Michał Krotoszyński – strona autorska

Wpisy od listopad 2007

Ballada o centrum wszechrzeczy

listopad 23, 2007 · 2 komentarzy

[Kamili Trawińskiej]

To był dość świeży temat.
Na wiosnę weszło w modę,
by wiedzieć gdzie jest ziemia,
a zwłaszcza gdzie jej środek.

Wlekąc wór instrumentów
zjechali się uczeni
i wnet stworzono Zespół
Szukania Środka Ziemi.

Prym wiódł w nim matematyk:
ten w równań szale dzikim
zapomniał co co znaczy
i po co rzecz się liczy.

Chciał pomóc mu mnich z Indii,
lecz się zagubił w czasie:
umysł mu się rozmydlił,
i skrzepnął znów w triasie.

Przebił ich zaś astronom,
co dostrzegł w swych sekstansach,
że centrum leży ponoć
gdzieś w okolicy Marsa.

Mimo tych niepowodzeń,
gdzieś po tygodniach czterech,
odnaleziono środek
na drodze audiotele.

Rzekł zespół w tej godzinie,
że zbadał rzecz dokładnie
i na globusie linie
winny się zagiąć na mnie!

I że w mojej osobie
jest środek rzeczy wszystkich:
na prawo przy wątrobie,
tuż obok ślepej kiszki.

Fakt ten, skreślony wierszem
polecam tego lata
tym, którzy wątpią jeszcze,
że jestem pępkiem świata.

[VI 2005]

Kategorie: Satyra

Obrażki (16)

listopad 23, 2007 · 2 komentarzy

Awansowaliśmy do Euro! :) Tak świętowali Polacy:


Kategorie: Obrażki

Zabiłam mi żółwia

listopad 21, 2007 · 8 komentarzy

Laura – moja dziewczyna, współlokatorka i główny karmiciel – to istota o poczciwej naturze i przyjemnej aparycji. W jej rodzinie od zawsze panowało słuszne przekonanie, że Laura ma twarz plastyczną i jasną; charakter zaś raptowny – ale i dobrotliwy. To wszystko, mówiło się, sprawia, że uśmiecha się ona całą sobą, całą sobą jest też radosna i ciepła. Ten ekstrawertyzm, ta jawność w uczuciach powoduje zaś, że odkąd świat światem do Laury garną się istoty żywe: od dzieci i mężczyzn zaczynając, na zwierzętach zaś kończąc. I choć mężczyznom – w tym mnie – było z tym zawsze przyjemnie, to zwierzęta spotykał los odmienny. Te były przez Laurę karmione i hołubione, dopieszczane i myte; żyły sobie czas jakiś czyste, schludne, w poczuciu sytości i kochania. A potem, dziwnym trafem, umierały.

 

Zaczęło się jak u Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. Gdy Laurka była jeszcze bardzo mała (czyli w podstawówce), dostała od siostry żółwia. Żółw chował się dobrze, pił wodę, jadł co tam żółwie jedzą, słowem: doświadczał high-life’u. Kłopot w tym, że na sposób właściwy wszystkim żółwiom zasypiał twardo i na dni kilka; to, co naukowcy nazywają “sztuczną śmiercią”, wydało się Laurce śmiercią stałą i nieodwracalną. Stwierdziła więc smutno: “Zabiłam mi żółwia!” i przystąpiła do obrządków żałobnych. Opłakała zmarłego, a później, chcąc godnie pożegnać przyjaciela, włożyła go do pudełka, zakleiła szczelnie taśmą i położyła – tymczasowo – na ciepłym piecu. Możemy sobie wyobrazić jak obudzony ciepłem żółwik drapie w wieczko i czeka aż go wypuszczą; możemy, ale lepiej sobie nie wyobrażać. Kiedy po dwóch dniach wreszcie go pochowano, nie był już żółwiem pierwszej świeżości; zwyczaje gadów przerabia się w szkołach o klasę za późno.

Maurycy, chomik, trafił do Laury jakiś czas potem. Laurka dostała go od jednego ze swoich kolegów, tym chętniej więc dbała o gryzonia i umilała mu żywot. Maurycy chyba jednak przeczuwał swój los, bo pewnej nocy uciekł z klatki i schronił się za szafą. Dobra Laurka zaakceptowała jego nowe mieszkanie: zamiast wymieść go miotłą zza mebla, podsuwała mu pod szafę miseczkę z pokarmem. Chomik, głupie zwierzę, nie sygnalizował, by czegoś mu brakowało; po pewnym czasie jednak jedzenia przestało ubywać. Laurka ruszyła na ratunek, było jednak za późno: Maurycy odnalazł się za szafą, żywy lecz umierający. I choć zmarł w poczuciu bliskości i opieki, to niedrożność jelit wywołana totalnym odwodnieniem nie była najlepszą ze śmierci. Zmarł głupio: z braku wody, o trzy metry od łazienki.

Potem był kot, Sally, przepiękny i mądry półpers. Kot przeżył u boku Laury długie lata, zanim (jak to kot) wyszedł i nie wrócił. Czy jako jedyny uciekł od fatum, czy też kolejno wykorzystywał każde z dziewięciu żyć – nie wiadomo; pewnym jest jednak, że i on nie zdołał na trwałe zdjąć klątwy – co najwyżej chwilowo ją uśpił. Kiedy bowiem – jakiś czas później, gdy już byłem z Laurą – w pokoju mojej dziewczyny pojawiła się mysz, mysz chrobocząca, szeleszcząca i denerwująca, to wraz z gryzoniem powróciły też stare porządki. Laura nie miała rzecz jasna morderczych intencji: chciała myszkę przestraszyć, odgonić, słowem: przesiedlić. Ale bucik, rzucony na oślep i w ciemność, trafił mysz prosto w czaszkę; zmarła jak stała, w połowie chrupnięcia. Śmierć gryzonia była szybka i mało bolesna; chciałoby się rzec “humanitarna”. Jesteśmy z Laurą pewni, że w mysim niebie siedzi sobie teraz na cheddarze i wachluje się goudą.

Gorsza śmierć – śmierć zabójcza i na zimno planowana – spotkała mrówki. Mrówki wprowadziły się tego lata do ganku Laury i nie można powiedzieć, by trafiły pod dobry adres. W tej hekatombie, w tym mrówkobójstwie, w tym okropnym endlösung uczestniczyłem i ja – i na mnie spoczywa więc brzemię odpowiedzialności. Z początku stosowaliśmy akcje ostrzegawcze przy użyciu klapek, lecz niestety, konieczne okazało się rozwiązanie kompleksowe. Jako nieludzkie odrzuciliśmy polewanie mrówek wrzątkiem – wierzyliśmy, że proszek na owady zapewni im śmierć szybką i bezbolesną, że zasną spokojnie w sen wieczny i mrówczy. Ale stało się inaczej: posypane, owady zaczęły wić się i skręcać, my zaś patrzyliśmy na nie wzrokiem bezbronnym i przestraszonym. I właśnie wtedy, kiedy nie wiadomo było co powiedzieć, kiedy ciała mrówek kurczyły się w oczach, kiedy patrzyliśmy po sobie niepewni (część z nich jeszcze drga, ale to już koniec), kiedy szukaliśmy rozwiązań (dobijmy, niech nie cierpią!), wtedy to właśnie z ust Laury padło najlepsze podsumowanie tej i wszystkich innych takich sytuacji: kochane, ciepłe i dobre “Ojej!”.

Są pewnie tacy, którzy gotowi byliby widzieć w tym wszystkim winę Laury; ci jednak są głupi i się nimi nie będziemy zajmować. Ja lubię widzieć Laurę jako część większego zjawiska: nożyczki Parek, ostrze losu, świadome i światłe narzędzie ewolucji. Mądrze jest ją postrzegać w kategorii doboru naturalnego: jest to jednak dobór delikatny i troskliwy. Szczerze wierzę, że taka śmierć jest śmiercią najlepszą z możliwych; chciałoby się powiedzieć: jest warta życia. “Jeśli zginąć mam, to na jej krzyżu.” – krzyż to bowiem miękki, łagodny i czuły.


Kategorie: Proza i publicystyka

Dwa limeryki lekarskie

listopad 10, 2007 · 1 komentarz

W sanatorium, co leży pod Jasłem
wszystkie kołdry są mocno za ciasne.
Nie dziw że krzyż z nimi
ma nawet bulimik
i by wejść w nie, smaruje się masłem

Młody lekarz-filozof z Włocławka,
radził ludziom: ‘Gdy najdzie cię czkawka,
czytaj “Ucztę” Platona.
Czkawki to nie pokona,
lecz to wcale udana rozprawka.”


Kategorie: Satyra

Obrażki (15)

listopad 9, 2007 · 2 komentarzy

Michał Anioł też miał gorsze dni.


Kategorie: Obrażki

W imieniu policji drogowej

listopad 8, 2007 · Dodaj komentarz

Od dnia pierwszy listopad, by uniknąć nieszczęścia,
uprasza się nieludzi o odmianę podejścia:
ot, latajcie ufoki trochę jawniej nad nami!
Noście, proszę, odblaski – i mrugajcie światłami!


Kategorie: Satyra

Skrzydlaki świata

listopad 4, 2007 · 14 komentarzy

[Pisane wraz z Laurą,
dla Magdy, z okazji urodzin]

Warszawa, 3 listopada 2057 roku

Publikację tę pragniemy w całości zadedykować pani profesor Magdalenie Szczubret, członkini Polskiej Akademii Nauk, cenionej pisarce, poetce i człowiekowi nauki, doktorowi honoris causa szesnastu europejskich uniwersytetów i prezesowi Światowego Klubu Kakao (wszystko w jednej osobie). Pani Profesor, będąc nadal spiritus movens większości naukowych przewrotów współczesnego świata, przebywa obecnie na zasłużonej emeryturze; podróżuje, przecina wstęgi, ratuje delfiny i odwiedza pięciu mężów na czterech kontynentach. Przede wszystkim jednak jest matką, założycielką i stwórcą najdynamiczniejszej ze współczesnych nam nauk: biologii kreacjonistycznej.

A rzecz była przecież czystym przypadkiem; “Los bowiem – jak mawia często Profesor Szczubret – to taki luj, co łazi gdzie nie trzeba!”. Tak było też z Przewrotem Kreacjonistycznym, którego jest żywą ikoną: gdy w roku 2007 miał on swe nieśmiałe początki, Pani Profesor nie była nawet świadoma czego dokonuje samą tylko myślą. Zawsze powiadała, że “najważniejsza jest wiara w to, co niemożliwe” – uparcie wierzyła więc w podniebność stworzeń takich jak kaszalot czy guziec. Wiara ta była uparta i pełna charyzmy; rzeczywistość nie mogła na nią nie zareagować. Nastąpiło więc – jak pisał profesor Bauer z Uniwersytetu w Heidelbergu – “przepięcie ze sfery <<Vielleicht>> do sfery <<Sein>>”: rzeczy, które Profesor Szczubret wyobrażała sobie, zaczęły istnieć naprawdę. Tak powstały podniebne guźce i kaszaloty; tak skrzydeł doznał koczkodan. Profesor Szczubret siłą umysłu stworzyła wiele chmurnych żyjątek; dzisiaj widzimy, że są one Dobre.

Oto skromny atlas tych niezwykłych stworzeń: dedykujemy go najlepszemu Stwórcy od czasu Księgi Rodzaju. I – zapraszając do lektury – proponujemy najprostsze wyjaśnienie tego fenomenu. Nie trzeba odwoływać się do “przepięć” i przepływów energii między sferami; jak pisał kiedyś Romain Gary: “Jeśli kobieta czegoś chce, Bóg tak chce.”

Autorzy


KASZALOT PODNIEBNY

 

Kaszalot podniebny to najpierwsze i największe z osiągnięć umysłu Pani Profesor; to także największe obecnie latające stworzenie. Osiąga on ciężar 20 ton, z czego większość stanowi żupa – kaszalotów to jednak nie deprymuje. Rozpiętość skórzastych skrzydeł osiąga 25 metrów; ich łączna powierzchnia wystarcza do pokrycia boiska od koszykówki. Zwierzę odżywia się pyłkami traw, zbóż i kwiatów; jest błogosławieństwem dla alergików. Kaszalot podniebny żyje wyłącznie na półkuli północnej – na południe od równika jest mu przytłaczająco odwrotnie.

Kaszaloty latają w dolnej stratosferze; są łatwo zauważalne na każdym radarze. Na tej wysokości śpią; tylna płetwa kontroluje tor lotu, służąc za autopilot. Panują tu niskie temperatury i ciała kaszalotów pokrywają się szronem; by się ogrzać, wieloryby podniebne schodzą na wysokość kilkuset metrów. Tu parzą się, żywią i zdobywają powietrze, magazynowane w górnej części tułowia. W locie, blisko powierzchni ziemi, przypominają ruchome cygara; podejrzewa się, że wiele doniesień o UFO spowodowanych jest właśnie przez nisko latające kaszaloty.

Ciąża kaszalotów trwa ponad dwa lata; matka składa dwa do trzech jaj, które następnie wysiaduje w dalekich górach Uralu. Gody trwają około miesiąca; z początku samiec lata daleko od wybranki, nawołując ją wysokimi, smętnymi tonami. Gdy ta jest mu przychylna, jej skrzydła przybierają fioletowego odcienia; rozpoczyna się wówczas długi rytuał delikatnej fraternizacji. W końcu samiec pokrywa samicę: akt jest jednorazowy i nie zawsze kończy się zapłodnieniem. Kaszaloty kochają się z gracją i powoli; temat inspiruje wielu malarzy i poetów.

Kaszalot podniebny jest godłem Sztokholmskiego Towarzystwa Transportu Powietrznego.


KOCZKODAN SKRZYDLATY

 

 

Koczkodan skrzydlaty to istota niewielka i stadna: nie przekracza on wysokości jednego metra i żyje w stadach do 20 osobników. Jest umaszczony rudo bądź szaro; samice mają dodatkowo jasną smugę na ogonie. Skrzydła ma niewielkie i pierzaste, używa ich jednak dorywczo, przy przelatywaniu z gałęzi na gałąź. Odżywia się bananami i pomarańczami; lubi też jeść kromkę posmarowaną masłem nieskończoności. Występuje w rejonach zwrotnikowych i ze względu na obmierzły charakter podejmowane są próby ograniczenia jego populacji do tych terenów.

W stadzie koczkodanów przewodzi osobnik najsilniejszy – w grupie panują niepoprawne obyczaje. Koczkodany budują relacje w rodzinie opierając się na przemocy fizycznej i psychicznej, stąd też ciągłe kłótnie, połajanki i bijatyki. Zwierzęta parzą się między sobą nie zwracając uwagi na płeć i koligacje rodzinne; stąd hipoteza, że spółkowanie jest u nich sposobem okazania dominacji. Tak obrzydliwe zachowanie sprawia, że filmy o koczkodanach można emitować jedynie późną nocą, w krajach islamskich zaś ich posiadanie jest kategorycznie zakazane. Koczkodany są złośliwe i agresywne; skrzydła umożliwiają im dalekie skoki, wchodząc więc na ich terytorium należy być uważnym i uzbrojonym.

Ludność miejscowa jest do koczkodanów skrzydlatych nastawiona negatywnie. Negatywnie są do nich nastawiani turyści, podróżnicy, zoologowie i ekolodzy; ujemną opinię mają o nich także właściciele sklepów i ogrodów zoologicznych. Koczkodany nie są lubiane i w Azji: ich mięso jest ponoć twarde i żylaste. Słowem: koczkodan to jedno z bardziej znienawidzonych stworzeń na ziemi. Pozytywne zdanie ma o nich jedynie wnuczka Violetty Villas.

Ciekawostka: “Biały koczkodan” to popularny wśród młodzieży napój wyskokowy. Plotki mówią, że pijał go sam Donald Tusk.


BÓBR TRZMIELEC

Trzmielec – czyli bóbr ze skrzydłami – to zwierzę nie do końca poznane. Wiadomo o nim z pewnością, że jest skrzydlakiem wodnym; jak każdy uczciwy i zbożny bóbr buduje tamy, zwala drzewa i moczy pupę. Na tym jednak uczciwość się kończy: w przeciwieństwie do bobrów ma on skrzydła, bzyczy w szuwarach i zapyla kwiaty. Słowem: takie to trochę “ni to pies ni wydra”.

Zwyczaje godowe bobra trzmielca nie są dokładnie znane – z tego wniosek, że są intymne. Bobry to zwierzęta konserwatywne i pruderyjne: kochają się jedynie w nocy, jedynie w okresie rui i jedynie, gdy nikt nie patrzy. Matka składa trzy do pięciu jaj, które wysiaduje w tamie; samiec żywi ją rybami i przynosi kwiaty. Gdy młode się wykluwają, rodzina jest niezwykle szczęśliwa i gdyby mogła, to by dała na tacę.

Skrzydła służą bobrom do przelatywania nad tamą, zrywania kwiatów wiśni i obgryzania wyżej położonych gałęzi. Nie nadają się jednak one do dalekich lotów; bobry zresztą generalnie lepiej się czują przy ziemi. Taka jest przynajmniej opinia badaczy; same bobry, zapytane, uciekają w szuwary.


GUZIEC NADRZEWNY

 

 

Guziec – jak pisała sama Pani Profesor – to taka świnia z Afryki. I choć jest to niewątpliwie treściwa i fachowa lokalizacja ojcowizny gatunku, to dziś powiedzielibyśmy raczej: “Guziec – to taka świnia z wszędzie”. Świniak rozprzestrzenił się bowiem po całym świecie i świni w każdym jego zakątku: w Szwecji i w Grecji, w Turcji i w Murcji i w kinie w Lublinie. Częste migracje tego zwierza ograniczyły ruch lotniczy na niektórych trasach – po zagadkowym wyginięciu gołębi to jedno z najczęściej występujących zwierząt skrzydlatych.

Guziec ma skrzydła rozłożyste i białe – szmera nimi i trzepocze, czym rozaniela partnerki. Odżywia się kalarepą i cukrem (co jest już nieco passe), je też komary i szczypawki. Posiada cztery racice, którymi kopie mlecze, buraki i krotochwile. Krotochwile – smaczne grzyby ziemne odkryte na początku XXI wieku – stanowią jego główne pożywienie. Je też karmel, orzechy i czekoladę; od tego tyje, ale w każdym grubym guźcu jest mały guziec i dużo czekolady.

Guziec buduje na drzewach gniazda, wykorzystując do tego celu słomę, liście i płyty azbestu. Azbest nie szkodzi guźcom; przeciwnie, wpływa na nie podniecająco i nieobyczajnie. Guźce nadrzewne są bardzo żyworodne: na raz rodzi się pięć do sześciu małych świnek. Duże guźce kryją się w konarach udając rzeźby nowoczesne; młode, z racji karnacji, podają się za rodzynki. Guziec to istota przyjazna i pożyteczna; do Klubu Przyjaciół Guźca należy prezydent Wenezueli. Guźce są pod ochroną; nie wolno odzywać się brzydko, bo im więdną skrzydełka. Guziec, podsumowując, to taki anioł – tyle że świnia.


ŻYRAFA LATAJĄCA

 

 

To jedno z tych zwierząt, które nie powinno powstać – ale jak cudownie, że jednak jest! Ten podobny do motyla stworek uzyskuje niewiele więcej ponad 5 centymetrów; występuje w klimacie łagodnym i umiarkowanym. Jako istota delikatna i czuła pije tylko świeżą rosę i je z samego czubka krzewu; naturalne jest więc, że jest dosyć chuda. Żyrafa latająca znana jest ze swego uwielbienia dla muzyki jazzowej; koncert czeskiego puzonisty Herdka został przerwany po tym, jak rój żyraf zatkał puzon aż do samego ustnika.

Żyrafa latająca to zwierzę społeczne. Żyje w gniazdach, zakładanych na wysokich, rozłożystych gałęziach. Płodne są jednak nie tylko królowe, ale i inne samice; królowa jako jedyna wydaje na świat osobniki męskie, jest więc istotą nad wyraz pożyteczną. Zwyczaje w roju są pełne gracji i stanowią pomieszanie współczesnego savoir-vivre’u i średniowiecznych rytuałów dworskich. Żyrafy porozumiewają się za pomocą konwencji skłonów i przykucnięć; z tego powodu cierpią na choroby kręgosłupa. Interesują się literaturą; na swój język przetłumaczyły już w całości Flauberta i Hrabala.

Pojawienie się żyraf latających na ziemi zachwiało dogmat o człowieku jako końcowej fazie ewolucji; rozpaczliwie poszukiwane są próby znalezienia brakującego ogniwa. Żyrafa czczona jest w sześciu religiach, dwóch filozofiach, malarstwie i rzeźbie; Gwatemalczycy wierzą, że gniazdo żyraf na domu gwarantuje płodność i potomstwo. W polskim parlamencie mniejszość żyrafia ma zagwarantowane osiem mandatów. Na więcej, niestety, żyrafy nie przystały.

*   *   *

 I na tym wypada zakończyć ten przegląd zwierząt niezwykłych, skrzydlatych, zmyślnych – i po trochu zmyślonych. Nie jest to jednak tak, że jest to zbiór pełny; poza obrębem tego tekstu jest przecież miejsce na inne stworzenia, na ich nowe kreacje. I nawet jeśli nie zasiedlą one Kansas czy Sztokholmu, to przecież w jakimś sensie będą istnieć, w jakiejś sferze idei, czy też mówiąc po ludzku – marzeń. Bo przecież, jak mówi Magda, nie jest ważne to, czy to się zobaczyć, powąchać czy pomacać – najważniejsza jest wiara w to, co niemożliwe.


Kategorie: Proza i publicystyka

Hel, grobla, widok na Gdynię

listopad 3, 2007 · Dodaj komentarz

Przede mną dwie ciemności: ruchoma czerń wody
i chmur lity kapitel. Pomiędzy, jak zorza
rozciąga się nić miasta: cienka żyłka światła,
rysa cywilizacji; pół drżąca, pół jasna.
Kontur rzeczy czytelnych – a dokoła chaos;
niewielka splątka życia. Ja – na większą skalę.


Kategorie: Wiersze

Chmarka Marka

listopad 3, 2007 · 2 komentarzy

Na pożegnanie Marka Jurka:

Kiedy z Partii precz poszedł M. Jurek
cześć działaczy stanęła zań murem.
Lecz niewielu z nim mężów się pręży,
więc ten mur – to niestety krawężnik. 


Kategorie: Satyra