Michał Krotoszyński - strona autorska

Entries from sierpień 2007

Obrażki (6)

sierpień 31, 2007 · Liczba komentarzy: 2

Z cyklu: jak żyć bezpiecznie.

Kategorie: Obrażki

Szkoła słów

sierpień 31, 2007 · Liczba komentarzy: 2

Myślę, że wigilia 1 września, to dobra data, by to opublikować.
Napisane, gdy ministrem został Roman Giertych.

Pierwsze czuć już w naszej szkole
Odnowy znamiona,
odkąd naszym dyrektorem
jest profesór Roman.

Tak uczniowie, jak i grono
dorośli do czasów:
nową Polskę wprowadzono
u nas bez hałasu.

Pan Geograf, człek poczciwy,
zna matur realia,
z własnej więc inicjatywy
streszcza sanktuaria.

Pani Biolog chce w nas budzić
tylko myśli czyste,
wszystkie brzydsze partie ludzi
zasłania więc listkiem.

Na historii polskiej ziemi,
szczęśliwi do bólu,
Kazimierza Wielkim zwiemy
(mówimy o królu).

Zaś niemiecki zadość czyni
ojcom-patriotom:
wiemy, jak nie sprzedać ziemi
i szarżować “Rotą”.

Tylko my, klasowi zbóje,
jak za czasów starych,
w równym stopniu pielgrzymujem
sobie na wagary.

Rozumiemy z lekcji wszystko,
więc cieszy nas pewność,
że jak szybko Nowe przyszło,
tak je diabli wezmą.

Miło wiedzieć, że pewne przeczucia nas nie mylą :)

Kategorie: Satyra

Nietakt

sierpień 29, 2007 · 1 komentarz

W takich właśnie momentach (jestem nad jeziorem,
cienie są równomiernie, wiatr prosto z zachodu),
mógłbym - myślę - uwierzyć w ułożenie światów,
w ich dobre wychowanie i poczucie smaku.

Dobroć takich wieczorów, opiekuńczość wrażeń,
delikatność doświadczeń - to wszystko mnie myli
i ufam: w plan w stworzeniu i w znaczenie chwili.

I mam jeszcze ten moment słodkiej niewinności,
dziecięcego przejęcia; wkrótce sarnie ścierwo,
gnijące pod modrzewiem, chwilę tę naświetli
nie pasującym nigdzie błyskiem asymetrii.


Kategorie: Wiersze

Z zerówki

sierpień 29, 2007 · Liczba komentarzy: 3

Uczył tak mnie profesór z algebry
(wstecz to było z dekadę już dobrą):
“Choćbyś nie wiem co w życiu wyliczał,
nigdy nie dziel niczego przez Ziobro”.


Kategorie: Satyra

Rejs

sierpień 29, 2007 · Liczba komentarzy: 2

Witam po przerwie :)

REJS (1970, reż. Marek Piwowski, 3900 sekund)

Film-legenda, kamień milowy, polski archetyp filmowej groteski. Socjalistyczny statek wycieczkowy umożliwia wypoczynek budowniczym systemu, budowniczowie ścierają się w jałowych dyskusjach, pasażer na gapę zostaje zaś zatrudniony jako KaOwiec i zajmuje się “rozrywką, kulturą, sztuką”. Mały stateczek staje się wielką alegorią Tamtej Polski: pełnej absurdalnych spotkań, męczących wieczorków, trzepniętych poetów, krytyków-ignorantów, kolesiostwa i niekończących się planów w imię Jedynie Słusznej Drogi; metaforą kraju, w którym - to chyba najbardziej znacząca scena filmu - tonie nawet koło ratunkowe. Ale jednocześnie, mimo tego poważnego podszycia (a może dlatego, że to już tylko retrospekcja), jest to film, o którym myśli się z uśmiechem. Raz z racji niesamowitych okoliczności, w jakich był kręcony (aktorzy wzięci z ulicy, scenki grane na żywioł), a dwa z racji wybornego rezultatu tego eksperymentu. To przecież nie tylko zwierciadło polskiej rzeczywistości, a - głównie dlatego i przede wszystkim - fantastyczna komedia. Tak jak metr jest miarą długości, tak i “Rejs” jest - przynajmniej dla mnie - pewnym miernikiem w historii polskiej kinematografii, rodzajem siatki kartograficznej nanoszącej punkty odniesienia. Później był Bareja, kilery, kojoty, ale i tak - przez długi jeszcze czas - będzie się o nich mówiło: “Prawie jak w Rejsie”.

Kategorie: Do zobaczenia

Pies andaluzyjski

sierpień 18, 2007 · Liczba komentarzy: 2

PIES ANDALUZYJSKI (Un Chien Andalou, 1929, reż. Luis Bunuel, 1020 sekund)

Jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało, jest to wiele mówiący film o niczym. Zrodzony na kanwie snów Bunuela i Salvadora Daliego, obraz jest właściwie zapisem tych onirycznych wrażeń, wielkim początkiem kina surrealistycznego. Choć wiele osób doszukuje się w nim Wielkiej Analogii, “Pies andaluzyjski” jest raczej manifestem filmowej awangardy, udaną próbą zaszokowania i zbulwersowania widza. Jeśli szukać znaczeń, to raczej w pojedynczych jego scenach, na tej samej zresztą zasadzie, według której próbujemy odczytać własne sny: trud to niepewny i chyba pozbawiony większego sensu. Całość to pozbawiony fabuły zlepek pojedynczych scen, mimo wspólnych bohaterów niezwiązanych ze sobą czasem ni przestrzenią. Lepiej więc, miast doszukiwać się nieistniejących aluzji, rzeczywiście spojrzeć na “Psa…” jak na pewną instalację artystyczną: pobudzającą wyobraźnię, otwierającą nowe drzwi w sztuce i próbującą zatrzasnąć stare. W obrazie Bunuela, tak jak w obrazach Pollocka ważniejszy jest bowiem raczej sposób tworzenia niż wynik dzieła; i tak jednak, jak na film bez fabuły, mówi on nie porównanie więcej niż wiele tych, które od fabuły kipią. I może właśnie tu tkwi fenomen surrealizmu i podświadomości?


Kategorie: Do zobaczenia

Postanowienie noworoczne

sierpień 15, 2007 · Liczba komentarzy: 4

Kiedy stary rok się kończył
pojawił się projekt,
żeby wraz ze zmianą daty
zmienić życie moje.

Na początek sprawy drobne:
spożywać mniej tłuszczów,
wolniej jeździć szybszym autem,
nie spać w rzeczach w łóżku.

Potem coś dla innych istot:
iść na wolontariat,
dać ubogim, karmić ptaki
i czyścić fokaria.

No i jeszcze, by żyć lepiej:
nie rwać każdej lali,
więcej modlić się, mniej grzeszyć,
nie pić i nie palić.

Tak to sobie wymyśliłem:
z czystym sercem teraz
mogę wszystkim wam oznajmić:
Plan cholera wzięła.

Mógłbym teraz łzy wylewać,
lecz spointuję mądrzej:
Plan mój w styczniu już szlag trafił,
NO I BARDZO DOBRZE!


Kategorie: Satyra

Niewidoczni

sierpień 15, 2007 · Brak komentarzy

NIEWIDOCZNI (Dirty Pretty Things, 2002, reż. Stephen Frears, 5880 sekund)

W dobie gremialnego eksodusu Polaków na Wyspy Brytyjskie historia londyńskich imigrantów, Nigeryjczyka (Chiwetel Ejiofor) i Turczynki (znana z “Amelii” Audrey Tautou) musi, po prostu musi zyskiwać na aktualności. Wspomniana para, pokojówka i dorabiający jako taksówkarz nocny portier, znajduje się jednak po ciemniejszej stronie księżyca: obydwoje pracują i żyją nielegalnie. I choć cała historia zakropiona jest też wątkiem miłosnym, to całość jest właśnie zapisem tej zakazanej egzystencji. Nielegalni toczą tu nierówną walkę z legalnym społeczeństwem; ciemna, nocna strona zmaga się z jasną i dzienną. Tyle tylko, że w tej wielkiej batalii o zachowanie człowieczeństwa - która przecież toczy się codziennie także w Paryżu, Berlinie czy Warszawie - to my, legalni i praworządni, jesteśmy agresorami i barbarzyńcami. I choć pewnie jednostronny to obraz, to warto go wynieść z tego filmu: tylko ten, kto buntuje się przeciw niesprawiedliwości, może być dobrym człowiekiem.


Kategorie: Do zobaczenia

Dwie łasice

sierpień 14, 2007 · 1 komentarz

[z wieści gminnej]

W barze w Dębem, przy wina szklanicy,
ubliżała łasica łasicy.

Na tę młodszą starsza drze ryjek,
a tym głośniej, im więcej wypije.

Wreszcie spita, że prawie ma mary,
krzyczy gromko: “Ja spałam z twym starym!

Ja z nim spałam na cztery sposoby,
a za piątym, to wpadłam do wody!”

[Tutaj bar, słysząc powód do zwady,
w sprawie bójki już robił zakłady.]

Młoda wstała i tak rzecze gładko:
“Czas do domu. Idziemy spać. Matko”.

Kategorie: Satyra

Mam ćwieki

sierpień 13, 2007 · Liczba komentarzy: 8

Felieton nieco archiwalny, czerwiec 2005.

To w skrócie jest tak, że ja nie cierpię zakupów. Nienawidzę ich tym pierwotnym rodzajem nienawiści, tym dziewiczym, nieskalanym gniewem. Na myśl o supermarkecie mam ochotę palić i rżnąć, a sklep z butami działa na mnie jak płachta na byka. Agresywny jestem, gryzę, tupię, mam kły i pazury. Zazwyczaj wolę więc chodzić w starym i wytartym, niż kupić sobie nowe. Zazwyczaj - ale nie w zeszły piątek.

W zeszły piątek bowiem, a był to dzień nad wyraz już letni, dokonałem transakcji handlowej. Akwizytorem był w tym przypadku kolega Góral, stary pilski punk i niemal harleyowiec. Góral, zwany też niekiedy Młodszym Panem z Bródką, od nieznanych mi już czasów składał motory z części niepierwszej młodości. Jeden z nich zaliczył już szczęśliwą jazdę próbną i szereg awarii. Stały bywalec harleyowych zlotów miał tez żyłkę do interesów: w czasie największego regresu był zawsze przy pracy, zaś każdy z jego towarów potrafił znaleźć nabywcę. Tym sposobem opchnął Góral stary gaźnik, półczynną konsolę i przechodzoną pieszczochę. Tę ostatnią kupiłem ja!

Pieszczocha, stary punkowy rekwizyt, to była z mojej strony zwykła dziecinna fanaberia. Skórzany pasek z nabitymi ćwiekami, rzecz do kupienia w każdym sex-shopie i sklepie kynologicznym, zatracił bowiem dawno swoją wymowę ideologiczną. Raz, że przestał już być używany, przynajmniej w znanych mi kręgach, jako bielizna erotyczna. Dwa, że mając nikłą siłę ognia, nigdy nie był dobrą metodą zwalczania Systemu. I dla mnie nie była pieszczocha niczym poza prywatną zachcianką, letnim żartem i totemem pomaturalnego rozluźnienia. Kobiety kupują torebki - ja także mam swoje fetysze!

Moi znajomi byli w większości transakcji przeciwni, twierdząc, że pieszczocha będzie mi pasować jak świni dready. Żywiołowym protestom przewodniczyła Kamila, mój prywatny ekspert w sprawie aranżacji zewnętrza. Kamila, biegła w sztuce wizażu, będąc na skraju desperacji sięgnęła nawet po autorytet starożytnych. Posiłkując się nimi dobitnie udowadniała, że pieszczocha na łapie kogoś, kto wygląda jak skejt, to katastrofalne złamanie zasady decorum. A gdzie zostaje złamane decorum, tam rodzi się komizm. Czyli zwykła brecha.

Przy takim sprzeciwie publiki kupno ćwieków stało się rzecz jasna sprawą niemal honorową. Rezygnacja byłaby rzeczą haniebną i babią; należało doprowadzić handel do końca, uścisnąć sobie dłonie i pozwolić reporterom na krótkie interview. Nic więc dziwnego, że już w piątek, w kilka dni po wstępnych pertraktacjach, zasiadłem z Góralem do stołu obrad w celu transakcji wymiennej. Posiłkując się cygarem, barmanem i piwem z sokiem doszliśmy do pewnego konsensusu: ja mu piwo i papierek, on mi ćwieki i w ogóle. Oko za oko, ząb za ząb.

Nowy totem wprowadził w moje życie pewną dozę wesołości. Rodzice uznali go wpierw za egzotyczny rekwizyt; erotyczną etymologię przedmiotu przyjęli z godnym podziwu zrozumieniem, nie pozbawionym jednak nuty niepewności. Powściągliwi byli także moi znajomi: zapewnienia, że od tej pory biję i gwałcę przeszły bez echa, zwłaszcza wśród koleżanek. Trochę powarkiwałem dla wzmocnienia demonicznego efektu; nie zmienia to jednak faktu, że jedyne, co uzyskałem, to dobre samopoczucie i nowe znaczenie słów “skóra i kości”.

Gdy tak się sobie przyglądam w lustrze, to myślę, że znajomi mieli rację: wizualnie ćwieki mi nie pasują. Ale i tak noszę je z dumą - to w końcu moja, męska pieszczocha. To jest mój substytut chłopięcej finki; coś jeszcze młodego, ale już upolowanego na własną rękę. Substytut śmieszny dla postronnych, lecz dla mnie będący jakimś wstępem do tej przyszłej, oczekiwanej już trochę, samodzielności. Do kucia siebie i otoczenia od A do Z, pełnej odpowiedzialności za siebie i pełnej, niepodzielnej, choć nierealnej niezależności. Może to iluzja - ale iluzja bycia niezawisłym, prawdziwym i zawsze samym sobą.

Z każdym kolejnym ćwiekiem jestem bardziej niepodległy.

Kategorie: Proza i publicystyka

Good bye, Lenin

sierpień 13, 2007 · Liczba komentarzy: 2

GOOD BYE, LENIN (Good Bye, Lenin, 2003, reż. Wolfgang Becker (II), 7260 sekund)

Lata 1989-90, Berlin. Upada Żelazna Kurtyna, rozebrany zostaje Mur Berliński, rozpoczyna się proces zjednoczenia obu państw niemieckich. Wszystko to omija matkę Ganske, głównego bohatera: dzielna aktywistka ruchu socjalistycznego zapada w śpiączkę i budzi się dopiero po upadku Muru. Szok wywołany upadkiem NRD mógłby ją zabić, Ganske prowadzi więc misterną grę: tworzy dla niej rzeczywistość alternatywną, świat, w którym socjalistyczne Niemcy nie tylko przetrwały, ale i przerosły w potędze swojego brata zza Łaby. Najważniejszym pytaniem, jakie niesie za sobą ten film, jest chyba moralny sąd nad takim postępowaniem: czy takie kłamstwo jest moralne? Czy prawda to wartość absolutna - czy też są sytuacje, w których fałsz staje się cnotą? Jeżeli już przyjąć, że tak - to gdzie ustanowić granicę takiego relatywizmu? To dla mnie jedyny naprawdę interesujący wątek tego filmu: prócz tego jest to rzeczywiście, jak to skomentował jeden z internautów: “Good bye, Lenin, czyli film o zmianie ogórków”.


Kategorie: Do zobaczenia

Obrażki (5)

sierpień 12, 2007 · Liczba komentarzy: 7

Media podały, że do Zatoki Gdańskiej wpłynął wieloryb. Czego tu szukał - nie wiadomo.


Kategorie: Obrażki

Wspominka o Loli

sierpień 12, 2007 · Brak komentarzy

Ma muzo z liceum, ma Lolo!
Pamiętasz Ty noc tę za szkołą?
U stóp Ci bombonier legł wieniec;
Ty we mnie rzuciłaś - kamieniem.

Dziś widzę - wygrałem wymianę
i pointę mam radosną przy tym:
kamień był cenny - sprzedałem,
Ty teraz zaś masz cellulitis!


Kategorie: Satyra

Godziny

sierpień 12, 2007 · Brak komentarzy

GODZINY (The Hours, 2002, reż. Stephen Daldry, 6840 sekund)

Historia trzech kobiet trzech różnych epok, inspirowana “Panią Dalloway”, głośną powieścią Virginii Woolf. W śmiercionośnie leniwym Richmond Woolf pisze swoje najsłynniejsze dzieło, wyraz defetyzmu, smutku i powolnego więdnięcia; Laura jest przykładną gospodynią domową oczekującą właśnie (a jest rok 1949) drugiego dziecka, Clarissa zaś - wydawca książek we współczesnym Nowym Yorku - opiekuje się chorym na AIDS poetą. Choć trzy kobiety dzieli czas, miejsce i sytuacja domowa, to łączy je dużo więcej: wszystkie trzy przeżywają cichą, prywatną tragedię, skrytą pod płaszczem domowego szczęścia. “Godziny” więc - film niejako z epoki “Pani Bovary”, “Idiotów” czy “Lalki” - to tak naprawdę festiwal niewiary w to, co zwykliśmy zwać “uwiciem szczęśliwego, rodzinnego gniazdka”. Dla niektórych takie gniazdko to raczej więzienie; film zaś to zapis ich zamknięcia i ucieczek. Psychologiczny i zmuszający do refleksji pełni chyba rolę pozytywistyczych nowel: jest zwierciadłem, ale takim, które odbija nie czasy, a ludzką psychikę. Dobrze się przejrzeć: zawsze to jedna więcej próba autodefinicji.


Kategorie: Do zobaczenia

Obrażki (4)

sierpień 11, 2007 · Liczba komentarzy: 3

Były wicepremier wyszedł ze szpitala:

Kategorie: Obrażki

Egzorcyzmy Emily Rose

sierpień 11, 2007 · Liczba komentarzy: 6

EGZORCYZMY EMILY ROSE (The Exorcism of Emily Rose, 2005, reż. Scott Derrickson, 7080 sekund)

Chciałoby się napisać: historia jakich niewiele. Emily Rose, nastolatka z amerykańskiej prowincji, umiera w trakcie egzorcyzmów mających uwolnić ją od władających nią demonów. Ksiądz przeprowadzający rytuał zostaje oskarżony o nieumyślne spowodowanie jej śmierci, broniąca zaś go pani adwokat na własnej skórze odczuwa dyskretną obecność wrogich duchów. Oto fabuła thrilleru, w którym znaleźć pozornie można jedynie kilka wstrząsających scen, największy popłoch w trakcie seansu powodują zaś zrywające się gołębie. I to byłby zapewne koniec “Egzorcyzmów Emily Rose”, gdyby nie rzecz następująca: film zrealizowany został na faktach, na rzeczywistej historii opętania Anneliese Michel, opętanie to zostało potwierdzone przez Kościół (co oznacza, że Anneliese ma szansę zostać kanonizowana), w filmie zaś wykorzystano autentyczne fragmenty nagrań z przeprowadzanych egzorcyzmów. To w dużej mierze sprawia, że nawet u najbardziej zatwardziałych ateistów (co, swoją drogą, jest też przejawem fanatyzmu religijnego) musi pojawić się pytanie: a co jeśli jest druga strona? Musi też zostać zadane pytanie dużo prostsze, mniej egzystencjalne, ale bardziej podstawowe: co jeśli demony trafią się mnie? Rzecz niby śmieszna, ale wystarczająco poważna, bym i ja, dziecko krzemu i atomu, odczuwał pewien niepokój przed trzecią nad ranem. Dlatego też szczerze odradzam film wszystkim tym, którzy cenią spokojny sen i święty spokój; to film jedynie dla tych, którzy wolą świat straszniejszy, bo mniej jednoznaczny.

As this post seems to encounter quite an international traffic, I decided to prepare an English translation. All of you from abroad: enjoy :)

Not what you can call “a common story”. Emily Rose, a teenager from American provinces, dies during the exorcisms which were supposed to free her from deamons possessing her body. The priest who carried out the exorcisms is charged with involuntary manslaughter; his attorney herself experiences the discreet presence of evil spirits. That’s the plot of a thriller in which you can apparently find only few trully horrifying scenes and the biggest impact on audience is made by a group of flying pigeons. Yet, there’s a serious catch: the film is based on a true story of Anneliese Michell, her possessing was confirmed by the Catholic church and the actuall recordings from her exorcisms were used throughout the whole movie. That makes even a mostly hardened atheist - which, by the way, is also a sort of fanatism - wonder if there’s anything on the other side. And there’s also a straight, more basic question which has to be asked: what if the thing happens to me? It may seem funny and naive but it’s serious enough that even I, quite a modern guy, feel a bit uneasy when waken at three o’clock in the morning. That’s why I discourage all of you who value peaceful sleep from watching this movie: it’s only for those who prefer a world more dangerous and less straightforward.


Kategorie: Do zobaczenia

Przecież przysięgali

sierpień 10, 2007 · Liczba komentarzy: 6

Z tymi medykami to jest ciekawa historia. Przy okazji protestu w służbie zdrowia w telewizorze podali, że lekarz przeciętnie żyje kilka lat krócej od swojego pacjenta; szczerze mówiąc nie jestem zdziwiony. Medyk bowiem to taki człowiek, który wpierw ciężko się uczy, by potem całe życie ciężko pracować - rzecz sama w sobie szlachetna, choć nieco naiwna. Naiwna, bo człowiek wyliczony robi takie rzeczy za grube pieniądze, lekarze zaś - sprawa powszechnie znana - nie mają przesadnie spasłych portfeli. Stąd też frustracja środowiska, kłopotliwa kwestia medycznego strajku i sztampowe w tym miejscu pytanie: mogą czy nie mogą? Wielu Polaków twierdzi, że nie; lekarza wiąże Przysięga Hipokratesa, więc mu strajkować nie wolno. I byłby to z pewnością niezły argument - obetnic się dotrzymuje - gdyby nie błędne do cna przesłanki: Twój lekarz, Czytelniku, nigdy jej nie składał.

Nie od dziś wiadomo, że jak coś jest oczywiste, to znaczy że nic o tym nie wiemy; tak też jest z Przysięgą Hipokratesa. Niesamowitym jest, jak wiele narosło wokół niej mitów: to taka medyczna miejska legenda. Zwykło się przecież uważać, że Przyrzeczenie to podstawa etyki dla współczesnych medyków, niezmienny od wieków aksjomat, coś starożytnego i szlachetnego, spadek po Dobrym Wujku Hipokratesie. Prawda jest jednak zupełnie inna i się jej z tego miejsca przyjrzymy; nie taka Przysięga moralna i wszechobecna, jak się ją zwykło malować.

Przysięgę otwierała dość szeroko zakrojona apostrofa; zobowiązując się do dochowania obietnic, młody medyk wzywał na świadków “Apollona lekarza, (…) Asklepiosa, Hygieje, i Panaceje oraz na wszystkich bogów i boginie”. Każde wymienione w tym miejscu bóstwo związane było z medycyną, czego dowody znajdziemy i w naszym języku: to od ich imion pochodzą słowa takie jak “higiena” czy “panaceum”. Sama inkantacja miała jednak jedynie znaczenie symboliczne, wskazywała na szczególną rolę i odpowiedzialność lekarza, jak i na podniosłość momentu przysięgi. Treści właściwe widoczne były dopiero w akapicie następnym:

“Mistrza mego - czytamy w nim - w tej sztuce będę szanował na równi z rodzicami, będę się dzielił z nim mieniem i na żądanie zaspokajał jego potrzeby: synów jego będę uważał za swoich braci i będę uczył ich swej sztuki, gdyby zapragnęli się w niej kształcić, bez wynagrodzenia i żadnego zobowiązania z ich strony; prawideł, wykładów i całej pozostałej nauki będę udzielał swym synom, synom swego mistrza oraz uczniom, wpisanym i związanym prawem lekarskim, poza tym nikomu innemu. Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i rozeznania ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzywdy.”

Jakkolwiek ostatnie zdanie powyższego może wydawać się niewinne i szlachetne, to warto sprawdzić rolę zdań poprzednich. Zauważmy: to przede wszystkim sposób na zamknięcie zawodu, na wykluczenie osób postronnych z klanu lekarskiego i pozbawienie ich dostępu do medycznej wiedzy. Największą grupę wykluczonych stanowiły rzecz jasna kobiety - przesięga mówi jedynie o “synach” czy “uczniach”, uprawiając jawny seksizm. Pozbawionych szans na medyczne kształcenie było jednak dużo więcej: przysięga ograniczała naukę zawodu do “synów Mistrza”, “własnych synów” i osób “wpisanych”, czyli dopuszczonych doń inną drogą. Nauczyciel zyskiwał więc pewność, że przyuczając adepta zapewnia jednocześnie swoim dzieciom miejsce kształcenia. Prócz tego Przysięga zobowiązywała ucznia do poszanowania Mistrza (a więc i dbania o prestiż zawodu), “dzielenia się z nim mieniem” i zaspokajania na żądanie jego potrzeb. Najważniejszą jej rolą było więc zabezpieczenie materialne lekarzy, napchanie ich portfeli kosztem dostępu do wiedzy. Nie “primum non nocere” (którego nigdzie w Przysiędze nie ma), a “pecunia non olet”. Na pieniądze się przecież nie umiera.

Następny akapit Przysięgi Hipkratesa przynosił kolejne, konkretne zakazy. “Nikomu, - obiecywał lekarz - nawet na żądanie, nie dam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka poronnego. W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę swoją.”. Prawo rzymskie w owym czasie dopuszczało eutanazję, właściciel niewolnika mógł go zaś zabić w majestacie prawa; Przysięga Hipokratesa zakazywała jednak lekarzom uczestnictwa w tych praktykach. Medykom nie było wolno więc truć niewolników na żądanie ich panów, nie mogli też dopomagać w samobójstwie - i to nawet radą. Niedopuszczalne było też podawanie kobiecie “środka poronnego”, przez co należało rozumieć totalny zakaz aborcji, nawet jeśli dopuszczało ją prawo. Zakaz ten był rzecz jasna notorycznie łamany, bo zawsze gdy jest popyt pojawi się podaż - taka już ludzka, ekonomiczna natura.

Ciekawy jest zdanie następne, gdzie medyk obligował się do nieoperowania “chorych na kamicę, pozostawiając to ludziom zawodowo stosującym ten zabieg.”. Takimi ludźmi byli chirurdzy, którzy wówczas stanowili oddzielną grupę zawodową; uważano zresztą, że leczenie nożem jest zadaniem zbyt trudnym, by zlecać je lekarzom. Co więcej, Hipokrates był ponoć związany z sektą pitagorejczyków, którzy w ogóle odrzucali operację jako sposób leczenia. Zagadkowym wydaje się być jednak ograniczenie zakazu do kamieni nerkowych - może to po prostu kwestia bolesnego jak kamica kompromisu pomiędzy lekarzami a chirurgami. Jak to mawiała moja babcia: szło o to, kto się bardziej nachapie.

Kolejny akapit za to, to nieomal śluby czystości: “Do jakiegokolwiek wejdę domu, wejdę doń dla pożytku chorych, nie po to, żeby świadomie wyrządzać krzywdę lub szkodzić w inny sposób, wolny od pożądań zmysłowych tak wobec niewiast jak i mężczyzn, wobec wolnych i niewolników.”. Prócz nakazu dobrej wiary mamy tu zakaz wszelkiego obcowania, a i samego pożądania takich przeżyć. Dotyczyło to zarówno kontaktów heteroseksualnych, jak i tych jednopłciowej natury - Przysięga nie czyniła w tej mierze rozróżnienia solidarnie zakazując przyjemności bez względu na jej orientację. W tej bezprecedensowej tragedii wszyscy byliśmy równi : )

Zakończenie Przysięgi - cytat już pomińmy - przynosiło istniejący od starożytności nakaz zachowania tajemnicy lekarskiej oraz dość standardową, choć niepozbawioną uroku pointę. Obecności tej pierwszej w Przysiędze Hipokratesa nie można przeceniać - medycyna od zawsze była sferą najwyższej intymności. Dla medyków umieszczenie tajemnicy lekarskiej w tekście Przysięgi było zaś jasną wskazówką, że jej złamanie mogło mieć miejsce tylko w sytuacjach szczególnych, niezwykłych i nie z tego świata.

I tak przedstawiałby się tekst Obietnicy Lekarskiej - gdyby nie to, że od dawna się jej nie składa. Po II Wojnie Światowej, ze względu na niezwykłe w swej skali zbrodnie hitlerowskich lekarzy, zrezygnowano z niej, zastępując ją Dekleracją Genewską. Ta została uchwalona w 1948 przez Światową Organizację Lekarzy i kilkakrotnie ją potem zmieniano. Deklaracja jest jednak dobrowolna; w Polsce przymusowy charakter ma za to Przyrzeczenie Lekarskie, które składają wszyscy lekarze i dentyści kończący studia medyczne.

W Przyrzeczeniu nie ma jednak słowa o strajkach, stąd też nasz wyjściowy dylemat zdaje się być chwilowo nadal zgadką. Jeśli jednak przewertować parę ustaw, to sprawa jest jasna: lekarz strajkować może, o ile nie naraża pacjenta i nie odmawia pomocy w stanach zagrożenia. Niełatwo tak protestować, bo ludzki organizm jest nieprzewidywalny; ktoś, komu w stabilnym stanie odmówiono pomocy, może umrzeć nagle i niezapowiedzianie. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale szczerze wierzę, że tak się stanie; więcej, myślę, że rząd po cichu liczy na taki finał medycznego strajku. To pozwoliłoby zwrócić opinię publiczną przeciw lekarzom, pozwoliłoby medyków poszczuć i potępić, przyćmić brawurowym zatrzymaniem realne problemy, zamieść je pod dywan. Dlatego ja na miejscu lekarzy dałbym spokój strajkom: pracowałbym dalej, uczyłbym się szwedzkiego i sprawdzał ceny biletów. Szwecja to kraj piękny, nie każdy zaś musi być doktorem Judymem. Koniec końców nikt z lekarzy nie obiecywał, że będzie jeleniem. Zwłaszcza takim, któremu w zimę stawia się pusty paśnik.

Kategorie: Proza i publicystyka

Niebosko

sierpień 10, 2007 · Liczba komentarzy: 3

[z wieści gminnej]

Biegnie po jeziorze Chrystus
i tak się odzywa:
“Dobry Ojcze! Nie bądź wiśnia!
Daj choć raz popływać…”


Kategorie: Satyra

Amelia

sierpień 10, 2007 · Liczba komentarzy: 3

AMELIA (Le Fabuleux destin d’Amelie Poulain, 2001, reż. Jean-Pierre Jeunet, 7200 sekund)

Twój anioł stróż też może mieć problemy z życiem osobistym: dowodem Amelie Poulain, kelnerka z paryskiego Montmartre. Wychowana w izolacji, ma kłopoty z nawiązywaniem nowych znajomości; preferuje nie randki a dyskretne i intymne naprawianie innym życia: odnajduje właściciela znalezionej kapsuły czasu, porywa ojcu ogrodowego krasnala, łączy w parę schizofrenika i hipochondryczkę. Gdy jednak ona sama zakochuje się w Nino, kolekcjonerze zdjęć z dworcowych automatów, plany, spiski i fortele - którymi tak zręcznie urozmaica życie innych - okazują się jedynie przeszkodą w zdobyciu obiektu płakań. Film, choć jest bez wątpienia pewną afirmacją indywidualizmu, jest też (przynajmniej dla mnie) ostrzeżeniem: pokazuje jak łatwo trudne dzieciństwo może skrzywić człowiekowi psychikę. Amelia bowiem, choć dobra, słodka i oryginalna, jest przecież człowiekiem niełatwym, który dopiero musi uczyć się łączenia niebywałych forteli z prostolinijnym mówieniem “proszę o…”. Nim to jednak się stanie możemy się delektować Amelią w wersji zagadkowej i niekonwencjonalnej; równie niekonwencjonalnej, co i sam film. Warto obejrzeć: po “Amelii” ma się ochotę zostać lepszym człowiekiem.


Kategorie: Do zobaczenia

Dwa limeryki polonistyczne

sierpień 9, 2007 · Liczba komentarzy: 3

Polonista, co żył pod Krakowem
deklinował przy klasie swej ‘dobę’.
Lecz gdy doszedł do ‘dób’,
to zabrakło mu słów,
więc ma klasa zadanie domowe.

Młody baca (pochodził z Karłowic)
raz starego zapytał: “Ach, powidz,
czemu - choć ‘chuć’ on ma -
inne słowa na ‘ch’,
tak przemilcza niniejszy skorowidz?”.




Kategorie: Satyra

Obrażki (3)

sierpień 9, 2007 · Brak komentarzy

Mała retrospekcja, nim będą kolejne taśmy…

Kategorie: Obrażki

Jorge Luis Borges: “Autobiografia”

sierpień 8, 2007 · Brak komentarzy

AUTOBIOGRAFIA (Jorge Luis Borges, 1970, tyt. oryg. Autobiografía, tłum. Adam Elbanowski)

Krótkie streszczenie z życia, jakie niewidomy już wówczas Borges podyktował Thomasowi di Giovanni, swemu wieloletniemu tłumaczowi, to książka zwięzła i lakoniczna. Jest sprawą urzekającą, że autor - uważany przecież za jednego z najważniejszych argentyńskich pisarzy - nie znajduje w sobie dość buty, bo opowiadać szerzej. “Dobre pisarstwo”, przeczytamy, “wymaga skromności”; Borges z gracją przemilcza więc postacie, miejsca i zdarzenia. To godne podziwu wycofanie, nieufność wobec własnych przeżyć - trzeba było poświęcić wiele ważnych wrażeń, by mówić tak konkretnie. Osobiście jednak żałuję tej skrótowości, bo sfera przemilczeń jest za szeroka: przez nią książka staje się właściwie spisem literackich fascynacji, prób pisarskich i zajmowanych posad. Borges bardziej odnotowuje niż opowiada, pozwala sobie jedynie na kilka (zaznaczmy: ciekawych) dygresji. Mówiąc wiele o swych rodzicach, Borges przemilcza niemal zupełnie swą siostrę; tu i ówdzie wspomina o młodzieńczych, niespełnionych miłościach - o tym jednak, że ma żonę dowiadujemy się dopiero na stronie przedostatniej. To jedyne w tej książce słowa o kobietach, które się kocha, co może dziwić, bo o przyjaźni Argentyńczyk pisze wiele. Wolę myśleć, że Borges uznał to po prostu za sferę intymności, której nie należało naruszać; nadal jednak to jeden z tych przypadków, gdy brak czegoś jest bardziej widoczny, niż rzeczy obecność. Książka jest więc, w moim odczuciu, ofiarą zamierzenia autora: bo choć wierzę, że pisarz wiódł życie ciekawe, ono samo może się czasem wydać sumą przeczytanych lektur. A przecież sam Borges wiedział, że tak nie jest. Kiedyś, w czasie pobytu w Europie, spotkał hiszpańskiego księdza, który w życiu nie przeczytał żadnej powieści. Ten, zapytany dlaczego, odpowiadał: “Wszystko, co mi potrzebne, mam od przyrodzenia”.

Kategorie: Do przeczytania

Dwa limeryki filozoficzne

sierpień 8, 2007 · Brak komentarzy

Udowodnić chciał raz mnich z Aosty,
iż Bóg żyje - na sposób dość prosty.
Dowód wielu zachwycał
Kartezjusza, Leibniza,
lecz Kant stwierdził, iż jest on nieostry.

Kant, filozof, co z miasta Królewiec,
imperatyw swój cenił, że nie wiem.
Zaś swój praktyczny rozum,
abstrakcyjny na pozór,
umiał użyć przy garnkach i zlewie.


Kategorie: Satyra

[Moskaliki] Pilskie

sierpień 2, 2007 · 1 komentarz

MOSKALIKI PILSKIE

Kto mi powie, że na Górnym
mówią ludzie w ludzkiej mowie,
ten organów swych podskórnych
szukać będzie w Częstochowie.

Kto uważa, że Podlasie
wie czym urok jest chodników,
temu różem twarz okraszę
w krypcie u ewangelików.

Kto rzekł, że jest na Dolinie
zieleń znana z nazwy głupiej,
ze zgięć wszystkich go odwinę
w salezjańskiej żwawej trupie.

Kto zaś myśli, że w Szpitalu
mówią czasem ci “Na zdrowie”,
ten wypłacze resztki żalu
pod Antonim na Ludowej.

A kto, broniąc Rydygiera,
chce tam szukać wody w płynie,
pasy będę z niego zdzierać
wraz z rodziną przy Rodzinie

Kto o Rodle rzec ma w planie,
że dba hotel o drobnostki,
zęby może za różaniec
nosić do kościoła Kostki.

Kto fałsz sieje, że Jadwiżyn,
poznał wynalazek koła,
niewerbalnie my ubliżę,
przy co najmniej trzech kościołach.

Kto by pragnął pilskie szlaki
rowerowym trzeć bieżnikiem,
w podwymiar go wyśle Rafi,
w swej Pagodzie Pod Paśnikiem.

Kto widział na Zamenhofa
domy o pionowych ścianach,
w ewolucji go pocofam,
pod akacją u plebana.

Kto chce rzec, że Dolaszewo
dzień wytrzyma bez histerii,
tego złączę z matką-glebą
na cmentarzu z peryferii.

A kto myśli, że na Pola
rdzeń zna młodzież abecadła,
skomponuję go z cokołem
pod pomnikiem Jana Pawła.

Lecz! - Kto przeczyć chciałby Pile
że jest miastem nad miastami,
jeleń w rzyć mu rogi wbije;
ja zadławię go hostiami!

————–

 

Należy się tu Wam wyjaśnienie i swoisty słownik miejsc, osób i terminów. Górne, Podlasie, Zielona Dolina, Osiedle Rydygiera z przyległym do niego szpitalem o tym samym imieniu, Zemenhofa, Dolaszewo i Jadwiżyn to wszystko pilskie dzielnice, osiedla i przyległości. Rodło to najwiekszy w tym mieście hotel, położony w samym centrum miasta, liceum na ulicy Wincentego Pola zaś to najlepsza szkoła średnia w mieście, gdzie uczęszczał tak niżej podpisany, jak i Grabaż, wokalista Pidżamy Porno. Również kościoły z czwartych wersów są autentyczne: prócz Częstochowy każdy z nich znajduje się w mieście Staszica, przed kościołem św. Rodziny znajduje się zaś pomnik Jana Pawła II. O Rafim zaś więcej przeczytacie w “Pilingu”, poniżej.

Kategorie: Satyra

Święty dym

sierpień 2, 2007 · 1 komentarz

ŚWIĘTY DYM (Holy smoke, 1999, reż. Jane Campion, 6840 sekund)

Jeden z tych filmów, które - opowiadając w sumie prostą historię - zmieniają ogląd i pogląd. Ruth (w tej roli Kate Winslet), młoda Australijka, w czasie swego pobytu w Indiach przystępuje do jednej z rozlicznych tam sekt. By przywrócić ją na łono zachodniego świata, rodzice nastolatki wynajmują amerykańskiego specjalistę (Harvey Keitel); stosunki między parą szybko jednak wykroczą poza ramy relacji służbowych. Tu - poza niezdrowym, lecz i mistycznym uczuciem - rodzi się wiele pytań. Czy na pewno pacyfistyczne, indyjskie frazesy to najgroźniejsza z sekt? Czy prywatną religią może być chory związek między nastolatką, a jej egzorcystą - a jeśli tak, to kto w nim jest guru? Czy też może wreszcie jest tak, że swoistą sektą jest cały nasz zachodni świat, a jego kapłanami - konsumpcja i hedonizm? To niepokojące pytania; może się wszak okazać, że to nie my jesteśmy po właściwej stronie. Co pociesza, to obecna w filmie wiara w siłę uczucia; to, choćby brudne i wypaczone, potrafi oczyścić. Może to i dym, ale mimo wszystko święty.

Kategorie: Do zobaczenia

Obrażki (2)

sierpień 1, 2007 · Liczba komentarzy: 6

Ponoć niedługo wybory…

Kategorie: Obrażki