
Studentom, na czas głodu :)
[Grześkowi Dzięgielewskiemu]
Gdzieś pod Rynem mieszka student Grzesiek,
który wie, że co żywe, to zje się.
A nawet rzecz martwą,
jak beret czy karton,
zje z keczupem prawdziwy koneser.
Kategorie: Satyra
MARIA ŁASKI PEŁNA (María, llena eres de Gacia, 2004, reż. Joshua Marston, 6060 sekund)
Maria Alvarez, siedemnastoletnia Kolumbijka, zachodzi w ciążę. To zła wiadomość, bo Maria nie ma pieniędzy na wychowanie dziecka; nie może też liczyć na swojego partnera. Decyduje się więc zostać mułem; połyka kapsułki z heroiną i szmugluje je do Stanów Zjednoczonych. Ryzykuje życiem, ale – jak wielu jej rodaków – jest gotowa podjąć to ryzyko. Ludzie biedni gotowi są na najbardziej desperackie kroki; tym, co kieruje Marią, jest jednak nie nędza, a miłość. Maria – tak, jak jej biblijna odpowiedniczka – jest gotowa dla swojego dziecka porzucić wszystko i wszystkich; jest matką, a miłość matki jest totalna i bezwarunkowa. To film wartościowy, bo mało który obraz pokazuje to tak dyskretnie i subtelnie: łatwiej uwierzyć, że takie bohaterki żyją i są obok nas. Pod koniec filmu uważny widz dostrzeże napis: “To, co ważne, znajduje się wewnątrz”. Tylko głupiec mógłby myśleć, że chodzi o heroinę.
Kategorie: Do zobaczenia
Ogłoszenie drobne: niedługo październik.

Kategorie: Obrażki
O SYMETRII MIĘDZYPLANETARNEJ (Julio Cortázar, 1943, tyt. oryg. Retorno de la noche, tłum. Marta Jordan)
Julio Cortázar znany jest przede wszystkim jako autor “Gry w klasy”, dzieła o nieszablonowej i wielopoziomowej budowie; argentyński pisarz zaczynał jednak od form krótkich – i te także są warte uwagi. Przykładem opowiadanie”O symetrii międzyplanetarnej”, otwierające zbiór “Prolegomena do astronomii”. Gościmy w nim na Faros, planecie zamieszkałej przez istoty podobne do pająków, lecz istoty gościnne i wykwintne w obyczajach. Naucza tam mistrz Illi i łatwo zauważyć, że podobny jest w swym nauczaniu do Jezusa Chrystusa; zakończenie pokaże, że i tu, daleko od Ziemi, najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Prawa wszechświata, zdaje się mówić Cortázar, są niezmienne: jednostki wybitne w starciu z tłumem są zawsze skazane na porażkę. Tłum bowiem nie potrafi zrozumieć tych, którzy wyprzedzają swoją epokę – a to, co niezromiałe, budzi strach i agresję. Nie jesteśmy więc gorsi od tych, którzy byli, którzy będą i którzy są obok; marne to jednak pocieszenie, bo to równość w małości.
Kategorie: Do przeczytania
TO WŁAŚNIE ANGLIA (This is England, 2006, reż. Shane Meadows, 6000 sekund)
Północna Anglia, rok 1983. Dwunastoletni Shaun – postać, której pierwowzorem miał być sam reżyser – nie ma łatwego dzieciństwa: po śmierci ojca w wojnie o Falklandy samotnie wychowuje go matka, w szkole zaś jest obiektem drwin i złośliwości. W obronę i pod opiekę bierze go grupka skinheadów; to przez nich Shaun pozna Combo, skinheada zarażonego nową chorobą – nacjonalizmem. Ciekawie jest obserwować łączące ich relacje: to związek ojca i syna, nauczyciela i ucznia, przede wszystkim jednak: dwojga nieszczęśliwych, różniących się wiekiem dzieci. Combo bowiem, choć dorosły, jest naiwny jak dziecko – i to tę naiwność wykorzystują angielscy nacjonaliści. To oni zrobią mu pranie mózgu i nabiją mu głowę ksenofobią i populistycznymi hasełkami; to oni będą go wykorzystywać i sterować nim jak pacynką. Choć Combo bije i poniża, to i on jest ofiarą, narzędziem w ręku politycznych szarlatanów. Jego tragedia to nie przypadek wyjątkowy, to nawet nie jest wyłącznie klęska przechwyconego przez nacjonalistów ruchu skinheadzkiego - ona się powtarza wszędzie tam, gdzie są ludzie sfrustrowani, biedni i pozbawieni szans na lepsze życie. Nędza to stan, w którym szuka się winnych; zawsze znajdzie się ktoś, kto wystawi wskazujący palec.
PS. Kamila: Dzięki za film i DKF po emisji :)
Kategorie: Do zobaczenia
Tekst do przeczytania TUTAJ
Nasycony tekstem poczułem się dopiero po jego drugim czytaniu. Dopiero wtedy trochę ochłonąłem, co nie oznacza, że mniej mi się podoba. To jest – albo jest niemal – taki przykład współczesnej literatury obozowej: jest człowiek zlagrowany, jest to opisywane przez Borowskiego zezwierzęcenie i jest język, język obozowy, to pójscie w baleron, to palulu, te wszystkie zwroty, które tak świetnie przekazują zamkniętość takich miejsc i takich społeczności. Dla mnie ten tekst, to jest – na mniejszą oczywiście skalę, z zachowaniem proporcji – takie współczesne świadectwo jakiejś niewyobrażalnej hekatomby i cierpienia, którego tylko wycinek autorka ten ukazuje – zupełnie jak w opowiadaniach Borowskiego. To opis czegoś, czym fascynacja wydaje mi się jakoś niezdrowa, ale co człowiek ma jednocześnie obowiązek poznać. I ma oczywiście rację autorka: świadomość, że inny los człowiekowi przypadł, powinna mu dać motywację do działania: bo skoro oszczędzono mu losu straconych (jak tej pani po pięćdziesiące, jak Parówy), to ma jakiś moralny obowiązek działania, jakiś dług do spłacenia wobec nich. To wszystko, sobie myślę, jest w tym tekście. Dla mnie to jest rzecz, którą Action Mag – mój macierzysty magazyn internetowy – ma prawo się chwalić; to jest właśnie to, co mamy w AM najlepsze.
Kategorie: Do przeczytania
![]()
W numerze 38 – numer 37 opuściłem porzuciwszy na tydzień polskie ziemie – na przeczytanie zasługuje artykuł Mirosława Szredera “Buldożery opinii”. To rzecz o sondażach opinii społecznej, podstawowym, choć niedocenianym ostatnio mechanizmie demokracji. Przy niskiej frekwencji wyborczej, to właśnie “dobrze zaprojektowane badanie sondażowe, (…) wyraża opinie reprezentatywnej części społeczeństwa.” Sondaż pozwala też wyborcom – to myśl George’a Gallupa – “na bieżąco przekazywać sprawującym władzę ocenę prowadzącej polityki.” To także mechanizm obronny demokracji: sondaż utrudnia życie dyktatorom, bo niełatwo – mając niskie poparcie w badaniach – w sposób przekonujący sfałszować wybory. Jest jednak i podstawowa wada: gdy polityk patrzy na sondaże i stara się rządzić według nich, to zauważone zostają tylko postulaty większości: dużo tu więc miejsca na populizm, mało na niepopularne – choć czasem jakże wartościowe! – decyzje. Dlatego też sondaże – jak pisał w 1999 roku Allan Rivlin – to “buldożery na archeologicznych wysypiskach: zasypują bogatą, czasem subtelną różnorodność opinii.” Pozostaje tylko to, co ma poparcie wśród mas, a ważne inicjatywy mniejszości nie mogą być nigdy spełnione.
Ciekawy jest także artykuł “Świat jest iluzją!” Michała Witkowskiego, autora kontrowersyjnego “Lubiewa”, poświęcony postaci Pana Samochodzika. Autor w finale podkreśla, że mimo socjalistycznych naleciałości, książki Nienackiego nadal zachowują świeżość: “wszystko, co można im zarzucić, należy do sfery logiki i ideologii, gdy uwodziciel apeluje do emocji.” Choć teza to prawdziwa, to mnie osobiście najbardziej zainteresowała wiwisekcja światopoglądu przebijającego się z tych książek. Michał Witkowski pisze: “Nie był to obraz społeczeństwa idealnego, niektóre drobne rysy zachowane zostały niejako dla ozdoby. Są chuligani, ale od razu wiadomo, że trzeba z nimi porozmawiać i że to tak naprawdę nie są źli ludzie. Są “braki w zaopatrzeniu”, ale takie niegroźne, ornamentacyjne. Jest kilku prywaciarzy (…) – w porównaniu z zagranicznymi “Niewidzialnymi” – są prawie że sympatyczni.” I dalej, o Tomaszu, socjalistycznym bohaterze: “Biegle zna około dziesięć języków, świetnie pływa (także swoją autoamfibią), jest szarmancki wobec kobiet i nigdy nie postępuje nie fair. (…) Z drugiej strony wszystkie jego cechy charakteru i umiejętności ukryte są zupełnie tak samo, jak w przypadku jego brzydkiego samochodu”. I tu właśnie pojawia się zestawienie Wschodu z Zachodem: “U nas z pozoru szaro, brzydko i byle jak, ale jak przyjdzie co do czego, to pod radziecką maską zagrają silniki silniejsze od waszych, a chuderlawy pan Tomasz powali chwytem judo nawet samego 007. Nie wierzcie pozorom. Świat pozorów zostawcie Zachodowi“. To ciekawa charakterystyka, bo mówi rzeczy nowe o – zdawałoby się przeczytanych już – książkach.
W sekcji kulturalnej artykuł Anny R. Burzyńskiej o nowym spektaklu Michała Zadary, Anna Piotrowska o filmie “Święta rodzina” Sebastiana Camposa i trzy wiersze Bogusława Kierca. Najciekawszy jest chyba pierwszy z nich, “Wniebowstąpienie”; urzeka potoczysta składnia i nienachalność rymów. Bogusław Kierc wydał niedawno zbiór poezji “Plankton”, do druku przeznaczona jest też jego książka o Rafale Wojaczku.
Tematem numeru jest jednak rzecz jasna zbrodnia katyńska. W specjalnym dodatku obszerny wywiad Joanny Olczak-Ronikier i Tomasz Fiałkowskiego z Andrzejem Wajdą. Reżyser mówi w nim między innymi: “Musiałem wybierać: albo robię film o tych, którzy zginęli, i o tych, którzy zostali, o zbrodni i kłamstwie, o moim ojcu i mojej matce – albo opowiadam o sobie. (…) By jednak opowiedzieć o sobie, musiałbym być pisarzem przynajmniej tak zdolnym, jak jestem reżyserem, i napisać autobiograficzną powieść psychologiczną, którą mógłbym przenieść na ekran. Powieść o tym, dlaczego nie domagałem się sprawiedliwości i prawdy o moim ojcu, dlaczego te lata były latami moich sukcesów, dlaczego robiłem filmy zamiast siedzieć w więzieniu jak ci, którzy protestowali. (…) W życiu wybrałem tę drogę, którą wybrałem, i będę odpowiadał za to, co zrobiłem – ale już nie tutaj…”Interesujący są też artykuły: Jolanty Adamskiej o kulisach odkrycia zbrodni katyńskiej (“Leżą tam wszyscy jeńcy”), Jacka Zygmunta Sawickiego o próbie zachowania w pamięci Polaków prawdziwej wersji wydarzeń w Katyniu (“Zanim powstała Dolinka Katyńska”) i artykuł “Posadzili na nich sosny” Kingi Hałacińskiej. Artykuł ten, traktujący o Katyniu wtedy i dziś, kończy się smutną refleksją: na rosyjskiej części cmentarza – gdzie NKWD pochowało kilka tysięcy Rosjan – do dziś brak jest tabliczki z jakimkolwiek nazwiskiem. To zrozumiała, choć wyjątkowo smutna ucieczka od własnej historii; a przecież potężne państwo to nie takie, którego obywatele żyją w strachu przed władzą, ale takie, które sprawia, że obywatele ci mogą spać spokojnie.
Kategorie: Proza i publicystyka
Jest w człowieku coś takiego wczesnego, odwiecznego, taki mały opowiadacz. Taki pradawny bajarz, łazęga, wędrowny śpiewak. On się czasem włącza w człowieku, włącza się we mnie, on czasem ma ochotę opowiedzieć coś bez jakichś głębszych pobudek, tak sobie, dla samego opowiadania. Ten plotkarz, powiadam, jest najbardziej ludzką częścią człowieka: to takie nasze mówić o czymś, co się przeżyło. Zwłaszcza wtedy, gdy się przeżyło o włos.
Nim ja jednak prawie umrę – a prawie umrę niechybnie i dosłownie o cale – czeka mnie jeszcze wiele wrażeń. Nie będzie jednak żadnych znaków i zwiastunów; co najwyżej drobne pulsowanie światła. Wstanę z popołudniowego spania trochę bardziej zmęczony niż zwykle i trochę gorszy będę miał humor. Internet, ta nasza współczesna wróżba, chodzić będzie nad wyraz przeciętnie; drgać będą wskaźniki giełdowe, drgać będą trochę nerwowo, ale przecież będą rosnąć koniec końców, więc wieczorem znów wszyscy będą spokojni. I właśnie wtedy, właśnie potem, a Przedtem wobec Końca, zacznie się impreza; na niej okaże się, że na pusty żołądek cztery kielonki, piwo i fajki to jednak dość sporo; nie dość, bym miał przegrać z Pawłem w bilarda, dość jednak na rozmowy podejrzanie szczere i nieskładne. A potem, jeszcze później, będzie nasz nocny autobus, będzie bitwa na śnieżki i jakieś dziwne, nieprzyjemne uczucie, że coś mi się przewraca w żołądku. I będzie odprowadzanie Ziuty, żegnanie się z Ziutą i Ziuty ściskanie, i chwytanie za rączki, i uśmiechy, i machanie rękami, i dwa kroki do tyłu – i nagle dość ciepło, nieprzyjemnie i ciemno.
Kiedy byłem jeszcze bardzo mały,
wyobrażałem sobie jak to ciekawie musi być gdy się mdleje. Zemdleć, myślałem sobie, to jest jak spojrzeć przez dziurkę od klucza do krain odmiennych w kształcie i barwie, to jest zobaczyć życie od zewnątrz, to są, myślałem dalej, takie małe drzwiczki do Narni. Mdlenie, mówiłem po cichu, to jest przeżywanie przygody, takiej przygody tajemnej, po której wracasz do ciała i uśmiechasz się do lustra. Dlatego zawsze, powiadam, żałowałem, że nie dane mi było omdleć bezwiednie i brawurowo ocalać światów; pewien byłem, że jeśli choć raz mi się uda, to sprawę nadrobię. I kto wie: może właśnie teraz, chwilę po braterskim ściśnięciu Ziuty, jakiś glob ocaliłem; niestety, byłem spity i nie pamiętam ni trochę.
Tunelu więc, powiadam, żadnego nie było. Nikt nie kazał mi wracać: sam sobie wróciłem. Trochę, przyznaję, pomogła mi Ziuta: wpakowała mi w pysk pół tabliczki czekolady i kazała wcinać, a ja, co wiem z opowiadań, wcinałem, statecznie i przeciągle. Byłem też – wiem wciąż z opowiadań – zupełnie niemrawy: nie kojarzyłem jaki jest dzień ani co będzie jutro. A jako że uderzyłem się w głowę i to uderzyłem się, mówiono mi, dość prężnie, jako że spojrzenie miałem durne, mówiono, ponad naturę i że nie do końca wiedziałem co mi się dzieje, wezwała Ziuta pogotowie. Nim to przyjechało, nadal sondowali mi pamięć: nie radziłem sobie specjalnie z określeniem miesiąca, zdążyłem jednak wypomnieć Pawłowi, żem z nim wygrał w bilard. To mi, podobno, dodało animuszu i gdy Pani Ratownik zapytała mnie kontrolnie co studiuję, powiedziałem jej szczerze, powiedziałem jej radośnie że prawo, że mam czwórki na semestr i że tu gdzieś, tu właśnie mogę pochwalić się indeksem. Nie zrobiłem jednak wrażenia i wsadzili mnie do eRki, wsadzili mnie do niej bełkotliwego i z powiększoną prawą źrenicą, z podejrzeniem ucisku na półkulę i na sygnale. Tam, zdaje się, nawet komuś udzielałem porad, kogoś po ramieniu klepałem i życzyłem zdrowia; jeśli teraz to czytasz, mój dobry sanitariuszu, to mam nadzieję, że rad nie posłuchałeś.
Gdy wylądujesz o drugiej nad ranem na oddziale ratowniczym, to jesteś zazwyczaj jedynym pacjentem. Skutek jest taki, powiadam, że każdego lekarza budzą specjalnie dla ciebie; nie jesteś więc specjalnie tam popularny. Każdemu jednak, kto pół roku czeka na badania, polecam się spić i zemdleć: badają cię w dwie godziny. W dwie godziny załatwiają ci neurologa, okulistę, krew, roentgena i EKG na okazję zawału. W ciągu godzin dwóch zdiagnozowany jesteś lepiej niż peugeot w salonie, wykluczone masz wszystkie powikłania, lekarze zaś żartują sobie, że na medycynie tak się nie piło. I mimo, że bardzo, bardzo chcesz ich czymś jeszcze zaskoczyć, udowodnić, że naprawdę coś ci dolega – wypadałoby o tej porze! – to po raz kolejny okazuje się, że czasem człowiek jest bezsilny. Podają ci glukozę na przepicie, a ty siedzisz strapiony i zawstydzony, i głupio ci, że oni tacy lekarze, tacy ratownicy, tacy niewyspani, a ty masz syndrom studenta po sesji. Po czem przypominasz sobie, że masz przecież jedną źrenicę genetycznie większą od drugiej – i od tego momentu naprawdę chcesz do domu.
Tak było i ze mną: o czwartej był po mnie wyraźnie niewyspany Paweł w wyraźnie niewyspanej taksówce. I tak sobie jechaliśmy, przez to uśpione miasto, przez ten poranny Poznań, Paweł z nosem przy szybie, ja z wypisem “stan po spożyciu” pod ręką, tak sobie jechaliśmy, powiadam, przez świtającą Głogowską i nagle uświadomiłem sobie, że to właśnie tej nocy, kiedy piłem i paliłem, spadł śnieg. I że to właśnie w ten śnieg uderzyłem głową, i że to on mnie osłonił. Po czym pomyślałem sobie, że ktoś chyba musiał czuwać nade mną tej nocy i podsunąć mi śnieg w tym moim pijackim widzie, że ktoś musiał spojrzeć i orzec, że jeszcze nie teraz, że jednak później, gdy będę późniejszy, dojrzalszy, za lat kilka, kilkadziesiąt, od noża lub tętniaka. A potem wreszcie, na sam koniec, przypomniałem sobie, że przed samym zemdleniem poczułem skręt jelit i pomyślałem, ze to nie może być, żeby Bóg działał przez jelita – dlatego odwróciłem się do Pawła i powiedziałem, że jednak nie. Ale Paweł spał już i spało całe miasto, wszyscy posnęli – więc posnąłem i ja.
Kategorie: Proza i publicystyka
Będą wybory. Nadchodząca kampania ma już swego patrona.

Kategorie: Obrażki
JAK TO SIĘ ROBI (2006, reż. Marcel Łoziński, 5400 sekund)
Film dokumentalny o głośnym eksperymencie Piotra Tymochowicza: jak z nikogo zrobić polityka. Po dwóch latach castingów i spotkań, Tymochowicz przygotowuje grupę młodych ludzi do politycznego fachu. Nie uczy ich jednak podstaw etyki i nie szlifuje z nimi programu; społeczeństwo – twierdzi spec od marketingu – składa się w przeważającej mierze z kretynów, których trzeba cynicznie wykorzystać. Odrzucić moralność i zrobić z siebie produkt – ta za wiele dla większości uczestników. Przy Tymochowiczu zostaje tylko, wyzuty z wszelkich poglądów, Dariusz Konopko; jest bezbarwny, przezroczysty, ale i zmotywowany żądzą władzy. Nie jest on jednak beneficjentem socjotechnicznych zabiegów; przeciwnie, to jedynie ofiara, znęcona wizją czekających ją zaszczytów. Jest narzędziem, przykładem grozy, prezentacją, za pomocą której Tymochowicz pokazuje społeczeństwu: tak właśnie się na was żeruje. Prawdziwym bohaterem filmu jest tu socjotechnika: człowiek to produkt, który ma trafić w rynkową lukę. I nie jest pocieszeniem fakt, że Dariusz Konopko w parlamencie nie zasiadł; oglądając ten film trzeba przecież mieć na uwadze, że eksperyment już raz się powiódł. Tymochowicz wykreował przecież nowy wizerunek Andrzeja Leppera; i on, i Dariusz Konopko to dwa produkty tej samej fabryki. Tak jak tresowano Konopkę, tresował się i Lepper – a i pewnie wielu innych polityków. To drastycznie podważa zaufanie do władzy i karze wątpić w jej słowa: ciężko wszak rozgraniczyć poglądy od socjotechniki. W normalnym widzu rodzi się zaś pytanie: jaką świnią trzeba być, by być politykiem? To pewnie krzywdzące uogólnienie – szczerze wierzę, że są ludzie (tacy jak Geremek czy Bartoszewski), którzy są politykami z powołania i są na tyle szlachetni, by mówić rzeczy niepopularne, ale i szczere. Nadal jednak, mimo tej świadomości, niesmak spowodowany filmem pozostanie i długo pewnie jeszcze, zamiast pytać “Jak to się robi?”, będę się zastanawiał jak tak, właściwie, robić można?
Kategorie: Do zobaczenia
Kiedy Giertych był w Radzie Ministrów,
wytłumaczył tak jeden z pomysłów:
“Gdy się młodzież – rzekł – wbije w mundurek,
to maniery jej wejdą w naturę.”
Wśród młodzieży tych grzecznych jest więcej,
więc myśli inna mi chodzi po głowie:
niech ta młodzież już nosi, co zechce,
a mundurki – niech włożą posłowie!
Kategorie: Satyra
KTO ZABIŁ PALOMINA MOLERO? (Mario Vargas Llosa, 1986, tyt. oryg. Quién mató a Palomiro Molero?, tłum. Enrique Porcel Ortega)
Spektakularne morderstwo i niezbyt spektakularna lektura – tak w skrócie przedstawić można książkę Vargasa Llosy. Dwóch policjantów prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa Palomina Molero, młodego żołnierza pracującego w pobliskiej bazie lotniczej. Nie jest to jednak zadanie łatwe: Silva i Lituma mają przeciw sobie aparat państwowy, zainteresowany jak najszybszym wyciszeniem sprawy. Namacalnie doświadczają tego, co społeczeństwo wie od dawna: władzy się nie ufa. Ten brak zaufania do elit jest prawdziwie polski i nasz; i u nas zakłamanie sięgnęło tak daleko, że – jak pisał Raczkowski – nawet “białe jest czarne od brudu”. Jest też w tej książce miłość: ta czysta, skłaniająca do poświęceń i ta brudna, pełna grzechu i zwierzęcego pożądania. Gdzieś w tle pojawia się problem rasizmu; żywa jest też refleksja, że samo ujawnienie prawdy nie jest równoznaczne z triumfem sprawiedliwości – także dlatego, że mało kto w tę prawdę wierzy. Nie można jednak zapominać, że tym, za co rozlicza autora czytelnik, jest w tym przypadku przede wszystkim warstwa kryminału. Ta nie prezentuje się dobrze, bo nazbyt łatwo i przewidywalnie zdążamy do rozwiązania – książka w swej zasadniczej sferze, w sferze historii, którą opowiada – rozczarowuje. Szkoda, że Vargas Llosa nie wybrał innej formy, by opowiedzieć o poruszanych problemach: zagadka, którą nam zadaje, jest zbyt mało tajemnicza, by naprawdę wciągnąć. Odbiorca raczej czyta o śledztwie niżby je miał prowadzić, a przecież kryminał – poza, nazwijmy to, walorami tła – to przede wszystkim prywatne śledztwo w ulubionym fotelu.
Kategorie: Do przeczytania
CO GRYZIE GILBERTA GRAPE’A (What’s Eating Gilbert Grape, 1993, reż. Lasse Hallström, 7080 sekund)
Dorastanie to rzecz trudna z definicji; bywa jednak, że okoliczności jeszcze bardziej komplikują sprawe. Gilbert Grape – w tej roli Johny Depp – staje się po samobójstwie ojca głową rodziny; niełatwe to zadanie, bo opiekować musi się nie tylko rodzeństwem, ale i załamaną, nieustannie objadającą się matką. Szczególnej opieki wymaga jednak nie ona, a Arnie, młodszy brat Gilberta; grany przez Leonado di Caprio chłopiec od urodzenia jest chory psychicznie. Ta postać dominuje w obrazie, przykuwa uwagę i jest w tym jakiś zrozumiałe gapiostwo. Zrozumiałe, bo osoby chore – jeśli rzadko z nimi przebywamy – ściągają nasz wzrok; to jednak wciąż rzecz wstydliwa, bo to dowód jak bardzo nienawykliśmy do ich towarzystwa. Trzeba się jednak z nim szybko oswoić; to humanitarne, a i dopiero wówczas zauważymy problemy Gilberta. Chory brat, smutne i martwe miasteczko, matka, którą kocha, ale i której się wstydzi – to wszystko sprawia, że dorastanie Gilberta przypomina szukanie prześwitu w ślepej uliczce. Jak wyrwać się na świat, ale i być dla tych, którzy tego potrzebują; czy cudze szczęście można przedłożyć nad to własne. To wszystko dylematy, przed którymi staje Gilbert, to wybór, którego musi dokonać. Warto ten film obejrzeć – może jednak da się zjeść ciastko i mieć ciastko?
Kategorie: Do zobaczenia
Rozkład miejsc w Sejmie wedle najnowszych sondaży. Część LiS poza parlamentem.

Kategorie: Obrażki
O co proszę dziś dla posłów,
gdy się modlę ranem?
Skoro czasy tak brzemienne
- to o rozwiązanie.
O co zaś modlitwy wznoszę
codziennie z wieczora?
By tych dzieci nie wypuszczać
spod inkubatora!
Kategorie: Satyra
Prasa katolicka nie ma ostatnio dobrej prasy. Media te, zwłaszcza wśród ludzi młodych, kojarzą się bowiem nieuchronnie z betonem spod znaku Radia Maryja. Ten beton to jednak, warto pamiętać, tylko jeden z wielu kierunków myśli katolickiej: ani to kierunek dominujący, ani też najbardziej chlubny. Jest to jednak prąd najbardziej eksponowany: stąd też warto, jak myślę, udowodnić, że słowo “katolicki” w tytule, nie oznacza “zacofany” ani też “naiwny”. Jest bowiem na rynku gazeta, która – pozostając wierna Kościołowi i chrześcijańskiej etyce – jest, przynajmniej dla mnie, interesującą lekturą. Mowa o “Tygodniku Powszechnym” prowadzonym przez księdza Adama Bonieckiego; mam nadzieję, że cotygodniowy skrót tego, o czym pisze się w “Tygodniku”, zachęci kogoś do sięgnięcia po tę gazetę. Ja na ten przykład czytam głównie “Politykę” – warto jednak wzbogacić swój ogląd o inne punkty widzenia : )
![]()
W tym tygodniu na pierwszej stronie ciekawy wywiad Piotra Muchalskiego z profesorem Andrzejem Zollem, byłym Rzecznikiem Praw Obywatelskich i Prezesem Trybunału Konstytucyjnego. Choć zaostrzenie kar dla przestępców to argument chwytliwy, warto zwrócić uwagę jak takie pomysły kontruje profesor prawa karnego: “W Polsce siedzi w więzieniach 91 tysięcy ludzi, zaś miejsc po przebudowie kaplic, korytarzy i bibliotek na cele jest ok. 72 tysięcy. (…) W dodatku słyszymy, że ok. 50 tysięcy wyroków pozbawienia wolności jest niewykonywanych. Gdybyśmy chcieli (…) osadzić tych ludzi to nie mamy gdzie. A co będzie, gdy zaostrzymy kodeks karny?”. “Pozbawienie wolności – mówi Zoll - desocjalizuje człowieka, a nie resocjalizuje.” I dalej, o tym jak obecna władza pojmuje karanie: “To jest tzw. retrybutywizm, według którego kara jest odpłatą. (…) Nie szuka się uzasadnienia dla kary, czy osiągnięcia jakiegoś celu poprzez karanie… Kara ma przede wszystkim zaspokoić poczucie sprawiedliwości i to jest jedyne uzasadnienie dla karania. (…) Jednak w Europie, poza Skandynawią, jest to właściwie kierunek jednoznacznie zarzucony.” I wreszcie dygresja o sądownictwie, coś co trzeba by rozgłaszać megafonami: sędzia, jak zauważa Zoll, “jest sługą prawa, a nie państwa. Widać to było dobrze ostatnio w związku z odzyskiwaniem ziemi na Mazurach. Sędziowie przyznawali prawo do nieruchomości osobom, które według obowiązującego polskiego prawa nigdy nie straciły polskiego obywatelstwa (…). Dzisiejsza władza zarzuca tym sędziom działanie na szkodę państwa, ponieważ są wierni literze prawa! Byłoby bardzo niedobrze, gdyby sędzia był depozytariuszem interesu państwa, a nie strażnikiem litery prawa. On przecież ma również rozstrzygać spory między państwem i obywatelem.”
Tym, co przykuło uwagę innych mediów, jest publikacja listu kardynała Stanisława Dziwisza do biskupów polskich w sprawia Radia Maryja. Dziwisz pisze tam, że niezbędne jest ustanowienie nowego zarządu Radia Maryja; ostrzega też, że biskupi są “na progu niebezpieczeństwa kryzysu – ktoś inny decyduje o kierunku duszpasterstwa w Polsce.” Stwierdza wreszcie, że “ani Radio Maryja, ani Telewizja Trwam, ani ich dyrektor nie mogą przejąć odpowiedzialności za Kościół w Polsce…”; to wreszcie głos stanowczy, choć nieco smutne, że tajny i wygłaszany pokątnie. To, że redakcja “Powszechnego” decyduje się na jego ujawnienie dowodzi chyba desperacji otwartej na świat części duszpasterstwa. To nie szukanie sensacji, a raczej próba obudzenia Episkopatu: tak dłużej się po prostu nie da.
Z tematów okołoreligijnych zwraca też na siebie artykuł “Święta od ciemności” Weroniki Mliczewskiej, poświęcony Matce Teresie z Kalkuty. I ateistów musi zainteresować fakt, że jedna z nielicznych współczesnych nam świętych, całe życie borykała się z wątpliwościami: w 1979 roku w liście do arcybiskupa Ferdynanda Périera, Matka Teresa pisała: “Panie mój, Boże, kim jestem, żeś mnie opuścił? (…) Wołam, trwam przy Tobie, pragnę, a tu nie ma Nikogo w odpowiedzi. (…) Gdzie jest moja wiara? Nawet głęboko we mnie nie ma nic prócz pustki i ciemności. Mój Boże, jak bardzo bolesny jest ten nieznany ból: nie mam wiary.” Do końca życia trwała w tej niewierze, umiała ją jednak sobie wytłumaczyć: “Po raz pierwszy od lat – pisała – zaczęłam kochać tę ciemność. Teraz wierzę, że jest to część (…) ciemności i bólu Jezusa na ziemi.” W trwaniu mimo braku wiary widziała największy jej akt; stąd też jak sama pisała “Jeżeli kiedykolwiek zostanę świętą, to będzie to święta od ciemności.”
Wstrząsający jest artykuł “Gdy zjedzą już trawę”, traktujący o sytuacji w Korei Północnej. Z komunistycznego raju uciekają przed głodem tysiące jego obywateli – dlatego władze w Phenianie budują mur, mający zapobiec temu eksodusowi. Co jednak najbardziej przeraża, to fakt, że uciekinierzy – jeśli zostaną złapani – trafiają do obozów żywcem przypominających stalinowskie łagry. Bartłomiej Dzięciołowski pisze: “Świadectwa o przypadkach kanibalizmu, torturach, egzekucjach, przymusowych aborcjach i przestępstwach seksualnych przypominają historie z Auschwitz. Na więźniach prowadzone są testy z bronią chemiczną i biologiczną…”. Smutnym jest, że tej gehennie spokojnie przygląda się zachodni świat: Korea nie ma ropy, któą warto by zagospodarować.
W numerze warto też zwrócić uwagę na zabawny felieton Jana Klaty i wywiad z Wilhelmem Sasnalem; są też dwa przeciętne wiersze Szymborskiej i dodatek o Wratislavia Cantans. Przed wyborami przyda się jednak lektura “Architektów niewidzialnych pajęczyn” Radosława Korzyckiego, artykułu opowiadającego o historii współczesnej propagandy politycznej. Cherry picking, non-denial denial i push polls – to wszystko nazwy technik, które i u nas powoli zadomawiają się na dobre. Warto się z nimi zaznajomić, nim ktoś znów nas postraszy dziadkiem z Wehrmachtu.
Kategorie: Proza i publicystyka
MIASTO I PSY (Mario Vargas Llosa, 1962, tyt. oryg. La ciudad y los perros, tłum. Kazimierz Piekarec)
Książka o smutnym triumfie testosteronu. W szkole wojskowej imienia Leoncia Prado – najbardziej prestiżowej kuźni prawdziwych mężczyzn w Peru – tylko z pozoru panuje porządek i dyscyplina. Szkoła ta, to już nawet nie więzienie, choć wychowankom doskwiera brak swobody; to raczej pole wojny o przetrwanie, miejsce ewolucyjnego boju. Rzeczywistą regułą jest tu triumf silniejszego nad słabszym; w tym zunifikowanym świecie jedyny realny podział to podział na oprawców i ofiary. Świadectwem takich stosunków są cztery przeplatające się wzajemnie opowieści kadetów; trzy z nich (Poety, Boi i Jaguara) są w gruncie rzeczy podobne do siebie, czwarta jednak jest już znacząco odmienna. To – urwana nie bez przyczyny – historia Ricardo Arany, niedostosowanego nadwrażliwca, który jest popychadłem nie tylko tu, w Leoncia Prado, ale i wszędzie indziej. Linia podziału na poniżanych i poniżających biegnie bowiem nie tylko przez Szkołę Kadetów, ale i przez Peru, a może i przez całą Amerykę Łacińską. Po jednej stronie są ofiary: bezbronne zwierzęta, zdradzane i upokarzane kobiety, traktowane przedmiotowo dzieci i osoby słabe, takie jak Arana. Po drugiej stronie triumfuje zaś męska siła i witalność, która ma jednak i ciemną stronę: towarzyszy jej brutalność, bezwzględność i – podświadoma czasem – pogarda dla wszystkiego, co wątłe. Uwodzić, walczyć i zwyciężać: to przepustka do sukcesu, cel – a i nie do końca uświadomiony, bo i niemoralny ideał. Tacy bowiem, silni i bezwzględni, południowoamerykańscy machos, otaczani są kultem: jednocześnie jednak jest to cześć nieetyczna, bo oparta na zwierzęcych przesłankach. Ten kult – nęcący, bo pierwotny i bliski naszej naturze – należy jednak odrzucić. Człowieczeństwo zobowiązuje; jak pisał Josif Brodski: “Wśród wyznawców każdej wiary/ są mordercy i ofiary -/ twe milczenie wskaże teraz/ kogo wspierasz.”
Kategorie: Do przeczytania
Z rodu Piasta lord z miasta Poznania,
się po lodzie na łyżwach uganiał.
Tam też panny rwał cięgiem;
wpadł, niestety, w przerębel,
odwołuje więc wszystkie spotkania.
Kategorie: Satyra