Michał Krotoszyński – strona autorska

Wpisy od lipiec 2008

Kora ozora

lipiec 19, 2008 · 12 komentarzy

Powiedzmy sobie szczerze: ja cały jestem trochę fizycznie nieudany. Nie chodzi bynajmniej o to, bym był genetycznie popaprany albo coś w ten deseń; wręcz przeciwnie, geny mam po rodzicach, myślę, wyjątkowo dobre. Kłopot w tym, że DNA skręciło się u mnie w dość niepiękną kombinację; o ile mentalnie jestem zdrowy, o tyle fizycznie i estetycznie nieco nie domagam. Zacznijmy więc od tego, że mam wadę serca; to wystarczy, by mnie skreślić z listy krwiodawców, wada jest jednak nie dość poważna, bym mógł się wymigać od armii. Podbicie mam ciut za wysokie, nie mogę więc nosić sandałów; mam też zniszczone paznokcie, choć nikt nie wie od czego. Prawdziwym cesarzem mych ułomności jest jednak mój język; język, można rzec, mam w odmiennym stanie stworzenia.

Mój los był już jasny dwa dni po narodzinach. Mama, pediatra, obejrzała mnie dokładnie i pewnie stwierdziła, że (prócz wielu innych części ciała) natura wyposażyła mnie też w język, i to w język geograficzny. Nie jest to tragedia: to całkiem przyzwoity jęzor, choć wierzch ma nieco złuszczony. Na jego powierzchni powstają różnokolorowe plamy; plamy te zresztą mogą zmieniać swe położenie, co sprawia, że przypadłość ta – jak w przypadku Asi, mojej kuzynki – może być estetyczna i bardzo urokliwa. Mój kłopot polega jednak na tym, że (jak okazało się później) natura wyposażyła mnie też w coś, czego walory artystyczne oddać może jedynie idiotyczne lekarskie nazewnictwo. Mój język, prócz tego że geograficzny, jest także (uwaga) językiem mosznowym: na jego powierzchni występują głębokie, podłużne bruzdy.

Nie zrozumcie mnie źle: to nie jest tak, że ten ozór przeszkadza mi normalnie funkcjonować, albo że mogę w nim przechować ogórka na drugie śniadanie. W wieku dziecięcym nie zdawałem sobie z niego sprawy, w wieku licealnym nikt inny nie zdawał sobie z niego sprawy, na studiach zaś – jak wszystko inne, co dziwne lub niezwykłe – stał się on nawet wcale użytecznym organem. Wśród znajomych wzbudza on najczęściej pełny szacunku popłoch, choć jego brzydota potrafi też fascynować; sam język zaś bywa też ostatecznym argumentem w sporze – nie każdy po jego zobaczeniu jest w stanie kontynuować dyskusję.

Na jakiś dziwny sposób jestem zresztą dumny z tego mojego okropnego jęzora. Ta jego olbrzymiość, brzydactwo, potworność jest na jakiś sposób dzika i pierwotna. Gdy tak go rozłożę, rozpłaszczę przed lustrem, to mam wrażenie, że jest we mnie czuły barbarzyńca; jest we mnie brzydkie, ziejące zwierzę. Ten zwierz – lubię sobie wyobrażać – pachnie tym, czy się pachnie w puszczy: walką, ucieczką, pogonią, głodem i żerem. Jest zwinny i groźny; pachnie potem, łojem i śliną.

Dlatego, by pachniał trochę ładniej, szczotkuję go dokładnie i jem gumy Orbit :)

Kategorie: Proza i publicystyka
Otagowane: , , , , , ,

Manu Chao we Wrocławu

lipiec 16, 2008 · 6 komentarzy

Krótka informacja: byłem wczoraj we Wrocławiu na Manu Chao. Byłem – choć w sumie powinienem nie być, bo przecież, powiedzmy sobie szczerze: praktyki, prawo jazdy i skręcona kostka. Ale z drugiej strony: to był Manu Chao, najbardziej taneczny z rewolucjonistów i najbardziej skoczny z powstańców. To był Manu, na którego koncert obiecałem sobie jechac już dawno – odmówić, to byłaby zdrada.

Odnośnie konceru dwie refleksje. Pierwsza to ta, że Manu Chao musiał czuć się conajmniej dziwnie koncertując w kraju popierającym to, czemu przeciwstawiają się jego własne teksty. Dał zresztą temu wyraz: “Don’t sell your soul to Bush, Poland” – tak powiedział Manu, a cały koncert wiwatował. I myślę, że wtedy Manu poczuł, że trochę jest u siebie: w każdym kraju bowiem są ludzie, którzy myślą inaczej, niż by to sobie rządzący wymarzyli.

Druga refleksja jest już mniej poważna: Manu miał dobry kontakt z publiką, mówił do niej, ona zaś – a ja z nią – klaskała i odpowiadała. Kłopot w tym, że mało kto z nas wiedział co Manu do nas mówi i o czym do nas śpiewa: przy polskiej znajomości hiszpańskiego mógł nam wyśpiewać swój PIN do bankomatu – a my byśmy i tak nie zauważyli. Mógł podać nam przepis na szaszłyk, mógł śpiewać Biblię od tyłu albo skład proszku do prania – i było to nam wszystko jedno, bo ruch i muzyka robiły swoje.

Sam koncert zaś? Bardzo żywiołowy i latynoski, z dozą liryzmu. Mimo skręconej kostki zabrnąłem pod scenę – poskakałem, pokrzyczałem i wybawiłem się świetnie. Dziś zaś słucham już pół dnia Manu i mi się nudzi. Wam też więc radzę: poniżej filmiki ze wczoraj, które już ktoś dzielnie zamieścił na Tubie. Oglądajcie, póki ich nie skasują – Radio Bemba, Radio Bemba!

“Clandestino”

“Minha Galera”

“Mala Vida”

“Mr. Bobby”

Manu Chao, pożeganie

Kategorie: Do usłyszenia
Otagowane: , , , , ,