Powiedzmy sobie szczerze: ja cały jestem trochę fizycznie nieudany. Nie chodzi bynajmniej o to, bym był genetycznie popaprany albo coś w ten deseń; wręcz przeciwnie, geny mam po rodzicach, myślę, wyjątkowo dobre. Kłopot w tym, że DNA skręciło się u mnie w dość niepiękną kombinację; o ile mentalnie jestem zdrowy, o tyle fizycznie i estetycznie nieco nie domagam. Zacznijmy więc od tego, że mam wadę serca; to wystarczy, by mnie skreślić z listy krwiodawców, wada jest jednak nie dość poważna, bym mógł się wymigać od armii. Podbicie mam ciut za wysokie, nie mogę więc nosić sandałów; mam też zniszczone paznokcie, choć nikt nie wie od czego. Prawdziwym cesarzem mych ułomności jest jednak mój język; język, można rzec, mam w odmiennym stanie stworzenia.
Mój los był już jasny dwa dni po narodzinach. Mama, pediatra, obejrzała mnie dokładnie i pewnie stwierdziła, że (prócz wielu innych części ciała) natura wyposażyła mnie też w język, i to w język geograficzny. Nie jest to tragedia: to całkiem przyzwoity jęzor, choć wierzch ma nieco złuszczony. Na jego powierzchni powstają różnokolorowe plamy; plamy te zresztą mogą zmieniać swe położenie, co sprawia, że przypadłość ta – jak w przypadku Asi, mojej kuzynki – może być estetyczna i bardzo urokliwa. Mój kłopot polega jednak na tym, że (jak okazało się później) natura wyposażyła mnie też w coś, czego walory artystyczne oddać może jedynie idiotyczne lekarskie nazewnictwo. Mój język, prócz tego że geograficzny, jest także (uwaga) językiem mosznowym: na jego powierzchni występują głębokie, podłużne bruzdy.
Nie zrozumcie mnie źle: to nie jest tak, że ten ozór przeszkadza mi normalnie funkcjonować, albo że mogę w nim przechować ogórka na drugie śniadanie. W wieku dziecięcym nie zdawałem sobie z niego sprawy, w wieku licealnym nikt inny nie zdawał sobie z niego sprawy, na studiach zaś – jak wszystko inne, co dziwne lub niezwykłe – stał się on nawet wcale użytecznym organem. Wśród znajomych wzbudza on najczęściej pełny szacunku popłoch, choć jego brzydota potrafi też fascynować; sam język zaś bywa też ostatecznym argumentem w sporze – nie każdy po jego zobaczeniu jest w stanie kontynuować dyskusję.
Na jakiś dziwny sposób jestem zresztą dumny z tego mojego okropnego jęzora. Ta jego olbrzymiość, brzydactwo, potworność jest na jakiś sposób dzika i pierwotna. Gdy tak go rozłożę, rozpłaszczę przed lustrem, to mam wrażenie, że jest we mnie czuły barbarzyńca; jest we mnie brzydkie, ziejące zwierzę. Ten zwierz – lubię sobie wyobrażać – pachnie tym, czy się pachnie w puszczy: walką, ucieczką, pogonią, głodem i żerem. Jest zwinny i groźny; pachnie potem, łojem i śliną.
Dlatego, by pachniał trochę ładniej, szczotkuję go dokładnie i jem gumy Orbit :)

12 odpowiedzi jak dotąd ↓
Mag // lipiec 19, 2008 @ 12:02 pm
Świetnie napisane!
A język, zaprawdę, imponujący! ;)
Michał Krotoszyński // lipiec 19, 2008 @ 4:20 pm
Dziękuję, osad usunąłem Photoshopem :)
Ola // lipiec 19, 2008 @ 8:16 pm
pamiętam :))))))))
za każdym razem sie zachwycam
język mosznowy xDDDDDDD
Hazardius // lipiec 20, 2008 @ 8:38 pm
Ślicznie. ;)
peczetka // lipiec 31, 2008 @ 7:12 pm
Język mosznowy i bestia ;)
Ciekawe :)
Czy ma to jakąś naukową nazwę czy też Unionie, jesteś wprost niepowtarzalny?
Julia // sierpień 7, 2008 @ 10:31 am
“pełny szacunku popłoch”
dokładnie
:P
Mat // sierpień 7, 2008 @ 2:28 pm
po trzech tygodniach przypomniało mi się, że znajomi mają blogi ;)
więc byłem, zobaczyłem i przeczytałem.
A teraz języki -> :P
Dziadek Mórz // sierpień 10, 2008 @ 1:02 pm
Prawdziwy potwór z Ciebie. W Sparcie zrzuciliby Cię ze skały.
Ola // wrzesień 22, 2008 @ 4:52 pm
weź napisz coś o Budapeszcie. i zdjęcia (to ze mną daj ;p). jestem ciekawa
ann // wrzesień 23, 2008 @ 6:42 pm
mam identyczny :)
kolekcjonerka // wrzesień 25, 2008 @ 6:25 pm
Świetnie, śmiesznie, widowiskowo! :))
Michał Krotoszyński // październik 7, 2008 @ 1:07 am
No i wreszcie jest coś o Węgrzech :) Dzięki za komentarze :)