Michał Krotoszyński – strona autorska

Wejście skategoryzowane jako ‘Do zobaczenia’

Burza mózgów

lipiec 8, 2009 · 8 komentarzy

Smart Peoplw

Tytuł: Smart people
Rok produkcji:
2008

Reżyseria:
Noam Murro

Scenariusz:
Mark Poirier
Występują:
Dennis Quaid,  Sarah Jessica Parker, Thomas Haden Church, Ellen Page,
Ashton Holmes
Produkcja:
USA

Czas trwania:
95 minut

Lista rzeczy, których szczęścia nie dają, jest w filmach stosunkowo obszerna. Samotni tyrani i zgorzkniali bogacze to stali bohaterowie wielkiego ekranu; ich nieszczęście jest już jednak nieco wytarte i wyeksploatowane, prześwietlone od nadmiernej ekspozycja. W tej sytacji “Smart people” to film nowy i świeży: tym razem to inteligencja nie gwarantuje niczego dobrego. Bohaterowie filmu, rodzina Wetherhold, to bowiem ludzie bystrzy, błyskotliwi – ale i emocjonanie upośledzeni.

Lawrence Wetherhold (Dennis Quaid) to starzejący się profesor literatury, który stawia losowi czoła z godnością właściwą dla swojego wieku i sytuacji: jest zgorzkniały, kłótliwy i nieprzychylny studentom. Ciągle nie pozbierał się po śmierci żony i w szafach trzyma jej ubrania. Sfrustrowany i nieprzystępny traci kontakt ze swoim żyjącym już osobno synem (Ashton Holmes); choć uczy literatury nie ma nawet bladego pojęcia, że pisuje on wiersze. Jego córka Vanessa (Ellen Page), zafascynowana ojcec i tęskniąca za matką, powoli zmienia się w siedemnastoletniego androida; nie pozwala sobie na żadne z młodzieńczych szaleństw, zamiast tego pierze, sprząta, uczy się i gotuje. Ojciec i córka tworzą rodzinę tyleż dysfunkcyjną, co i hermetyczną: przekonani o swojej wyjątkowości, nie dopuszczają do siebie nikogo z zewnątrz. W tej sytuacji dwójka intruzów – adoptowany brat Lawrence’a (Thomas Haden Church) i lekarka zanteresowana profesorem (Sarah Jessica Parker) – będzie miała niełatwe zadanie: jak rozmontować tę chorą, ale zgraną parę i złożyć ich nowo, zdrowiej i radośniej.

Im dłużej ogląda się film, tym bardziej zastanawia pułapka, w jakiej znaleźli się ojciec z córką. Jak tak bystrzy i zabawni ludzie moga być tak zamknięci i nieszczęśliwi? Dlaczego żyją tak bardzo obok siebie? Wreszcie: skoro łączy ich tak mało, to czy kiedykolwiek jeszcze będą za sobą? Na te pytania odpowiedział już sobie syn Lawrence’a: mieszka teraz w akademiku, spotyka się z dziewczyną i nie ma najmniejszej ochoty na kontakt z rodziną. Taką samą odpowiedź daje powoli Vanessa: jej życie, jak mówi, zacznie się dopiero na studiach. To nauczka, że nie można dać się porwać tempu życia: trzeba zawsze mieć czas na telefon do rodziny i pogawędkę z kasjerką w cukierni. Mieć tylko jedną osobę, to mieć za mało: trzeba być zawsze otwartym na ludzi i interesować się ich życiem.

Jest i drugie przesłanie, nieco bardziej poboczne. Jak uczy film, młodzi konserwatyści, tacy jak Vanessa, tylko z wierzchu przypominają stado pozbawionych życia, moralnych do bólu androidów. Pod tą republikańską skorupą kryją się bowiem normalne, naturalne, niemoralne popędy i jak każde tłumione pragnienie – kuszą w sumie najbardziej. Pod tym kątem przychylniej się patrzy na naszych niepokalanie poczętych świętych prawicy: ich religijność i prawość to tylko noszona z przezywczajenia czy hipokryzji maska – pod nią są ludźmi, sympatycznie słabymi i upadłymi jak my wszyscy.

Gdyby film ten podsumować, to dla mnie jest on przede wszystkim opowieścią o tym jak relatywne są w życiu wartości. Niejedno imię ma bowiem inteligencja: co raz częściej myślę, że przejawia się ona nie w zasobie słownictwa i rozwiązanych krzyżówka ale w sposobie nawiążywania relacji z otoczeniem. Dlatego mottem tego filmu jest dla mnie kwestia wypowiadana w barze przez przeciętną i przeciętnie pijaną dziewczynę. Gdy Vanessa zapyta ją: “Jak to jest być głupim?”, ta ma dla niej zaskakująco celną odpowiedź. “Być głupim” – powiada – “to co dzień w czasie obiadu siedzieć samemu przy stole.”

Kategorie: Do zobaczenia
Otagowane: , , , , , , ,

Do niegniewnego człowieka

luty 7, 2009 · 7 komentarzy

mv5bmty4mdc1mze0ov5bml5banbnxkftztcwmtewmje2mq_v1_sx292_sy400_1Tytuł: 12 gniewnych ludzi
Tytuł oryginału: 12 angry men
Rok produkcji: 1957
Reżyseria: Sidney Lumet
Scenariusz: Reginald Rose
Występują: Henry Fonda, John Fiedler, E.G. Marshall, Jack Warden, Joseph Sweeney, Ed Begley
Czas trwania: 96 minut

Kiedy na jesieni zeszłego roku – w czasie mojej wesołej i beztroskiej przygody na Węgrzech – miałem epizodyczną przygodę z prawem amerykańskim, najbardziej nurtowało mnie pytanie: w jaki sposób dwunastu niewykwalifikowanych, przygodnych ludzi może decydować o losie człowieka. Jak ktoś mógł wymyślić tak niepewny system – i czemu, na miły Bóg, on zazwyczaj działa? O tym – choć nie tylko o tym – opowiada “Dwunastu gniewnych ludzi”; film o niedostatkach demokracji i, gdy się głębiej zastanowić, potędze argumentu.

Niemal cały obraz rozgrywa się w jednym tylko pomieszczeniu: klaustrofobiczna klitka to pokój ławy przysięgłych. Tutaj dwunastu ławników decyduje o winie osiemnastolatka oskarżonego o zabójstwo ojca. Zeznania świadków są jednoznaczne: chłopak, w przypływie złości, wbił ojcu nóż w klatkę piersiową. Już tu widać jaką potęgę ma słowo: wiara w nie wystarcza, by posłać chłopca na krzesło elektryczne. Film jednak uczy, że wiara to niebezpieczna: gdy bliżej przyjrzeć się sprawie argumenty wcale nie są tak jednoznaczne. Rzeczowa argumentacja jednego z ławników, mężczyzny nieufnego nazbyt łatwym sprawom, pozwala przynajmniej zwątpić pozostałym mężczyznom: i dobrze, bo być za mało krytycznym, to znaczyć brać fakty za wiarę.

Ta mała sala to jednocześnie mikrowszechświat: to zwierciadło amerykańskiego społeczeństwa lat pięćdziesiątych. To tu ogniskują się wszelkie fobie i uprzedzenia: niechęć do ciągle napływających imigrantów i mieszkańców dzielnic biedy, poczucie krzywdy wywołane niewdzięcznością dzieck, wreszcie przerost ambicji i walka o przywództwo w grupie. Takie jednostki, jednostki spaczone ale i silne, to jednak wyjątki: większość osób to ludzie bierni i łatwi do prowadzenia. Część z nich jest w gruncie rzeczy poczciwa; dla części jednak ważniejsza od sprawiedliwości jest własna kampania reklamowa albo mecz baseballa. Na szczęście w tej grupie znajduje się wybitna jednosta, osoba o prostym kręgosłupie moralnym. Dzięki niej myśl o niewinności oskarżonego w ogóle się pojawia – gdyby nie ludzie wybitni chłopca nie uratowało by nic.

Ten film, tak to postrzegam, to w gruncie rzeczy moralitet: Amerykanów, z których każdy może być kiedyś ławnikiem, uczy jak ważna i odpowiedzialna to rola. Ma jednak i bardziej uniwersalne przesłanie: nie można dać zwieść się pozorom i sprawy traktować po wierzchu, należy żyć rzetelnie i zawsze przykładać się do swych działań. Nie wiadomo bowiem kto i kiedy nas z tych działań osądzi – miejmy nadzieję, że wśród ławników będzie wówczas niegniewny człowiek.

12 gniewnych ludzi – Obrady (wreszcie) trawają!

Kategorie: Do zobaczenia · Prawo
Otagowane: , , , , , ,

Rage Against The Machine: “Sleep now in the fire”

listopad 29, 2008 · 2 komentarzy

26 stycznia 2000 roku Rage Against The Machine zagrało powyższą piosenkę w dość niecodziennym miejscu: przed drzwiami Nowojorskiej Giełdy, w samym centrum Wall Street. Koncert był jednocześnie próbą nakręcenia teledysku – reżyserem zaś był Michael Moore, reżyser znany z “Zabaw z bronią” i “Fahrenheit 9/11″. Dyrekcja Wall Street, bojąc się że alterglobalistyczna grupa wtargnie do środka, zabarykadowała giełdę przed muzykami; oni sami zaś zostali prędko zatrzymani przez policję i ochronę budynku. Co pozostało to ten teledysk – przyjemny przykład dobrego starego buntu.

* * *

Oczywiście, zawsze jest jakieś ale i drugie dno: teledysk był przebojem w MTV, został nawet nominowany do MTV Video Music Awards, gdzie przegrał tylko z Limp Bizkit. Nie ostał się więc nam bunt w pełni czysty: jeśli jednak odrzucimy tą późniejszą otoczkę, to całe to zamieszanie jest ciągle przyjemnie punkowe:)

Kategorie: Do usłyszenia · Do zobaczenia
Otagowane: , , , , , ,

Estetyka piksela

czerwiec 15, 2008 · 7 komentarzy

Tytuł: Dziewczyna z perłą
Tytuł oryginału: Girl With a Pearl Earring
Rok produkcji: 2003
Reżyseria: Peter Webber
Scenariusz: Tracy Chevalier , Olivia Hetreed
Zdjęcia: Eduardo Serra
Występują: Colin Firth, Scarlett Johansson, Tom Wilkinson, Judy Parfitt, Cillian Murphy, Essie Davis
Czas trwania: 95 minut

Rozpocznijmy od Marii Thins. Gdy spytamy ją o zdanie, teściowa Jana Vermeera powie nam tak: “To wszystko jest malowane dla pieniędzy. Te obrazki, one nie znaczą nic.” Tak usłyszymy, ale i pani Thins będzie sobie zdawała sprawę z fałszywości tej frazy; nie ma bowiem w “Dziewczynie z perłą”, filmie Petera Webbera, zdania mniej prawdziwego. Nie ma większego błędu niż patrzeć na obraz lub film przez pryzmat ich sprzedaży. Tym, co się naprawdę liczy, jest estetyka plamki i piękno piksela.

Ekranizacja powieści Tracy Chevalier jest dość swobodną wariacją na temat powstania jednego z najsłynniejszych europejskich obrazów – “Dziewczyny w perłowych kolczykach” holenderskiego malarza Jana Vermeera. Do dziś nie jest jasnym kogo sportretował niderlandzki mistrz detalu; mówi się o Marii, córce artysty, lecz teoria ta nie tłumaczy chyba subtelnego erotyzmu dzieła. Zmysłowość obrazu sugeruje głębszy i bardziej intymny związek; takie płótno zaś musi pobudzać wyobraźnię. Dla Tracy Chevalier i Petera Webbera historia obrazu to historia zderzenia dwóch światów: świata wrażliwej na sztukę służącej Griet (Scarlett Johansson) z nieprzystępną rzeczywistością bogatego mieszczaństwa. Służąc w domu Marii Thins (Judy Parfitt) i jej córki Katarzyny (Essie Davis), Griet, pracując ciężko na swe utrzymanie, ma jednocześnie okazję poznać świat sztuki; jej przewodnikiem jest Jan Vermeer (Colin Firth). Jej wyjątkowe relacje z malarzem z Delft nie pozostaną niezauważone; uczucie, które pojawia się między nimi, jest zaś tym głębsze, że ich szczególny związek od początku pozbawiony jest szans na przetrwanie.

Niech jednak nie boją się ci, którzy obawiają się taniego, hollywoodzkiego romansidła; w filmie tym wszystko jest bardziej stonowane, spokojniejsze, pozbawione kalifornijskiego przepychu. Griet ma przed sobą trudny wybór: spokojne życie oferuje jej Pieter (Cillian Murphy), opiekuńczy syn miejscowego rzeźnika – z drugiej strony kusi ją perspektywa niedorzecznego romansu z żonatym Janem. To głębszy dylemat: to rozdarcie pomiędzy spokojnym, znanym od pokoleń życiem kupca – a romansem ze sztuką. Romansem (dla kobiety i dla służącej) skazanym z góry na smutny finał; kuszącym jednak odmiennością i nadzieją na głębsze życie.

Wszystko to jednak, cała ta mnogość uczuć i tragiczność sytuacji, rozgrywa się gdzieś w głębi, pod powierzchnią codziennych zdarzeń. Wszystko jest tu subtelniejsze, pełne aluzji i drobnych alegorii. To nie przypadek: na tym właśnie polega duch obrazów Vermeera. Brak jest w nich miejsca na gwałtowne ruchy i gesty; takie zachowania byłyby nieprzyzwoite i nieestetyczne, skryte są więc pod płaszczyzną scen zwyczajowych. Wśród tych plamek plączą się jednak silne emocje, wyczuwalne pod warstwą barwnika. Całą tę metaforykę przyswaja i film, stając się ruchomą kontynuacją statycznych obrazów. Ta jedność z duchem Vermeera, to przepełnienie atmosferą jego dzieł – to jest filmu największa zaleta.

Zgodność ta wyraża się także w dbałości o detale. Sceny w domu malarza oświetlane są z lewej strony, bo tak oświetlał swoje obrazy Holender. W domu artysty znajdziemy przedmioty znane z jego płócien, urzeka też piękno, estetyka i stosowność tych wnętrz. Są one rzeczywiste, ale też ładniejsze i bardziej zadbane. To drobne tylko upiększenie, widoczne i na obrazach; wiemy jednak, że ten świat spokoju jest nierzeczywisty, a i nieprawdziwy, gdy porównać go z gwarem i brudem ulicy. To także tłumaczy pragnienie Griet; wygładzony świat malarza nabiera dla niej cech arkadyjskich, choć od początku wiemy, że to tylko złudzenie.

Żyjemy w czasach kina totalnego: film musi zachwycać dźwiękiem, obrazem, dialogiem i fabułą. “Dziewczyna z perłą” nie jest takim dziełem: to kontynuacja obrazu, koncentrująca się na warstwie wizualnej. Dialogów jest mało i większość filmu odbywa się w ciszy; jeden jedyny motyw muzyczny jest zaś tłem dla przewijających się scen z życia miasta. Film pozostawia nas więc sam na sam z czystym obrazem; to powrót do korzeni i do natury tej dziedziny sztuki. Gdy pozbawi się nas dźwięku, dialogów, tej całej narośli, to zostajemy sam na sam z samą istotą tego, czym jest film: uporządkowaną kolekcją obrazów. W filmie Webbera obrazy te cieszą na najbardziej podstawowy, pierwotny sposób: zachwycają swoim urzekającym, stonowanym pięknem. I dlatego warto ten film obejrzeć: mam wrażenie, że udało się w nim zawrzeć sztukę najpierwszą, podstawową i wyjściową; kto wie zaś czy w tej pierwotności nie leży też jej sedno. Pokazać piękno – to wartość sama w sobie.

Kategorie: Do zobaczenia · Sztuka
Otagowane: , , , , , , , , , ,

Maria łaski pełna

wrzesień 26, 2007 · 1 komentarz

MARIA ŁASKI PEŁNA (María, llena eres de Gacia, 2004, reż. Joshua Marston, 6060 sekund)

Maria Alvarez, siedemnastoletnia Kolumbijka, zachodzi w ciążę. To zła wiadomość, bo Maria nie ma pieniędzy na wychowanie dziecka; nie może też liczyć na swojego partnera. Decyduje się więc zostać mułem; połyka kapsułki z heroiną i szmugluje je do Stanów Zjednoczonych. Ryzykuje życiem, ale – jak wielu jej rodaków – jest gotowa podjąć to ryzyko. Ludzie biedni gotowi są na najbardziej desperackie kroki; tym, co kieruje Marią, jest jednak nie nędza, a miłość. Maria – tak, jak jej biblijna odpowiedniczka – jest gotowa dla swojego dziecka porzucić wszystko i wszystkich; jest matką, a miłość matki jest totalna i bezwarunkowa. To film wartościowy, bo mało który obraz pokazuje to tak dyskretnie i subtelnie: łatwiej uwierzyć, że takie bohaterki żyją i są obok nas. Pod koniec filmu uważny widz dostrzeże napis: “To, co ważne, znajduje się wewnątrz”. Tylko głupiec mógłby myśleć, że chodzi o heroinę.


Kategorie: Do zobaczenia

To właśnie Anglia

wrzesień 25, 2007 · 2 komentarzy

TO WŁAŚNIE ANGLIA (This is England, 2006, reż. Shane Meadows, 6000 sekund)

Północna Anglia, rok 1983. Dwunastoletni Shaun – postać, której pierwowzorem miał być sam reżyser – nie ma łatwego dzieciństwa: po śmierci ojca w wojnie o Falklandy samotnie wychowuje go matka, w szkole zaś jest obiektem drwin i złośliwości. W obronę i pod opiekę bierze go grupka skinheadów; to przez nich Shaun pozna Combo, skinheada zarażonego nową chorobą – nacjonalizmem. Ciekawie jest obserwować łączące ich relacje: to związek ojca i syna, nauczyciela i ucznia, przede wszystkim jednak: dwojga nieszczęśliwych, różniących się wiekiem dzieci. Combo bowiem, choć dorosły, jest naiwny jak dziecko – i to tę naiwność wykorzystują angielscy nacjonaliści. To oni zrobią mu pranie mózgu i nabiją mu głowę ksenofobią i populistycznymi hasełkami; to oni będą go wykorzystywać i sterować nim jak pacynką. Choć Combo bije i poniża, to i on jest ofiarą, narzędziem w ręku politycznych szarlatanów. Jego tragedia to nie przypadek wyjątkowy, to nawet nie jest wyłącznie klęska przechwyconego przez nacjonalistów ruchu skinheadzkiego - ona się powtarza wszędzie tam, gdzie są ludzie sfrustrowani, biedni i pozbawieni szans na lepsze życie. Nędza to stan, w którym szuka się winnych; zawsze znajdzie się ktoś, kto wystawi wskazujący palec.

PS. Kamila: Dzięki za film i DKF po emisji :)

Kategorie: Do zobaczenia

Jak to się robi

wrzesień 9, 2007 · Dodaj komentarz

JAK TO SIĘ ROBI (2006, reż. Marcel Łoziński, 5400 sekund)

Film dokumentalny o głośnym eksperymencie Piotra Tymochowicza: jak z nikogo zrobić polityka. Po dwóch latach castingów i spotkań, Tymochowicz przygotowuje grupę młodych ludzi do politycznego fachu. Nie uczy ich jednak podstaw etyki i nie szlifuje z nimi programu; społeczeństwo – twierdzi spec od marketingu – składa się w przeważającej mierze z kretynów, których trzeba cynicznie wykorzystać. Odrzucić moralność i zrobić z siebie produkt – ta za wiele dla większości uczestników. Przy Tymochowiczu zostaje tylko, wyzuty z wszelkich poglądów, Dariusz Konopko; jest bezbarwny, przezroczysty, ale i zmotywowany żądzą władzy. Nie jest on jednak beneficjentem socjotechnicznych zabiegów; przeciwnie, to jedynie ofiara, znęcona wizją czekających ją zaszczytów. Jest narzędziem, przykładem grozy, prezentacją, za pomocą której Tymochowicz pokazuje społeczeństwu: tak właśnie się na was żeruje. Prawdziwym bohaterem filmu jest tu socjotechnika: człowiek to produkt, który ma trafić w rynkową lukę. I nie jest pocieszeniem fakt, że Dariusz Konopko w parlamencie nie zasiadł; oglądając ten film trzeba przecież mieć na uwadze, że eksperyment już raz się powiódł. Tymochowicz wykreował przecież nowy wizerunek Andrzeja Leppera; i on, i Dariusz Konopko to dwa produkty tej samej fabryki. Tak jak tresowano Konopkę, tresował się i Lepper – a i pewnie wielu innych polityków. To drastycznie podważa zaufanie do władzy i karze wątpić w jej słowa: ciężko wszak rozgraniczyć poglądy od socjotechniki. W normalnym widzu rodzi się zaś pytanie: jaką świnią trzeba być, by być politykiem? To pewnie krzywdzące uogólnienie – szczerze wierzę, że są ludzie (tacy jak Geremek czy Bartoszewski), którzy są politykami z powołania i są na tyle szlachetni, by mówić rzeczy niepopularne, ale i szczere. Nadal jednak, mimo tej świadomości, niesmak spowodowany filmem pozostanie i długo pewnie jeszcze, zamiast pytać “Jak to się robi?”, będę się zastanawiał jak tak, właściwie, robić można?

Kategorie: Do zobaczenia

Co gryzie Gilberta Grape’a

wrzesień 7, 2007 · 1 komentarz

CO GRYZIE GILBERTA GRAPE’A (What’s Eating Gilbert Grape, 1993, reż. Lasse Hallström, 7080 sekund)

Dorastanie to rzecz trudna z definicji; bywa jednak, że okoliczności jeszcze bardziej komplikują sprawe. Gilbert Grape – w tej roli Johny Depp – staje się po samobójstwie ojca głową rodziny; niełatwe to zadanie, bo opiekować musi się nie tylko rodzeństwem, ale i załamaną, nieustannie objadającą się matką. Szczególnej opieki wymaga jednak nie ona, a Arnie, młodszy brat Gilberta; grany przez Leonado di Caprio chłopiec od urodzenia jest chory psychicznie. Ta postać dominuje w obrazie, przykuwa uwagę i jest w tym jakiś zrozumiałe gapiostwo. Zrozumiałe, bo osoby chore – jeśli rzadko z nimi przebywamy – ściągają nasz wzrok; to jednak wciąż rzecz wstydliwa, bo to dowód jak bardzo nienawykliśmy do ich towarzystwa. Trzeba się jednak z nim szybko oswoić; to humanitarne, a i dopiero wówczas zauważymy problemy Gilberta. Chory brat, smutne i martwe miasteczko, matka, którą kocha, ale i której się wstydzi – to wszystko sprawia, że dorastanie Gilberta przypomina szukanie prześwitu w ślepej uliczce. Jak wyrwać się na świat, ale i być dla tych, którzy tego potrzebują; czy cudze szczęście można przedłożyć nad to własne. To wszystko dylematy, przed którymi staje Gilbert, to wybór, którego musi dokonać. Warto ten film obejrzeć – może jednak da się zjeść ciastko i mieć ciastko?


Kategorie: Do zobaczenia

Rejs

sierpień 29, 2007 · 2 komentarzy

Witam po przerwie :)

REJS (1970, reż. Marek Piwowski, 3900 sekund)

Film-legenda, kamień milowy, polski archetyp filmowej groteski. Socjalistyczny statek wycieczkowy umożliwia wypoczynek budowniczym systemu, budowniczowie ścierają się w jałowych dyskusjach, pasażer na gapę zostaje zaś zatrudniony jako KaOwiec i zajmuje się “rozrywką, kulturą, sztuką”. Mały stateczek staje się wielką alegorią Tamtej Polski: pełnej absurdalnych spotkań, męczących wieczorków, trzepniętych poetów, krytyków-ignorantów, kolesiostwa i niekończących się planów w imię Jedynie Słusznej Drogi; metaforą kraju, w którym – to chyba najbardziej znacząca scena filmu – tonie nawet koło ratunkowe. Ale jednocześnie, mimo tego poważnego podszycia (a może dlatego, że to już tylko retrospekcja), jest to film, o którym myśli się z uśmiechem. Raz z racji niesamowitych okoliczności, w jakich był kręcony (aktorzy wzięci z ulicy, scenki grane na żywioł), a dwa z racji wybornego rezultatu tego eksperymentu. To przecież nie tylko zwierciadło polskiej rzeczywistości, a – głównie dlatego i przede wszystkim – fantastyczna komedia. Tak jak metr jest miarą długości, tak i “Rejs” jest – przynajmniej dla mnie – pewnym miernikiem w historii polskiej kinematografii, rodzajem siatki kartograficznej nanoszącej punkty odniesienia. Później był Bareja, kilery, kojoty, ale i tak – przez długi jeszcze czas – będzie się o nich mówiło: “Prawie jak w Rejsie”.

Kategorie: Do zobaczenia

Pies andaluzyjski

sierpień 18, 2007 · 2 komentarzy

PIES ANDALUZYJSKI (Un Chien Andalou, 1929, reż. Luis Bunuel, 1020 sekund)

Jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało, jest to wiele mówiący film o niczym. Zrodzony na kanwie snów Bunuela i Salvadora Daliego, obraz jest właściwie zapisem tych onirycznych wrażeń, wielkim początkiem kina surrealistycznego. Choć wiele osób doszukuje się w nim Wielkiej Analogii, “Pies andaluzyjski” jest raczej manifestem filmowej awangardy, udaną próbą zaszokowania i zbulwersowania widza. Jeśli szukać znaczeń, to raczej w pojedynczych jego scenach, na tej samej zresztą zasadzie, według której próbujemy odczytać własne sny: trud to niepewny i chyba pozbawiony większego sensu. Całość to pozbawiony fabuły zlepek pojedynczych scen, mimo wspólnych bohaterów niezwiązanych ze sobą czasem ni przestrzenią. Lepiej więc, miast doszukiwać się nieistniejących aluzji, rzeczywiście spojrzeć na “Psa…” jak na pewną instalację artystyczną: pobudzającą wyobraźnię, otwierającą nowe drzwi w sztuce i próbującą zatrzasnąć stare. W obrazie Bunuela, tak jak w obrazach Pollocka ważniejszy jest bowiem raczej sposób tworzenia niż wynik dzieła; i tak jednak, jak na film bez fabuły, mówi on nie porównanie więcej niż wiele tych, które od fabuły kipią. I może właśnie tu tkwi fenomen surrealizmu i podświadomości?


Kategorie: Do zobaczenia

Niewidoczni

sierpień 15, 2007 · Dodaj komentarz

NIEWIDOCZNI (Dirty Pretty Things, 2002, reż. Stephen Frears, 5880 sekund)

W dobie gremialnego eksodusu Polaków na Wyspy Brytyjskie historia londyńskich imigrantów, Nigeryjczyka (Chiwetel Ejiofor) i Turczynki (znana z “Amelii” Audrey Tautou) musi, po prostu musi zyskiwać na aktualności. Wspomniana para, pokojówka i dorabiający jako taksówkarz nocny portier, znajduje się jednak po ciemniejszej stronie księżyca: obydwoje pracują i żyją nielegalnie. I choć cała historia zakropiona jest też wątkiem miłosnym, to całość jest właśnie zapisem tej zakazanej egzystencji. Nielegalni toczą tu nierówną walkę z legalnym społeczeństwem; ciemna, nocna strona zmaga się z jasną i dzienną. Tyle tylko, że w tej wielkiej batalii o zachowanie człowieczeństwa – która przecież toczy się codziennie także w Paryżu, Berlinie czy Warszawie – to my, legalni i praworządni, jesteśmy agresorami i barbarzyńcami. I choć pewnie jednostronny to obraz, to warto go wynieść z tego filmu: tylko ten, kto buntuje się przeciw niesprawiedliwości, może być dobrym człowiekiem.


Kategorie: Do zobaczenia

Good bye, Lenin

sierpień 13, 2007 · 2 komentarzy

GOOD BYE, LENIN (Good Bye, Lenin, 2003, reż. Wolfgang Becker (II), 7260 sekund)

Lata 1989-90, Berlin. Upada Żelazna Kurtyna, rozebrany zostaje Mur Berliński, rozpoczyna się proces zjednoczenia obu państw niemieckich. Wszystko to omija matkę Ganske, głównego bohatera: dzielna aktywistka ruchu socjalistycznego zapada w śpiączkę i budzi się dopiero po upadku Muru. Szok wywołany upadkiem NRD mógłby ją zabić, Ganske prowadzi więc misterną grę: tworzy dla niej rzeczywistość alternatywną, świat, w którym socjalistyczne Niemcy nie tylko przetrwały, ale i przerosły w potędze swojego brata zza Łaby. Najważniejszym pytaniem, jakie niesie za sobą ten film, jest chyba moralny sąd nad takim postępowaniem: czy takie kłamstwo jest moralne? Czy prawda to wartość absolutna – czy też są sytuacje, w których fałsz staje się cnotą? Jeżeli już przyjąć, że tak – to gdzie ustanowić granicę takiego relatywizmu? To dla mnie jedyny naprawdę interesujący wątek tego filmu: prócz tego jest to rzeczywiście, jak to skomentował jeden z internautów: “Good bye, Lenin, czyli film o zmianie ogórków”.


Kategorie: Do zobaczenia

Godziny

sierpień 12, 2007 · Dodaj komentarz

GODZINY (The Hours, 2002, reż. Stephen Daldry, 6840 sekund)

Historia trzech kobiet trzech różnych epok, inspirowana “Panią Dalloway”, głośną powieścią Virginii Woolf. W śmiercionośnie leniwym Richmond Woolf pisze swoje najsłynniejsze dzieło, wyraz defetyzmu, smutku i powolnego więdnięcia; Laura jest przykładną gospodynią domową oczekującą właśnie (a jest rok 1949) drugiego dziecka, Clarissa zaś – wydawca książek we współczesnym Nowym Yorku – opiekuje się chorym na AIDS poetą. Choć trzy kobiety dzieli czas, miejsce i sytuacja domowa, to łączy je dużo więcej: wszystkie trzy przeżywają cichą, prywatną tragedię, skrytą pod płaszczem domowego szczęścia. “Godziny” więc – film niejako z epoki “Pani Bovary”, “Idiotów” czy “Lalki” – to tak naprawdę festiwal niewiary w to, co zwykliśmy zwać “uwiciem szczęśliwego, rodzinnego gniazdka”. Dla niektórych takie gniazdko to raczej więzienie; film zaś to zapis ich zamknięcia i ucieczek. Psychologiczny i zmuszający do refleksji pełni chyba rolę pozytywistyczych nowel: jest zwierciadłem, ale takim, które odbija nie czasy, a ludzką psychikę. Dobrze się przejrzeć: zawsze to jedna więcej próba autodefinicji.


Kategorie: Do zobaczenia

Egzorcyzmy Emily Rose

sierpień 11, 2007 · 6 komentarzy

EGZORCYZMY EMILY ROSE (The Exorcism of Emily Rose, 2005, reż. Scott Derrickson, 7080 sekund)

Chciałoby się napisać: historia jakich niewiele. Emily Rose, nastolatka z amerykańskiej prowincji, umiera w trakcie egzorcyzmów mających uwolnić ją od władających nią demonów. Ksiądz przeprowadzający rytuał zostaje oskarżony o nieumyślne spowodowanie jej śmierci, broniąca zaś go pani adwokat na własnej skórze odczuwa dyskretną obecność wrogich duchów. Oto fabuła thrilleru, w którym znaleźć pozornie można jedynie kilka wstrząsających scen, największy popłoch w trakcie seansu powodują zaś zrywające się gołębie. I to byłby zapewne koniec “Egzorcyzmów Emily Rose”, gdyby nie rzecz następująca: film zrealizowany został na faktach, na rzeczywistej historii opętania Anneliese Michel, opętanie to zostało potwierdzone przez Kościół (co oznacza, że Anneliese ma szansę zostać kanonizowana), w filmie zaś wykorzystano autentyczne fragmenty nagrań z przeprowadzanych egzorcyzmów. To w dużej mierze sprawia, że nawet u najbardziej zatwardziałych ateistów (co, swoją drogą, jest też przejawem fanatyzmu religijnego) musi pojawić się pytanie: a co jeśli jest druga strona? Musi też zostać zadane pytanie dużo prostsze, mniej egzystencjalne, ale bardziej podstawowe: co jeśli demony trafią się mnie? Rzecz niby śmieszna, ale wystarczająco poważna, bym i ja, dziecko krzemu i atomu, odczuwał pewien niepokój przed trzecią nad ranem. Dlatego też szczerze odradzam film wszystkim tym, którzy cenią spokojny sen i święty spokój; to film jedynie dla tych, którzy wolą świat straszniejszy, bo mniej jednoznaczny.

As this post seems to encounter quite an international traffic, I decided to prepare an English translation. All of you from abroad: enjoy :)

Not what you can call “a common story”. Emily Rose, a teenager from American provinces, dies during the exorcisms which were supposed to free her from deamons possessing her body. The priest who carried out the exorcisms is charged with involuntary manslaughter; his attorney herself experiences the discreet presence of evil spirits. That’s the plot of a thriller in which you can apparently find only few trully horrifying scenes and the biggest impact on audience is made by a group of flying pigeons. Yet, there’s a serious catch: the film is based on a true story of Anneliese Michell, her possessing was confirmed by the Catholic church and the actuall recordings from her exorcisms were used throughout the whole movie. That makes even a mostly hardened atheist – which, by the way, is also a sort of fanatism – wonder if there’s anything on the other side. And there’s also a straight, more basic question which has to be asked: what if the thing happens to me? It may seem funny and naive but it’s serious enough that even I, quite a modern guy, feel a bit uneasy when waken at three o’clock in the morning. That’s why I discourage all of you who value peaceful sleep from watching this movie: it’s only for those who prefer a world more dangerous and less straightforward.


Kategorie: Do zobaczenia

Amelia

sierpień 10, 2007 · 3 komentarzy

AMELIA (Le Fabuleux destin d’Amelie Poulain, 2001, reż. Jean-Pierre Jeunet, 7200 sekund)

Twój anioł stróż też może mieć problemy z życiem osobistym: dowodem Amelie Poulain, kelnerka z paryskiego Montmartre. Wychowana w izolacji, ma kłopoty z nawiązywaniem nowych znajomości; preferuje nie randki a dyskretne i intymne naprawianie innym życia: odnajduje właściciela znalezionej kapsuły czasu, porywa ojcu ogrodowego krasnala, łączy w parę schizofrenika i hipochondryczkę. Gdy jednak ona sama zakochuje się w Nino, kolekcjonerze zdjęć z dworcowych automatów, plany, spiski i fortele – którymi tak zręcznie urozmaica życie innych – okazują się jedynie przeszkodą w zdobyciu obiektu płakań. Film, choć jest bez wątpienia pewną afirmacją indywidualizmu, jest też (przynajmniej dla mnie) ostrzeżeniem: pokazuje jak łatwo trudne dzieciństwo może skrzywić człowiekowi psychikę. Amelia bowiem, choć dobra, słodka i oryginalna, jest przecież człowiekiem niełatwym, który dopiero musi uczyć się łączenia niebywałych forteli z prostolinijnym mówieniem “proszę o…”. Nim to jednak się stanie możemy się delektować Amelią w wersji zagadkowej i niekonwencjonalnej; równie niekonwencjonalnej, co i sam film. Warto obejrzeć: po “Amelii” ma się ochotę zostać lepszym człowiekiem.


Kategorie: Do zobaczenia

Święty dym

sierpień 2, 2007 · 1 komentarz

ŚWIĘTY DYM (Holy smoke, 1999, reż. Jane Campion, 6840 sekund)

Jeden z tych filmów, które – opowiadając w sumie prostą historię – zmieniają ogląd i pogląd. Ruth (w tej roli Kate Winslet), młoda Australijka, w czasie swego pobytu w Indiach przystępuje do jednej z rozlicznych tam sekt. By przywrócić ją na łono zachodniego świata, rodzice nastolatki wynajmują amerykańskiego specjalistę (Harvey Keitel); stosunki między parą szybko jednak wykroczą poza ramy relacji służbowych. Tu – poza niezdrowym, lecz i mistycznym uczuciem – rodzi się wiele pytań. Czy na pewno pacyfistyczne, indyjskie frazesy to najgroźniejsza z sekt? Czy prywatną religią może być chory związek między nastolatką, a jej egzorcystą – a jeśli tak, to kto w nim jest guru? Czy też może wreszcie jest tak, że swoistą sektą jest cały nasz zachodni świat, a jego kapłanami – konsumpcja i hedonizm? To niepokojące pytania; może się wszak okazać, że to nie my jesteśmy po właściwej stronie. Co pociesza, to obecna w filmie wiara w siłę uczucia; to, choćby brudne i wypaczone, potrafi oczyścić. Może to i dym, ale mimo wszystko święty.

Kategorie: Do zobaczenia

Miasto Boga

lipiec 31, 2007 · Dodaj komentarz

MIASTO BOGA (Cidade de Deus, 2002, reż. Fernando Meirelles, 7800 sekund)

Trudno chyba o bardziej groteskową nazwę dla dzielnicy biedy, niż ta, która przypadła w udziale przemieściom Rio de Janeiro. Miasto Boga to piekło pełne narkotyków, agresji, biedy i wojen gangów; miejsce, z którego każdy chce się wyrwać, ale niewielu się udaje. Czy uda się to głównemu bohaterowi – sprawa poboczna, dużo ważniejszy jest obraz slumsów, jaki wyłania się z tego filmu. Odniosłem wrażenie, że to jedne z (na szczęście) ostatnich miejsc, gdzie tak wyraźnie działa teoria Darwina: silniejszy zabija słabszego, przetrwać mogą tylko ci najbrutalniejsi. Miasto Boga to wszak synonim współczesnej dżungli, gdzie działa prawo pięści i trwa nieustanna przemiana pokoleń. Jednostki organizują się tu w stada, walcząc o terytorium, dochody i kobiety; w obrębie stad walczy się o respekt i dominację. Trudno też pozbyć się wrażenia, że jest to walka odwieczna i ponadczasowa, “Miasto Boga” zaś to film bez początku i bez końca, pokazujący tylko wycinek tego, co dzieje się na przedmieściach Rio. I słuszna to linia, bo przecież jedna śmierć – to tragedia. A tysiąc – statystyka.


Kategorie: Do zobaczenia

Jak działa jamniczek

lipiec 30, 2007 · 3 komentarzy

JAK DZIAŁA JAMNICZEK (1971, reż. Julian Antoniszczak, 509 sekund)

Mały film o Wielkiej Sprawie. Zrealizowany w formie groteskowej, przyjemniej i frapującej bajeczki, ale biada temu, kto zachwycając się rysunkową formą i śmiejąc się z wesołej narracji, opuściłby towarzyszące mu przesłanie. Rzecz jasna, jak słusznie ktoś kiedyś zauważył: ludzkość ma tendencję do niezauważania rzeczy podstawowych i stąd mogą brać się jej problemy. Film daje dla ich rozwiązania pewną wskazówkę, podstawowy aksjomat: zawsze należy opowiadać się po stronie życia, bo to ono jest wartością, bo to ono się kalkuluje. Jest bardziej złożone, a więc i doskonalsze od maszyn; w razie konfliktu śrubka-kiszka zawsze należy opowiedzieć się po stronie tej drugiej. Nie ma przy tym znaczenia, czy to kiszka jamniczka, żurawia czy człowieka – życie trzeba gloryfikować bez względu na skalę. To prosty manifest, przejrzysty transparent: chrońmy wszystko, co ma kiszkę.


Kategorie: Do zobaczenia