Michał Krotoszyński - strona autorska

Entries from październik 2007

Konkurs (1) - Rebus :)

październik 31, 2007 · Liczba komentarzy: 8

Pomyślałem dziś sobie - a była to myśl nad wyraz zbożna i właściwa - że byłoby rzeczą ludzką wprowadzić na stronie tej element interaktywny, miejsce komunalnej radości, słowem: mały plac zabaw. Byłoby - myślałem dalej - sympatycznie przekazać głos drugiej stronie i dać jej poczuć, że to właśnie dla niej ten blog powstaje: co innego bowiem jest pisać dla siebie, a co innego publikować dla ludzi. Byłoby wreszcie - biłem rekord refleksji - nad wyraz uprzejmie wynagrodzić odwiedzającym ich atencję. I wtedy wreszcie dotarło do mnie: czas na konkurs, czas na rywalizację, czas na nagrody!

I ja właśnie w tej sprawie. :)

Przed Wami pierwszy z konkursów: rebus! Hasło składa się z dwóch wyrazów i należy do kategorii przedmiot. Kto pierwszy hasło odgadnie (i wpisze je w komentarzu) zostanie ogłoszony wszem, wobec i w eterze Zacnym Rebusmistrzem; będzie mógł ściskać dłonie, słać uśmiechy i dawać autografy. Dodatkowo zaś otrzyma narodę bardzo materialną; niespodziankę wyślemy pocztą.

EDIT: KONKURS JEST JUŻ ROZSTRZYGNIĘTY! Jeśli chcesz znać odpowiedź - kliknij w Komentarze. Jeśli chcesz zgadnąc samemu - powodzenia! :)


Kategorie: Konkursy

Halloween

październik 31, 2007 · 1 komentarz

Gdym się dzisiaj miastem skradał
napotkałem nocą draba,
co oznajmił mi po cichu:
“Twa komórka - albo psikus!”


Kategorie: Satyra

Z Mickiewicza. Ballada wędrowna

październik 28, 2007 · Liczba komentarzy: 2

Jakiż to chłopiec piękny i młody?
Jaka to obok dziewica?
Gdzież ją zabiera wielokołowym
wozem przy świetle księżyca?

Ona mu z kosza daje isostar,
a on jej mapę do ręki;
i mkną przed siebie, bo szosa prosta,
a ruch na trasie niewielki.

Pachnie w bolidzie, bo on u szyby
przyczepił wonne modrzewie;
kupić je może każdy wrażliwy,
ale po ile - ja nie wiem.

On już żyć nie chce jak samotnicy
i chciałby łączyć się w pary:
ręce, co prawda, na kierownicy,
lecz w sercu lisie zamiary!

Ona na jego uczucia dybie;
w powietrzu czuć rzecz doniosłą.
Cisza wokoło, tylko o szybę
las czasem trzepnie gałązka.

Wtem wiatr zaszumiał po gęstym lesie
i coś się miesza im w głowach:
ręce im siła przedziwna plecie
i by się chcieli całować.

Stają. Jest cicho. Nagle ryk wielki!
O niesłychane zjawiska!
Syrena wyje! Z radarem w ręki
nadchodzi drogą policjant!

Pyta: “Kim jesteś, kierowco młody?
Kim ta nieletnia dziewica?”
Ona nie miała przy się dowodu,
a on był Robert Kubica.

Żyli za szybko. Z takich uniesień
musi nieszczęście wynikać!
Nie dość, że mandat władza im niesie,
to las ich jeszcze połyka!

Bór ich niedobry za szczęście karze,
na zawsze parę porywa!
Nikt im z tej puszczy drogi nie wskaże,
a im zabrakło paliwa!

Wyjścia nie znajdą! Zostaną w borze!
Za jakimś przepadną drzewem…
Kto jest młodzieniec? - znany rajdowiec.
A kto dziewczyna? - ja nie wiem.


Kategorie: Satyra

Kinga i Chopin: “Prowadził nas los. Autostopem dookoła świata”

październik 28, 2007 · 1 komentarz

PROWADZIŁ NAS LOS. AUTOSTOPEM DOOKOŁA ŚWIATA (Kinga Choszcz i Radosław “Chopin” Siuda, 2004)

Świat jest wielki, przepastny i nieodkryty i zdaniem wielu to właśnie powód, aby go zobaczyć. Można opłacać się biurom podróży i przewodnikom; można jednak - tak jak Kinga i Chopin - zdać się na los i dać się porwać przygodzie. Para ta wyruszyła z domu z jednym celem: zwiedzić świat i uczynić to w najlepiej im znany, a więc i najpewniejszy sposób - autostopem. Gdy rozpoczynali wędrówkę mieli w kieszeniach niewiele więcej ponad sto dolarów; mieli jednak wiarę w to, że to nie pieniądze będą ich biletem. Ta wiara towarzyszyła im w samochodach, samolotach i na pokładach statków; z nią płynęli barkami i z nią jechali na rowerach. Tak zjeździli pięć z siedmiu kontynentów, widząc przy tym to wszystko, czego nie sposób zobaczyć z okna hotelu. Po drodze pisali dziennik, na bazie którego powstała ta książka; książka, nagrodzona w 2004 roku najważniejszą polską nagrodą przyrodniczą - Kolosem. Ta książka to jednak więcej niż przewodnik po świecie: to książka o tym, że świat, choć olbrzymi i nieznany, jest miejscem ciepłym i opiekuńczym - jeśli mu tylko zaufać. A jeśli zaufać ludziom i wierzyć w nich mimo, że czasem zawodzą, to okaże się, że człowiek to w rzeczywistości istota dobra. Że ludzie chętni są do pomocy i że często czynią to beznteresownie; a przede wszystkim, że najważniejszą z ludzkich cech jest zaufanie. Póki ufasz drodze, którą idziesz, - zdają się mówić Kinga i Chopin - ta zawsze cię dokądś zaprowadzi.


Kategorie: Do przeczytania

Czytanie ze zrozumieniem

październik 27, 2007 · Liczba komentarzy: 10

Action Mag - mój ojczysty magazyn internetowy - był, odkąd pamiętam, zawsze podatnym gruntem dla różnego rodzaju narzekań i wszelkiej maści defetyzmu. Michał Chmielewski, drugi po Eddiem archetyp internetowego ojca, wpisuje się poniekąd w ten powszechny schemat: w siedemdziesiątym siódmym numerze magazynu ukazała się bowiem “Pacyfikacji wolnej myśli”, artykuł, w którym to autor przejeżdża się po szkole jak wałek po cieście.

Przypomnijmy pokrótce listę zarzutów. Tę otwierają, nudne zdaniem Michała, szkolne lektury: autor, porównując je z Windowsem, upadla je doszczętnie. Szczególne miejsce przypada tu szlachetnej sztuce poezji, której to, jak czytamy, Michał nie cierpi: męczy go rozkładanie akapitów na słówka pierwsze i biadolenie, o co autorowi chodziło. Głównym jednak punktem Listy Chmielewskiego jest fakt, iż - zdaniem autora - szkoła niszczy w uczniach ich osobiste prawo do prywatnej, subiektywnej, intymnej interpretacji utworu. Narzuca ona jak dzieciaki mają rozumieć wiersz, pacyfikując ich własne zdanie i niesłusznie utrzymuje, że inne rozumienia są rozumieniami złymi. To, konkluduje Michał, musi doprowadzić do wykształcenia się nowego gatunku Polaka: idioty amerykańskiego. I to właśnie, ta niezgoda na mnogość, wielokrotność interpretacji jest naszej szkoły, zdaniem autora, główną przewiną.

Nie zamierzam tu się spierać na temat tego, czy lista lektur jest dobrze ułożona: o gustach się nie dyskutuje, gusta są jak PESEL, każdy ma swój. Nie jest moim zamiarem udowadniać Michałowi, że interpretacja wierszy go jednak zajmuje, tylko tego nie odkrył: autor jest w sprawie własnych upodobań najlepiej poinformowany. Nie mogę jednak zmilczeć biczowania polskiego szkolnictwa, które w swoim artykule uprawia mój szacowny adwersarz; mimo całej estymy, jaką go darzę, czas powiedzieć wyraźnie: mój imiennik się myli. Co jak co, ale szkoła uczy interpretowania wierszy na sposób właściwy.

By jednak udowodnić powyższe, potrzebne nam będzie trochę nomenklatury. Zastanówmy się bowiem czym właściwie jest wiersz, czym właściwie jest utwór, który sobie, czy to w klasie, czy to na wakacjach, dla własnej nieprzymuszonej przyjemności, interpretujemy. Otóż jest to po prostu forma komunikatu, za pomocą którego autor mówi nam, co mu leży na wątrobie, za pomocą którego przekazuje nam to, co nam przekazać pragnie. Należy więc zauważyć, że pod tym względem wiersz nie różni się niczym od artykułu w gazecie, przepisów w kodeksach czy też nawet obrazu, muzyki, audycji radiowej, reklamy w telewizji albo zwykłej rozmowy. Za każdym bowiem razem nadawca (poeta, redaktor gazety, prawodawca, prezenter radiowy czy też nasz rozmówca) przekazuje odbiorcy (czyli nam) jakąś określoną treść. Taki jest podział ról: nadawca stara się rzecz w słowach (obrazach, dźwiękach) zawrzeć, my zaś staramy się znaleźć odpowiedź na odwieczne, ciągłe i nieustające pytanie “Co autor chce nam powiedzieć?”.

Pojawia się jednak kolejna zagadka: czy autor zawsze wie, co powiedzieć chciałby? Pytanie rodzi wątpliwości i u Michała Chmielewskiego: sugeruje on w swoim artykule, że (anonimowy niestety) poeta, schlał się i pisał, co mu wódka na język przyniosła. Jakkolwiek racją jest, że niektóre (znów terminologia!) komunikaty - jak obrazy Witkacego - powstają pod wpływem, to jednak przyjmuje się założenie, że autor przekazu wie, co chce światu oznajmić. W przypadku przepisów prawnych na przykład, taki aksjomat nazywa się założeniem o racjonalności językowej prawodawcy (prawodawca doskonale zna język, którym się posługuje) i potrzebne jest to o tyle, że jego brak oznaczałby, iż każdy przepis można interpretować w dowolny sposób, hulaj dusza, poszły konie po betonie. W przypadku sztuki zaś (a więc i wierszy) takie założenie wynika raczej ze zwykłej statystyki: owszem, są artyści, którzy bądź też działają w stanie ograniczonej poczytalności (jak choćby Witkacy), bądź też po prostu idą na freestyle (dadaiści, Pollock), przeważającą jednak grupę - co wynika z moich obserwacji literackiego światka - stanowią osoby, które zastanawiają się nad swoimi utworami. Czy pierwszym punktem pisania tekstu do AM nie jest pomysł na jaki temat i co napisać? Oczywiście, że jest. Podobnie z wierszami: pierwszym zadaniem poety jest uzmysłowienie sobie, co chce przekazać w danym utworze, jaką chce zbudować atmosferę i jaką scenę odtworzyć - chwilę później przychodzi czas na decyzję, w jaki to zrobić chce sposób. Najpierw treść, potem forma.

Wiemy już, że wiersz służy poecie do przekazania nam jakiejś konkretnej treści. Pojawia się więc pytanie: jakie zadanie przyświeca nam jako interpretatorom? Czy interpretacja to na pewno sprawa intymna, subiektywna? Czy wolno nam mówić, że wiersz jest o kochaniu, bo naszym zdaniem jest o kochaniu - i to nasze zdanie, nasz prywatny odbiór ma być koronnym argumentem zamykającym usta ludziom, którzy twierdzą, że nie mamy racji, że wiersz źle rozumiemy? Nie, tak się czynić nie godzi: tak robiąc, wkładalibyśmy poetom w usta nasze własne myśli, nasze własne postrzeganie świata. Możliwe przecież, że twórca chciał nam przekazać coś innego, możliwe przecież, że zrozumieliśmy go źle - czy nasze widzimisię jest ważniejsze od zdania autora? Oczywiście nie. Dlatego naszym zadaniem, jako czytelników, nie jest odkrycie najfajniejszej naszym zdaniem interpretacji, ale odkrycie takiej, jaką napisałby sam poeta. Tak naprawdę więc tylko jedna interpretacja jest właściwa: ta autora. I to do niej musimy dotrzeć: niech nam poeta powie, co myśli o świecie - posłuchajmy go przez chwilę i zastanówmy się, czy nie ma racji.

Oczywiście, takie słuchanie autora, ten proces interpretacji, jest procesem bardzo trudnym. Mogą więc się zdarzyć pomyłki, interpretacje złe. Mój adwersarz wstawia to wyrażenie w cudzysłów, sugerując, że złych interpretacji nie ma. To rzecz jasna nieprawda: złą interpretacją jest na przykład wniosek, iż “Pan Tadeusz” to książka kucharska czy też przewodnik po Litwie, tylko dlatego, że opisuje uczty w litewskim klimacie. To jednak przykład przejaskrawiony: w praktyce błędy są bardziej subtelne. Powszechna jest przykładowo opinia, że “Śpieszmy się kochać ludzi…” ks. Twardowskiego jest wierszem o śmierci: rzeczywiście, opis odchodzenia zajmuje tu większą część utworu. Ale to tylko półprawda: w obliczu pointy (bo nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości/ czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą) rzec trzeba, że wiersz ten jest jednak przede wszystkim o miłości, a śmierć jest tylko czynnikiem do niej motywującym. Trzeba więc bardzo uważać, wsłuchiwać się w to, co mówi autor poprzez utwór, wczuwać się w atmosferę zawartą w utworze, szperać weń w poszukiwaniu śladów i argumentów i nigdy nie wolno zadowalać się prawdą częściową. Dopiero, gdy wszystkie fragmenty układanki są już na swoim miejscu, gdy każdy wers ma swoją pozycję w naszej interpretacji, wolno nam powiedzieć, że wiemy, co chciał powiedzieć autor. Rzymianie mówili: interpretatio cessat in claris, interpretacja kończy się jasnością. Rzymianie zawsze wiedzieli, co mówią.

Zadaniem szkoły jest właśnie wyuczyć samodzielnego w przyszłości czytelnika takiej empatii: pokazać, jak czytać utwór, by go zrozumieć. Uczeń musi wiedzieć, że nie każda interpretacja jest prawdziwa: są bowiem takie, które - w obliczu argumentów przeczącym im, czy też przemawiających za inną interpretacją - po prostu nie wytrzymują konkurencji i zostają zbite. Nie znaczy to jednak, że w interpretacji nie ma miejsca dla samodzielnego myślenia: trzeba w interpretacji myśleć, ale to myślenie musi być nakierowane na odczytanie intencji autora. Wnioski, których autorstwo przypisujemy poecie, mogą różnić się od ogólnie przyjętych: muszą jednak być podparte silnymi argumentami, muszą być spójne, przemyślane i do pogodzenia z kontekstami. Warto więc się spierać o treść utworu - szkoła powinna to umożliwiać i w moim przypadku tak było - ale trzeba mieć argumenty. To nie parlament: trzeba wiedzieć o czym się mówi.

W procesie interpretacji nie ma więc miejsca na własne przemyślenia: po prostu nie o to w tej zabawie chodzi. Ważne jednak, by swe przemyślenia mieć, dzielić się nimi na lekcji, zamieszczać je w swoich pracach, chociażby w zakończeniu. To ważne, bo właśnie posiadanie osobistej odpowiedzi na drugie z ważnych pytań: co sądzisz o tym co powiedział ci autor, odróżnia człowieka myślącego od tego, który powiela utarte wzorce. Na coś takiego zawsze musi być miejsce w szkole, bo to po prostu ważniejsze niż szósty wiersz Mickiewicza. Należy jednak zauważyć, że to już dalszy etap: trzeba najpierw dowiedzieć się, co mówi autor, by wiedzieć, czy się człowiek z nim zgadza, czy nie.

Ja miałem w tym względzie dobre doświadczenia: moja szkoła uczyła interpretacji, pozwalała na dyskusję nad treścią utworu, a po zakończeniu interpretacji - na snucie refleksji. Rozumiem, że w przypadku mojego imiennika było inaczej: na takie dysputy miejsca nie było. To smutne i o to powinien Michał Chmielewski mieć do swego polonisty pretensje. Niesprawiedliwością jest jednak oskarżać system interpretacji, którego uczy się szkole, o niszczenie myślenia: to, że nie ma tu miejsca na snucie własnych bajań wynika po prostu z jego charakterystyki. Interpretacja wiersza to przecież, podobnie jak wykładnie przepisu prawnego, czytanie ze zrozumiem i przy wykorzystaniu kontekstów.

Interpretacja, to jak się rzekło, proces trudny - lecz niekoniecznie nieprzyjemny. Potraktujcie to jako zagadkę detektywistyczną, szukajcie prawdy, szukajcie motywów. Może wówczas pytanie “Co autor chciał powiedzieć?” przestanie być szkolną zmorą. A przecież czytanie wierszy - i ich rozumienie - dać może wiele. Utwór może być wszak drogowskazem, może być lampką, latarką, która naświetli dalszą drogą. Takie małe, podręczne światełko. Rzymianie, którzy wiedzieli co mówią, twierdzili przecież: interpretatio cessat in claris. Interpretacja kończy się jasnością.


Kategorie: Proza i publicystyka

Na odejście Romana G.

październik 26, 2007 · 1 komentarz

Więc odchodzisz! Nić w pół przecięta
i zwolniony ze swej pracy Syzyf!
Niechaj tłuszcza będzie przeklęta,
co na Tobie postawiła krzyżyk!

Twoje dzieło zapomną, zadepczą
i w popioły rozsypie się z wolna:
ewolucję do łbów włożą dzieciom,
a mundurki popruje Platforma!

Lecz zaklinam! Spraw, aby całkiem
nie pomarła w narodzie nadzieja!
Jeśli musisz już być adwokatem,
to od pierdla nam wybroń Andrzeja!


Kategorie: Satyra

Obrażki (14)

październik 26, 2007 · 1 komentarz

Rowling ogłosiła, że Profesor Dumbledore jest gejem. Reakcje są różne.

Kategorie: Obrażki

KaJeTan: “Za`Krzy?Wi*onE Zwie!rCI@dŁ.O”

październik 26, 2007 · Brak komentarzy

Tekst do przeczytania TUTAJ

Drugi tekst autora w historii magazynu Action Mag i pierwszy, który zasługuje by go tu wyróżnić. Co się w nim naprawdę udało, a co jest rzadkością, to fakt, że autor bardzo umiejętnie buduje nastrój na przeleństwach. To niezwykłe, bo przekleństwa dość często potrafią dobrze zapowiadający się tekst zniszczyć - jak każdy środek stylistyczny, który jst źle użytu. Tu jednak wulgaryzmy nie są tanie - one bardzo umiejętnie oddają świat, w którym obraca się schizofrenik. Tak tworzy się straszny, wrogi klimat; coś jak u Dantego, tyle że naprawdę.


Kategorie: Do przeczytania

Obrażki (13) - I po wyborach! :)

październik 21, 2007 · Liczba komentarzy: 2

Na GG żegnamy Prawo i Sprawiedliwość :) Jeden się, kurczę, wyłamał…

Kategorie: Obrażki

Obrażki (12)

październik 21, 2007 · 1 komentarz

Kategorie: Obrażki

Morał niedzielny

październik 18, 2007 · Liczba komentarzy: 2

Mówił dziadek dwóm Rafałom:
“Choć przejdziecie ziemię całą,
monet nigdzie nie ma tłumniej,
niż na skraju tęczy - w urnie!”

Starszy na to: “Głupstwa! Brednie!
Siły stracę, buty zejdę
i choć znajdę koniec tęczy,
nawet grosz tam nie zadźwięczy!”

Młodszy wstał w niedzielę wcześnie;
skarbu szukał na wsi, w mieście,
w urnie zaś, gdy już ją znalazł
złota było co niemiara!

I Ty także nie bądź ciele,
i do urny idź w niedzielę!


Kategorie: Satyra

Statystyki, garść druga

październik 18, 2007 · 1 komentarz

 Witam ponownie!

Dość długo mnie nie było; przez ponad dwa tygodnie żyłem w Poznaniu o chlebie, wodzie i bez internetu. Los się jednak odmienił i podpięto mnie wreszcie do szarej sieci; w niedługim czasie spodziewam się wynalazku koła i bieżącej wody. Póki co jednak cieszę się tym, co mam: znów więc mały remanent tego, co należy wpisać, żeby tutaj trafić.

Zupełnie nie dziwi mnie “władza w krotoszynie”; to miłe, łechtające ego i całkiem na czasie - groźne za to wydają się być “krotoszyn morderstwa” i “nowe walki gangow w warszawie”. Pojawiły się niepokoje ortograficzne (”przyżeczenie” i “skura”) i te imiennej natury (”imię Ziuta czy istnieje czy to skrót”). Były ogłoszenia: “kupię psa andaluzyjskiego” (radzimy do Bunuela), “autobiografia (szablon)” (są takie?) oraz “rymy dla zerówki” (wypraszam sobie!). Wpisywano też zaskakujące wyznania: “kazała się rżnąć”, “pas w tyłek” i “noszę dredy i studiuję prawo”. Trzy razy dopytywano się o “złamany ząb znaczenie snów”. Moim ulubieńcem jest jednak “mój dyktafon i ja” - pozdrowienie, panie ministrze!:)

No, to do lektury!:)

Kategorie: Ogłoszenia bardzo drobne