikt nie kazał mi wracać: sam sobie wróciłem. Trochę, przyznaję, pomogła mi Ziuta: wpakowała mi w pysk pół tabliczki czekolady i kazała wcinać, a ja, co wiem z opowiadań, wcinałem, statecznie i przeciągle. Byłem też - wiem wciąż z opowiadań - zupełnie niemrawy: nie kojarzyłem jaki jest dzień ani co będzie jutro. A jako że uderzyłem się w głowę i to uderzyłem się, mówiono mi, dość prężnie, jako że spojrzenie miałem durne, mówiono, ponad naturę i że nie do końca wiedziałem co mi się dzieje, wezwała Ziuta pogotowie. Nim to przyjechało, nadal sondowali mi pamięć: nie radziłem sobie specjalnie z określeniem miesiąca, zdążyłem jednak wypomnieć Pawłowi, żem z nim wygrał w bilard. To mi, podobno, dodało animuszu i gdy Pani Ratownik zapytała mnie kontrolnie co studiuję, powiedziałem jej szczerze, powiedziałem jej radośnie że prawo, że mam czwórki na semestr i że tu gdzieś, tu właśnie mogę pochwalić się indeksem. Nie zrobiłem jednak wrażenia i wsadzili mnie do eRki, wsadzili mnie do niej bełkotliwego i z powiększoną prawą źrenicą, z podejrzeniem ucisku na półkulę i na sygnale. Tam, zdaje się, nawet komuś udzielałem porad, kogoś po ramieniu klepałem i życzyłem zdrowia; jeśli teraz to czytasz, mój dobry sanitariuszu, to mam nadzieję, że rad nie posłuchałeś.

Gdy wylądujesz o drugiej nad ranem na oddziale ratowniczym, to jesteś zazwyczaj jedynym pacjentem. Skutek jest taki, powiadam, że każdego lekarza budzą specjalnie dla ciebie; nie jesteś więc specjalnie tam popularny. Każdemu jednak, kto pół roku czeka na badania, polecam się spić i zemdleć: badają cię w dwie godziny. W dwie godziny załatwiają ci neurologa, okulistę, krew, roentgena i EKG na okazję zawału. W ciągu godzin dwóch zdiagnozowany jesteś lepiej niż peugeot w salonie, wykluczone masz wszystkie powikłania, lekarze zaś żartują sobie, że na medycynie tak się nie piło. I mimo, że bardzo, bardzo chcesz ich czymś jeszcze zaskoczyć, udowodnić, że naprawdę coś ci dolega - wypadałoby o tej porze! - to po raz kolejny okazuje się, że czasem człowiek jest bezsilny. Podają ci glukozę na przepicie, a ty siedzisz strapiony i zawstydzony, i głupio ci, że oni tacy lekarze, tacy ratownicy, tacy niewyspani, a ty masz syndrom studenta po sesji. Po czem przypominasz sobie, że masz przecież jedną źrenicę genetycznie większą od drugiej - i od tego momentu naprawdę chcesz do domu.

Tak było i ze mną: o czwartej był po mnie wyraźnie niewyspany Paweł w wyraźnie niewyspanej taksówce. I tak sobie jechaliśmy, przez to uśpione miasto, przez ten poranny Poznań, Paweł z nosem przy szybie, ja z wypisem “stan po spożyciu” pod ręką, tak sobie jechaliśmy, powiadam, przez świtającą Głogowską i nagle uświadomiłem sobie, że to właśnie tej nocy, kiedy piłem i paliłem, spadł śnieg. I że to właśnie w ten śnieg uderzyłem głową, i że to on mnie osłonił. Po czym pomyślałem sobie, że ktoś chyba musiał czuwać nade mną tej nocy i podsunąć mi śnieg w tym moim pijackim widzie, że ktoś musiał spojrzeć i orzec, że jeszcze nie teraz, że jednak później, gdy będę późniejszy, dojrzalszy, za lat kilka, kilkadziesiąt, od noża lub tętniaka. A potem wreszcie, na sam koniec, przypomniałem sobie, że przed samym zemdleniem poczułem skręt jelit i pomyślałem, ze to nie może być, żeby Bóg działał przez jelita - dlatego odwróciłem się do Pawła i powiedziałem, że jednak nie. Ale Paweł spał już i spało całe miasto, wszyscy posnęli - więc posnąłem i ja.


Kategorie: Proza i publicystyka

Powszechnik (36/2007)

wrzesień 6, 2007 · Liczba komentarzy: 3

Prasa katolicka nie ma ostatnio dobrej prasy. Media te, zwłaszcza wśród ludzi młodych, kojarzą się bowiem nieuchronnie z betonem spod znaku Radia Maryja. Ten beton to jednak, warto pamiętać, tylko jeden z wielu kierunków myśli katolickiej: ani to kierunek dominujący, ani też najbardziej chlubny. Jest to jednak prąd najbardziej eksponowany: stąd też warto, jak myślę, udowodnić, że słowo “katolicki” w tytule, nie oznacza “zacofany” ani też “naiwny”. Jest bowiem na rynku gazeta, która - pozostając wierna Kościołowi i chrześcijańskiej etyce - jest, przynajmniej dla mnie, interesującą lekturą. Mowa o “Tygodniku Powszechnym” prowadzonym przez księdza Adama Bonieckiego; mam nadzieję, że cotygodniowy skrót tego, o czym pisze się w “Tygodniku”, zachęci kogoś do sięgnięcia po tę gazetę. Ja na ten przykład czytam głównie “Politykę” - warto jednak wzbogacić swój ogląd o inne punkty widzenia : )

W tym tygodniu na pierwszej stronie ciekawy wywiad Piotra Muchalskiego z profesorem Andrzejem Zollem, byłym Rzecznikiem Praw Obywatelskich i Prezesem Trybunału Konstytucyjnego. Choć zaostrzenie kar dla przestępców to argument chwytliwy, warto zwrócić uwagę jak takie pomysły kontruje profesor prawa karnego: “W Polsce siedzi w więzieniach 91 tysięcy ludzi, zaś miejsc po przebudowie kaplic, korytarzy i bibliotek na cele jest ok. 72 tysięcy. (…) W dodatku słyszymy, że ok. 50 tysięcy wyroków pozbawienia wolności jest niewykonywanych. Gdybyśmy chcieli (…) osadzić tych ludzi to nie mamy gdzie. A co będzie, gdy zaostrzymy kodeks karny?”. “Pozbawienie wolności - mówi Zoll - desocjalizuje człowieka, a nie resocjalizuje.” I dalej, o tym jak obecna władza pojmuje karanie: “To jest tzw. retrybutywizm, według którego kara jest odpłatą. (…) Nie szuka się uzasadnienia dla kary, czy osiągnięcia jakiegoś celu poprzez karanie… Kara ma przede wszystkim zaspokoić poczucie sprawiedliwości i to jest jedyne uzasadnienie dla karania. (…) Jednak w Europie, poza Skandynawią, jest to właściwie kierunek jednoznacznie zarzucony.” I wreszcie dygresja o sądownictwie, coś co trzeba by rozgłaszać megafonami: sędzia, jak zauważa Zoll, jest sługą prawa, a nie państwa. Widać to było dobrze ostatnio w związku z odzyskiwaniem ziemi na Mazurach. Sędziowie przyznawali prawo do nieruchomości osobom, które według obowiązującego polskiego prawa nigdy nie straciły polskiego obywatelstwa (…). Dzisiejsza władza zarzuca tym sędziom działanie na szkodę państwa, ponieważ są wierni literze prawa! Byłoby bardzo niedobrze, gdyby sędzia był depozytariuszem interesu państwa, a nie strażnikiem litery prawa. On przecież ma również rozstrzygać spory między państwem i obywatelem.”

Tym, co przykuło uwagę innych mediów, jest publikacja listu kardynała Stanisława Dziwisza do biskupów polskich w sprawia Radia Maryja. Dziwisz pisze tam, że niezbędne jest ustanowienie nowego zarządu Radia Maryja; ostrzega też, że biskupi są “na progu niebezpieczeństwa kryzysu - ktoś inny decyduje o kierunku duszpasterstwa w Polsce.” Stwierdza wreszcie, że “ani Radio Maryja, ani Telewizja Trwam, ani ich dyrektor nie mogą przejąć odpowiedzialności za Kościół w Polsce…”; to wreszcie głos stanowczy, choć nieco smutne, że tajny i wygłaszany pokątnie. To, że redakcja “Powszechnego” decyduje się na jego ujawnienie dowodzi chyba desperacji otwartej na świat części duszpasterstwa. To nie szukanie sensacji, a raczej próba obudzenia Episkopatu: tak dłużej się po prostu nie da.

Z tematów okołoreligijnych zwraca też na siebie artykuł “Święta od ciemności” Weroniki Mliczewskiej, poświęcony Matce Teresie z Kalkuty. I ateistów musi zainteresować fakt, że jedna z nielicznych współczesnych nam świętych, całe życie borykała się z wątpliwościami: w 1979 roku w liście do arcybiskupa Ferdynanda Périera, Matka Teresa pisała: “Panie mój, Boże, kim jestem, żeś mnie opuścił? (…) Wołam, trwam przy Tobie, pragnę, a tu nie ma Nikogo w odpowiedzi. (…) Gdzie jest moja wiara? Nawet głęboko we mnie nie ma nic prócz pustki i ciemności. Mój Boże, jak bardzo bolesny jest ten nieznany ból: nie mam wiary.” Do końca życia trwała w tej niewierze, umiała ją jednak sobie wytłumaczyć: “Po raz pierwszy od lat - pisała - zaczęłam kochać tę ciemność. Teraz wierzę, że jest to część (…) ciemności i bólu Jezusa na ziemi.” W trwaniu mimo braku wiary widziała największy jej akt; stąd też jak sama pisała “Jeżeli kiedykolwiek zostanę świętą, to będzie to święta od ciemności.”

Wstrząsający jest artykuł “Gdy zjedzą już trawę”, traktujący o sytuacji w Korei Północnej. Z komunistycznego raju uciekają przed głodem tysiące jego obywateli - dlatego władze w Phenianie budują mur, mający zapobiec temu eksodusowi. Co jednak najbardziej przeraża, to fakt, że uciekinierzy - jeśli zostaną złapani - trafiają do obozów żywcem przypominających stalinowskie łagry. Bartłomiej Dzięciołowski pisze: “Świadectwa o przypadkach kanibalizmu, torturach, egzekucjach, przymusowych aborcjach i przestępstwach seksualnych przypominają historie z Auschwitz. Na więźniach prowadzone są testy z bronią chemiczną i biologiczną…”. Smutnym jest, że tej gehennie spokojnie przygląda się zachodni świat: Korea nie ma ropy, któą warto by zagospodarować.

W numerze warto też zwrócić uwagę na zabawny felieton Jana Klaty i wywiad z Wilhelmem Sasnalem; są też dwa przeciętne wiersze Szymborskiej i dodatek o Wratislavia Cantans. Przed wyborami przyda się jednak lektura “Architektów niewidzialnych pajęczyn” Radosława Korzyckiego, artykułu opowiadającego o historii współczesnej propagandy politycznej. Cherry picking, non-denial denial i push polls - to wszystko nazwy technik, które i u nas powoli zadomawiają się na dobre. Warto się z nimi zaznajomić, nim ktoś znów nas postraszy dziadkiem z Wehrmachtu.

Kategorie: Proza i publicystyka

Mam ćwieki

sierpień 13, 2007 · Liczba komentarzy: 8

Felieton nieco archiwalny, czerwiec 2005.

To w skrócie jest tak, że ja nie cierpię zakupów. Nienawidzę ich tym pierwotnym rodzajem nienawiści, tym dziewiczym, nieskalanym gniewem. Na myśl o supermarkecie mam ochotę palić i rżnąć, a sklep z butami działa na mnie jak płachta na byka. Agresywny jestem, gryzę, tupię, mam kły i pazury. Zazwyczaj wolę więc chodzić w starym i wytartym, niż kupić sobie nowe. Zazwyczaj - ale nie w zeszły piątek.

W zeszły piątek bowiem, a był to dzień nad wyraz już letni, dokonałem transakcji handlowej. Akwizytorem był w tym przypadku kolega Góral, stary pilski punk i niemal harleyowiec. Góral, zwany też niekiedy Młodszym Panem z Bródką, od nieznanych mi już czasów składał motory z części niepierwszej młodości. Jeden z nich zaliczył już szczęśliwą jazdę próbną i szereg awarii. Stały bywalec harleyowych zlotów miał tez żyłkę do interesów: w czasie największego regresu był zawsze przy pracy, zaś każdy z jego towarów potrafił znaleźć nabywcę. Tym sposobem opchnął Góral stary gaźnik, półczynną konsolę i przechodzoną pieszczochę. Tę ostatnią kupiłem ja!

Pieszczocha, stary punkowy rekwizyt, to była z mojej strony zwykła dziecinna fanaberia. Skórzany pasek z nabitymi ćwiekami, rzecz do kupienia w każdym sex-shopie i sklepie kynologicznym, zatracił bowiem dawno swoją wymowę ideologiczną. Raz, że przestał już być używany, przynajmniej w znanych mi kręgach, jako bielizna erotyczna. Dwa, że mając nikłą siłę ognia, nigdy nie był dobrą metodą zwalczania Systemu. I dla mnie nie była pieszczocha niczym poza prywatną zachcianką, letnim żartem i totemem pomaturalnego rozluźnienia. Kobiety kupują torebki - ja także mam swoje fetysze!

Moi znajomi byli w większości transakcji przeciwni, twierdząc, że pieszczocha będzie mi pasować jak świni dready. Żywiołowym protestom przewodniczyła Kamila, mój prywatny ekspert w sprawie aranżacji zewnętrza. Kamila, biegła w sztuce wizażu, będąc na skraju desperacji sięgnęła nawet po autorytet starożytnych. Posiłkując się nimi dobitnie udowadniała, że pieszczocha na łapie kogoś, kto wygląda jak skejt, to katastrofalne złamanie zasady decorum. A gdzie zostaje złamane decorum, tam rodzi się komizm. Czyli zwykła brecha.

Przy takim sprzeciwie publiki kupno ćwieków stało się rzecz jasna sprawą niemal honorową. Rezygnacja byłaby rzeczą haniebną i babią; należało doprowadzić handel do końca, uścisnąć sobie dłonie i pozwolić reporterom na krótkie interview. Nic więc dziwnego, że już w piątek, w kilka dni po wstępnych pertraktacjach, zasiadłem z Góralem do stołu obrad w celu transakcji wymiennej. Posiłkując się cygarem, barmanem i piwem z sokiem doszliśmy do pewnego konsensusu: ja mu piwo i papierek, on mi ćwieki i w ogóle. Oko za oko, ząb za ząb.

Nowy totem wprowadził w moje życie pewną dozę wesołości. Rodzice uznali go wpierw za egzotyczny rekwizyt; erotyczną etymologię przedmiotu przyjęli z godnym podziwu zrozumieniem, nie pozbawionym jednak nuty niepewności. Powściągliwi byli także moi znajomi: zapewnienia, że od tej pory biję i gwałcę przeszły bez echa, zwłaszcza wśród koleżanek. Trochę powarkiwałem dla wzmocnienia demonicznego efektu; nie zmienia to jednak faktu, że jedyne, co uzyskałem, to dobre samopoczucie i nowe znaczenie słów “skóra i kości”.

Gdy tak się sobie przyglądam w lustrze, to myślę, że znajomi mieli rację: wizualnie ćwieki mi nie pasują. Ale i tak noszę je z dumą - to w końcu moja, męska pieszczocha. To jest mój substytut chłopięcej finki; coś jeszcze młodego, ale już upolowanego na własną rękę. Substytut śmieszny dla postronnych, lecz dla mnie będący jakimś wstępem do tej przyszłej, oczekiwanej już trochę, samodzielności. Do kucia siebie i otoczenia od A do Z, pełnej odpowiedzialności za siebie i pełnej, niepodzielnej, choć nierealnej niezależności. Może to iluzja - ale iluzja bycia niezawisłym, prawdziwym i zawsze samym sobą.

Z każdym kolejnym ćwiekiem jestem bardziej niepodległy.

Kategorie: Proza i publicystyka

Przecież przysięgali

sierpień 10, 2007 · Liczba komentarzy: 6

Z tymi medykami to jest ciekawa historia. Przy okazji protestu w służbie zdrowia w telewizorze podali, że lekarz przeciętnie żyje kilka lat krócej od swojego pacjenta; szczerze mówiąc nie jestem zdziwiony. Medyk bowiem to taki człowiek, który wpierw ciężko się uczy, by potem całe życie ciężko pracować - rzecz sama w sobie szlachetna, choć nieco naiwna. Naiwna, bo człowiek wyliczony robi takie rzeczy za grube pieniądze, lekarze zaś - sprawa powszechnie znana - nie mają przesadnie spasłych portfeli. Stąd też frustracja środowiska, kłopotliwa kwestia medycznego strajku i sztampowe w tym miejscu pytanie: mogą czy nie mogą? Wielu Polaków twierdzi, że nie; lekarza wiąże Przysięga Hipokratesa, więc mu strajkować nie wolno. I byłby to z pewnością niezły argument - obetnic się dotrzymuje - gdyby nie błędne do cna przesłanki: Twój lekarz, Czytelniku, nigdy jej nie składał.

Nie od dziś wiadomo, że jak coś jest oczywiste, to znaczy że nic o tym nie wiemy; tak też jest z Przysięgą Hipokratesa. Niesamowitym jest, jak wiele narosło wokół niej mitów: to taka medyczna miejska legenda. Zwykło się przecież uważać, że Przyrzeczenie to podstawa etyki dla współczesnych medyków, niezmienny od wieków aksjomat, coś starożytnego i szlachetnego, spadek po Dobrym Wujku Hipokratesie. Prawda jest jednak zupełnie inna i się jej z tego miejsca przyjrzymy; nie taka Przysięga moralna i wszechobecna, jak się ją zwykło malować.

Przysięgę otwierała dość szeroko zakrojona apostrofa; zobowiązując się do dochowania obietnic, młody medyk wzywał na świadków “Apollona lekarza, (…) Asklepiosa, Hygieje, i Panaceje oraz na wszystkich bogów i boginie”. Każde wymienione w tym miejscu bóstwo związane było z medycyną, czego dowody znajdziemy i w naszym języku: to od ich imion pochodzą słowa takie jak “higiena” czy “panaceum”. Sama inkantacja miała jednak jedynie znaczenie symboliczne, wskazywała na szczególną rolę i odpowiedzialność lekarza, jak i na podniosłość momentu przysięgi. Treści właściwe widoczne były dopiero w akapicie następnym:

“Mistrza mego - czytamy w nim - w tej sztuce będę szanował na równi z rodzicami, będę się dzielił z nim mieniem i na żądanie zaspokajał jego potrzeby: synów jego będę uważał za swoich braci i będę uczył ich swej sztuki, gdyby zapragnęli się w niej kształcić, bez wynagrodzenia i żadnego zobowiązania z ich strony; prawideł, wykładów i całej pozostałej nauki będę udzielał swym synom, synom swego mistrza oraz uczniom, wpisanym i związanym prawem lekarskim, poza tym nikomu innemu. Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i rozeznania ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzywdy.”

Jakkolwiek ostatnie zdanie powyższego może wydawać się niewinne i szlachetne, to warto sprawdzić rolę zdań poprzednich. Zauważmy: to przede wszystkim sposób na zamknięcie zawodu, na wykluczenie osób postronnych z klanu lekarskiego i pozbawienie ich dostępu do medycznej wiedzy. Największą grupę wykluczonych stanowiły rzecz jasna kobiety - przesięga mówi jedynie o “synach” czy “uczniach”, uprawiając jawny seksizm. Pozbawionych szans na medyczne kształcenie było jednak dużo więcej: przysięga ograniczała naukę zawodu do “synów Mistrza”, “własnych synów” i osób “wpisanych”, czyli dopuszczonych doń inną drogą. Nauczyciel zyskiwał więc pewność, że przyuczając adepta zapewnia jednocześnie swoim dzieciom miejsce kształcenia. Prócz tego Przysięga zobowiązywała ucznia do poszanowania Mistrza (a więc i dbania o prestiż zawodu), “dzielenia się z nim mieniem” i zaspokajania na żądanie jego potrzeb. Najważniejszą jej rolą było więc zabezpieczenie materialne lekarzy, napchanie ich portfeli kosztem dostępu do wiedzy. Nie “primum non nocere” (którego nigdzie w Przysiędze nie ma), a “pecunia non olet”. Na pieniądze się przecież nie umiera.

Następny akapit Przysięgi Hipkratesa przynosił kolejne, konkretne zakazy. “Nikomu, - obiecywał lekarz - nawet na żądanie, nie dam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka poronnego. W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę swoją.”. Prawo rzymskie w owym czasie dopuszczało eutanazję, właściciel niewolnika mógł go zaś zabić w majestacie prawa; Przysięga Hipokratesa zakazywała jednak lekarzom uczestnictwa w tych praktykach. Medykom nie było wolno więc truć niewolników na żądanie ich panów, nie mogli też dopomagać w samobójstwie - i to nawet radą. Niedopuszczalne było też podawanie kobiecie “środka poronnego”, przez co należało rozumieć totalny zakaz aborcji, nawet jeśli dopuszczało ją prawo. Zakaz ten był rzecz jasna notorycznie łamany, bo zawsze gdy jest popyt pojawi się podaż - taka już ludzka, ekonomiczna natura.

Ciekawy jest zdanie następne, gdzie medyk obligował się do nieoperowania “chorych na kamicę, pozostawiając to ludziom zawodowo stosującym ten zabieg.”. Takimi ludźmi byli chirurdzy, którzy wówczas stanowili oddzielną grupę zawodową; uważano zresztą, że leczenie nożem jest zadaniem zbyt trudnym, by zlecać je lekarzom. Co więcej, Hipokrates był ponoć związany z sektą pitagorejczyków, którzy w ogóle odrzucali operację jako sposób leczenia. Zagadkowym wydaje się być jednak ograniczenie zakazu do kamieni nerkowych - może to po prostu kwestia bolesnego jak kamica kompromisu pomiędzy lekarzami a chirurgami. Jak to mawiała moja babcia: szło o to, kto się bardziej nachapie.

Kolejny akapit za to, to nieomal śluby czystości: “Do jakiegokolwiek wejdę domu, wejdę doń dla pożytku chorych, nie po to, żeby świadomie wyrządzać krzywdę lub szkodzić w inny sposób, wolny od pożądań zmysłowych tak wobec niewiast jak i mężczyzn, wobec wolnych i niewolników.”. Prócz nakazu dobrej wiary mamy tu zakaz wszelkiego obcowania, a i samego pożądania takich przeżyć. Dotyczyło to zarówno kontaktów heteroseksualnych, jak i tych jednopłciowej natury - Przysięga nie czyniła w tej mierze rozróżnienia solidarnie zakazując przyjemności bez względu na jej orientację. W tej bezprecedensowej tragedii wszyscy byliśmy równi : )

Zakończenie Przysięgi - cytat już pomińmy - przynosiło istniejący od starożytności nakaz zachowania tajemnicy lekarskiej oraz dość standardową, choć niepozbawioną uroku pointę. Obecności tej pierwszej w Przysiędze Hipokratesa nie można przeceniać - medycyna od zawsze była sferą najwyższej intymności. Dla medyków umieszczenie tajemnicy lekarskiej w tekście Przysięgi było zaś jasną wskazówką, że jej złamanie mogło mieć miejsce tylko w sytuacjach szczególnych, niezwykłych i nie z tego świata.

I tak przedstawiałby się tekst Obietnicy Lekarskiej - gdyby nie to, że od dawna się jej nie składa. Po II Wojnie Światowej, ze względu na niezwykłe w swej skali zbrodnie hitlerowskich lekarzy, zrezygnowano z niej, zastępując ją Dekleracją Genewską. Ta została uchwalona w 1948 przez Światową Organizację Lekarzy i kilkakrotnie ją potem zmieniano. Deklaracja jest jednak dobrowolna; w Polsce przymusowy charakter ma za to Przyrzeczenie Lekarskie, które składają wszyscy lekarze i dentyści kończący studia medyczne.

W Przyrzeczeniu nie ma jednak słowa o strajkach, stąd też nasz wyjściowy dylemat zdaje się być chwilowo nadal zgadką. Jeśli jednak przewertować parę ustaw, to sprawa jest jasna: lekarz strajkować może, o ile nie naraża pacjenta i nie odmawia pomocy w stanach zagrożenia. Niełatwo tak protestować, bo ludzki organizm jest nieprzewidywalny; ktoś, komu w stabilnym stanie odmówiono pomocy, może umrzeć nagle i niezapowiedzianie. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale szczerze wierzę, że tak się stanie; więcej, myślę, że rząd po cichu liczy na taki finał medycznego strajku. To pozwoliłoby zwrócić opinię publiczną przeciw lekarzom, pozwoliłoby medyków poszczuć i potępić, przyćmić brawurowym zatrzymaniem realne problemy, zamieść je pod dywan. Dlatego ja na miejscu lekarzy dałbym spokój strajkom: pracowałbym dalej, uczyłbym się szwedzkiego i sprawdzał ceny biletów. Szwecja to kraj piękny, nie każdy zaś musi być doktorem Judymem. Koniec końców nikt z lekarzy nie obiecywał, że będzie jeleniem. Zwłaszcza takim, któremu w zimę stawia się pusty paśnik.

Kategorie: Proza i publicystyka

Piling

lipiec 30, 2007 · Liczba komentarzy: 2

W początkach maja odwiedzam Piłę. Tym razem jest to jedynie niewielkie interludium, mały przerywnik w ważniejszych zadaniach. Dopiero co skończył się zjazd w Poznaniu, dopiero co tylko wszystko zostało odśpiewane i każdy przyjaciel ściśnięty - a już wolno mi myśleć o