Nie umiem w miasto wrosnąć. Kto raz się rozwłóczył, plącze się po ulicach jak bluszcz po kominie, niepewny czy mu bliżej jest do ptasich kluczy
czy drzewa, co się ślizga po skórze wybruczyn, bo je na nazbyt twardej posadzono glinie. Takim iść po chodniku, to nie dość się włóczyć,
na pół mieć szlak pod sobą – na pół go porzucić. Stąd noszą swoje mapy jak skarby jedyne i chowają je w biurka zamknięte na kluczyk.
Ja także kryję w szafie rozchodzone buty i atlas, który chętnie się zawsze rozwinie; może czas jest, by znowu w polany się wwłóczyć
i nie szukać strumieni w rynsztokach popłuczyn, lecz samemu spać w sadach, które pachną winem i gubić się na szlakach, i mylić, i kluczyć.
Póki co jeszcze tramwaj przez miasto mnie tłucze, lecz już w każdym trawniku widzę połoninę; trzeba iść mi i w świecie do cna się wywłóczyć, w świecie, w którym bram nie ma – choć pełno jest kluczy.
[XI 2005]
* * *
Troszkę to stare, troszkę to już było – ale jednocześnie to villanella to dobry sposób, by zaakcentować początek wakacji. Gubmy się w lasach, włóczmy po polach! Do zobaczenia na szlaku:)
If I was a flower growing wild and free All I’d want is you to be my sweet honey bee. And if I was a tree growing tall and greeen All I’d want is you to shade me and be my leaves If I was a flower growing wild and free All I’d want is you to be my sweet honey bee. And if I was a tree growing tall and greeen All I’d want is you to shade me and be my leaves All I want is you, will you be my bride Take me by the hand and stand by my side All I want is you, will you stay with me? Hold me in your arms and sway me like the sea. If you were a river in the mountains tall, The rumble of your water would be my call. If you were the winter, I know I’d be the snow Just as long as you were with me, when the cold winds blow. All I want is you, will you be my bride Take me by the hand and stand by my side All I want is you, will you stay with me? Hold me in your arms and sway me like the sea. If you were a wink, I’d be a nod If you were a seed, well I’d be a pod. If you were the floor, I’d wanna be the rug And if you were a kiss, I know I’d be a hug All I want is you, will you be my bride Take me by the hand and stand by my side All I want is you, will you stay with me? Hold me in your arms and sway me like the sea. If you were the wood, I’d be the fire. If you were the love, I’d be the desire. If you were a castle, I’d be your moat, And if you were an ocean, I’d learn to float. All I want is you, will you be my bride Take me by the hand and stand by my side All I want is you, will you stay with me? Hold me in your arms and sway me like the sea.
Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed Pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
Z jednym ze straży pójdzie do ślubu.
“Życie żołnierza pełne jest trudów,”
mówi Ula.
Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed Pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
W budce wartownik pierś swą wyprężał.
“Dba o skarpetki im jeden sierżant,”
mówi Ula.
Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed Pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
Szukałem Króla, lecz się nie zjawił.
“Niech Bóg i tak mu pobłogosławi,”
mówi Ula.
Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed Pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
Wielkie przyjęcia ma Król w komnatach.
“Nie byłabym Nim za skarby świata,”
mówi Ula.
Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
Głowa wyjrzała, ale nie Pana.
“Czas mu zajmują a-sygnowania,”
mówi Ula.
Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
“Czy Król wie wszystko o moich sprawach?”.
“Tak, lecz herbatkę czas już nastawiać”
mówi Ula.
- – - – - -
BUCKINGHAM PALACE
They’re changing guard at Buckingham Palace - Christopher Robin went down with Alice. Alice is marrying one of the guard. “A soldier’s life is terrible hard,” Says Alice. They’re changing guard at Buckingham Palace - Christopher Robin went down with Alice. We saw a guard in a sentry-box. “One of the sergeants looks after their socks,” Says Alice. They’re changing guard at Buckingham Palace - Christopher Robin went down with Alice. We looked for the King, but he never came. “Well, God take care of him, all the same,” Says Alice. They’re changing guard at Buckingham Palace - Christopher Robin went down with Alice. They’ve great big parties inside the grounds. “I wouldn’t be King for a hundred pounds,” Says Alice. They’re changing guard at Buckingham Palace - Christopher Robin went down with Alice. A face looked out, but it wasn’t the King’s. “He’s much too busy a-signing things,” Says Alice. They’re changing guard at Buckingham Palace - Christopher Robin went down with Alice. “Do you think the King knows all about me?” “Sure to, dear, but it’s time for tea,” Says Alice.
Tytuł: 12 gniewnych ludzi Tytuł oryginału: 12 angry men Rok produkcji: 1957 Reżyseria: Sidney Lumet Scenariusz: Reginald Rose Występują: Henry Fonda, John Fiedler, E.G. Marshall, Jack Warden, Joseph Sweeney, Ed Begley Czas trwania: 96 minut
Kiedy na jesieni zeszłego roku – w czasie mojej wesołej i beztroskiej przygody na Węgrzech – miałem epizodyczną przygodę z prawem amerykańskim, najbardziej nurtowało mnie pytanie: w jaki sposób dwunastu niewykwalifikowanych, przygodnych ludzi może decydować o losie człowieka. Jak ktoś mógł wymyślić tak niepewny system – i czemu, na miły Bóg, on zazwyczaj działa? O tym – choć nie tylko o tym – opowiada “Dwunastu gniewnych ludzi”; film o niedostatkach demokracji i, gdy się głębiej zastanowić, potędze argumentu.
Niemal cały obraz rozgrywa się w jednym tylko pomieszczeniu: klaustrofobiczna klitka to pokój ławy przysięgłych. Tutaj dwunastu ławników decyduje o winie osiemnastolatka oskarżonego o zabójstwo ojca. Zeznania świadków są jednoznaczne: chłopak, w przypływie złości, wbił ojcu nóż w klatkę piersiową. Już tu widać jaką potęgę ma słowo: wiara w nie wystarcza, by posłać chłopca na krzesło elektryczne. Film jednak uczy, że wiara to niebezpieczna: gdy bliżej przyjrzeć się sprawie argumenty wcale nie są tak jednoznaczne. Rzeczowa argumentacja jednego z ławników, mężczyzny nieufnego nazbyt łatwym sprawom, pozwala przynajmniej zwątpić pozostałym mężczyznom: i dobrze, bo być za mało krytycznym, to znaczyć brać fakty za wiarę.
Ta mała sala to jednocześnie mikrowszechświat: to zwierciadło amerykańskiego społeczeństwa lat pięćdziesiątych. To tu ogniskują się wszelkie fobie i uprzedzenia: niechęć do ciągle napływających imigrantów i mieszkańców dzielnic biedy, poczucie krzywdy wywołane niewdzięcznością dzieck, wreszcie przerost ambicji i walka o przywództwo w grupie. Takie jednostki, jednostki spaczone ale i silne, to jednak wyjątki: większość osób to ludzie bierni i łatwi do prowadzenia. Część z nich jest w gruncie rzeczy poczciwa; dla części jednak ważniejsza od sprawiedliwości jest własna kampania reklamowa albo mecz baseballa. Na szczęście w tej grupie znajduje się wybitna jednosta, osoba o prostym kręgosłupie moralnym. Dzięki niej myśl o niewinności oskarżonego w ogóle się pojawia – gdyby nie ludzie wybitni chłopca nie uratowało by nic.
Ten film, tak to postrzegam, to w gruncie rzeczy moralitet: Amerykanów, z których każdy może być kiedyś ławnikiem, uczy jak ważna i odpowiedzialna to rola. Ma jednak i bardziej uniwersalne przesłanie: nie można dać zwieść się pozorom i sprawy traktować po wierzchu, należy żyć rzetelnie i zawsze przykładać się do swych działań. Nie wiadomo bowiem kto i kiedy nas z tych działań osądzi – miejmy nadzieję, że wśród ławników będzie wówczas niegniewny człowiek.
Informatyk z Warszawy, pan Gracjan,
pulpit ma, co w niewiastach wstyd zmacnia.
Ten wpadł w oko raz mamie;
ta zdzierżyłaby panie,
lecz ta myszka, to już jest dewiacja!
Florentyna – ta ze wsi jest Łążek -
przez erochat z wplątała się w ciążę.
Sprawa poszły je rączo
dzięki dość szybkim łączom;
ja mam modem, to przerwać rzecz zdążę.
Pan Stanisław, fan mechów z Lisówka,
tyle tnie w nie, że blednie żarówka.
Nawet chciał złożyć mech,
ale dręczył go pech;
wyszła jemu jedynie lokówka.
Wyborne wieści prosto ze Szczecina. Tamtejszy Sąd Okręgowy uniewinnił wczoraj dwie kobiety, które w listopadzie zeszłego roku zostały skazane za opalanie się topless na Arkonce, jednym ze szczecińskich kąpielisk. Sprawa jest tylko pozornie błaha: wyrok oznacza bowiem szerszą sferę swobody i (potencjalnie) więcej radości na plażach całego kraju.
Sprawa zaczęła się w maju zeszłego roku. Wówczas to Pani Dorota Krzysztofek – szczupła blondynka, znana być może niektórym z CKMu – oraz Pani Ania, jej nieco mniej medialna koleżanka, opalały się bez staników na plaży w Szczecinie. Ich nagie piersi wzbudziły słuszne zainteresowania patrolu rowerowego: strażnik miejski i policjant wpierw dobrze obejrzeli oba biusty (zapewne celem sporządzenie rysopisu), następnie zaś nakazali kobietom założenie staników. Gdy te ponownie je zdjęły, moralni cykliści ukarali je mandatem w wysokości 150 zł. Jako że Panie odmówiły przyjęcia mandatu sprawa trafiła do Sądu Grodzkiego. Ten uznał je winnymi nieobyczajnego wybryku, skazał je na naganę i obłożył kosztami procesu. Panie się jednak odwołały i sprawa trafiła do okręgówki.
W obronie praw Pań do gołych piersi wypowiadał się nawet Rzecznik Praw Obywatelskich. Doktor Kochanowski, uprzednio zwolniwszy swojego rzecznika prasowego niechętnego był publicznym biustom, słusznie stwierdził, że dzisiejsze czasy dopuszczają już takie widoki. Nie żyjemy w epoce wiktoriańskiej – oznajmił Rzecznik – Gdyby ktoś przyszedł topless na Placu Konstytucji w Warszawie czy pod seminarium duchowne, to bez wątpienia siałoby to zgorszenie. Ale na plaży czy miejskim kąpielisku z całą pewnością nie! Doktor Kochanowski przyznał też, iż oglądał topless w Grecji i z rozbrajającą szczerością stwierdził, że mu się podobało.
Z prawnego punktu widzenia sprawa toczyła się wokół art. 51 Kodeksu Wykroczeń. Na mocy tego artykułu ukarać można każdego, kto krzykiem, hałasem, alarmem lub innym wybrykiem zakłóca spokój, porządek publiczny, spoczynek nocny albo wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym. Pojawia się więc następujące pytanie: czy opalanie się topless można nazwać wybrykiem wywołującym zgorszenie. Sąd Grodzki argumentował, że Arkonka jest ulubionym miejsce rodzin z dziećmi; kobiety winny więc wystawiać swoje piersi w miejscach bardziej ustronnych. Sąd Okręgowy uznał jednak, że plaża jest miejscem dla nagich biustów przeznaczonym, rodzice winni mieć zaś świadomość, że idąc na nią mogą doznać widoków może przyjemnych, ale nadmiernie rozwijających swoje pociechy.
Powiedzmy sobie szczerze: mnie ten wyrok cieszy. Najmniej ze względów estetycznych: nie od dziś wiadomo, że im biust młodszy i ładniejszy, tym rzadziej można go zobaczyć nad morzem. Ważne jest jednak, że sąd zauważył wreszcie zmiany zachodzące w naszym społeczeństwie: że wreszcie okazało się, że coś robić wolno bez oglądania się na innych. Za dużo jest tych wszystkich zakazów i pieszczenia się z moralnością publiczną: mamy, koniec końców, dużo bardziej liberalne społeczeństwo niż prawo. Ten wyrok to krok drobny, ale w dobrą stronę: wolność przesunęła się o dwie piersi do przodu. Byli tacy, co nadgorliwie chcieli interweniować: na szczęście okazało się, że Temida nie taka ślepa i na biust popatrzeć lubi.
Kilka zdjęć okolicznościowych :) :
Biust nieznany – Wikipedia.org
Biust znany – Albrecht Dürer, “Ewa”
Biust znany – Caravaggio, “Siedem uczynków miłosierdzia”
Aby życiu nadać smaku jest potrzebny drobny zakup: szal, kubraczek, bluzka, beret, kilo butów, szczypta pereł, garść kolczyków, stos ponczoszek, szminki, cienie, biustonosze; Wszystko przybrać, tak ze smakiem, i umieścić razem – w szafie.
Oto przepis jest (niestety) na dzień wolny dla kobiety!
* * *
Pizza, piwo, mecz, kobieta. Cztery słowa – dzień faceta.
Deskorolkarz, co był spod Malborka złamał nogę. I choć deskorolka miała patent oraz glejt, to niestety owy skejt nic prócz gry nie miał z Tony’ego Hawka.
Fan Kubicy, co z miasta jest Wieleń, w Carmageddon gra w każdą niedzielę. A gdy gry już ma dosyć, to wyrusza na szosy, więc i dobrze, że jeździ rowerem. No cokole w górzystej Chorwacji stoi Lara – wzór cnót oraz gracji. Szkoły z miast i wsi stu, prą oglądać jej biust (oraz kilka pomniejszych atrakcji).
Rok 1986 – rok wybuchu elektrowni w Czernobylu i moich urodzin – niósł ze sobą jeszcze jedno ważkie wydarzenie. W Warszawie uformował się wówczas Post Regiment, który dla polskiej sceny punkowej początku lat dziewięćdziesiątych był tym, czym silnik diesla dla samochodów: nadał nowe tempo i przyśpieszył rozwój. Sama kapela zaczynała od muzyki dość melodyjnej i spokojnej; dopiero po przyjściu Niki – jednego z najlepszych żeńskich wokali rodzimego rocka – Post Regiment nabrał tego charakterystycznego, hardcorowego pazura. To właśnie z tego czasu pochodzi płyta “Post Regiment” i piosenka “Czarzły”; po niej zespół nagrał jeszcze dwie płyty, by w 2001 roku zawiesić zadziałność. Do dziś jednak załoga spotyka się od czasu do czasu na jam-session; nadal więc mam nadzieję na choć jeden energiczny koncert.
Jeśli w Budapeszcie chcemy nie tylko przeżyć, ale i zapuścić korzenie – a jako że będziemy po nim wędrować przez co najmniej pół roku, to przydadzą nam się chociażby wypustki – to wypadałoby się nauczyć języka. Zadanie to niełatwe, bo język węgierski nie jest językiem słowiańskim; należy on do grupy ugrofińskiej, a najbliżej mu do fińskiego i estońskiego. Rodzina to jednak daleka i niezbyt zgodna: także Finowie, słysząc węgierski na mieście, przystają z miną zaciekawioną (czy też mówiąc inaczej: z głupio otwartymi ustami). Język madziarów jest bowiem tak inny od pozostałych języków świata, że tytuł niniejszego artykułu należałoby uzupełnić. Dla opornych – czyli wszystkich poza Węgrami.
Na początek rzeczy pierwsze: piwo to sör [szyyr], wino – bor [boor], a Na zdrowie! – Egészségedre [Egesszegedre]. Dzień dobry – to też nam się przyda, choć już mniej niż poprzednie – to, w zależności od pory dnia: Jó reggelt kívánok [Jo reggelt kiwanok] – tak do 10 rano, Jó napot kívánok [Jo napot kiwanok] – przez resztę dnia, oraz Jó estét kívánok [Jo esztet kiwanok] – wieczorem. Jeżeli chcemy życzyć komuś dobrej nocy, powiemy mu Jó éjszakát [Jo ejsokat]; gdy chcemy się grzecznie pożegnać, rzucimy uprzejmie Viszontlátásra [Wisontlataszra]. To jednak wszystko frazy formalne i nieco sztywne. Gdy jesteśmy w gronie przyjaciół, przywitamy się i pożegnamy mówiąc Sziasztok [Sijastok], bądź też, gdy jesteśmy nudni i mamy tylko jednego znajomego, przy użyciu Szia [Sija]. Możemy też, pełni szarmancji i wdzięku, zapytać Hogy vagy? [Hodź wadź], czyli Jak się masz? – bądźmy jednak szczerzy, nie zrozumiemy odpowiedzi.
Nie wolno nam oczywiście zapomnieć o dobrych manierach. Gdy ustąpimy starszej pani miejsca w autobusie, ta powinna powiedzieć nam Köszönöm [Kysynym]. My, w zależności od sytuacji, możemy odpowiedzieć jej Nincs mit [Nincz mit], czyli Nie ma za co, bądź też – jeśli uważamy nasz czyn za heroiczny – Szívesen [Siweszen], czyli Proszę. Podając kasjerce pieniądze w sklepie powiemy Tessék [Teszszik]; Tessék powiemy też, gdy czegoś nie zrozumiemy, przyda nam się więc to bardzo często. Trzecim magicznym słowem jest Bocsánat [Boczanat]; gdyby ktoś z was chciał mnie za coś przeprosić, to właśnie w ten sposób.
Warto też by było Węgrom powiedzieć coś o sobie; niech mówią dobrze lub źle, lecz niech nie przekręcają nazwiska! Jestem Michał to po węgiersku Michał vagyok [Michał wadziok]; jako zaś że studiuję, to wolno mi jeszcze dodać Díak vagyok[Dijak wadziok] (Jestem uczniem/studentem) lub też nawet Erasmus díak vagyok (w swobodnym tłumaczeniu: Imprezuję i zwiedzam za wasze pieniądze). Możemy też się pochwalić krajem ojców: Polska to Lengyelország [Lendzielorsag], Jestem Polakiem to zaś Lengyel vagyok. No i wreszcie coś, co zna każdy Madziar i to często po polsku: Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát [Lendziel, madziar - ket jo borat, edziyt harcol, sz iszso borat], czyli nasze swojskie: Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki.
By uniknąć konfuzji i nieporozumień – a także niezbyt subtelnych napadów śmiechu – musimy sobie wyjaśnić kilka spraw. Węgrzy na porządku dziennym używają słów w Polsce powszechnie uznanych za nieobyczajne; mam więc przyjemność napisać je teraz bez bycia w konsekwencji chamem. Pipa to po węgiersku tytoń – a tytoń, ważny surowiec i trucizna, ma w Budapeszcie nawet własną ulicę. Z kolei ruha to nic innego jak ubranie lub sukienka, cipö to zaś para butów; na ulicach często widać szyldy Ruhakcipö, czyli Ubrania – obuwie. Gdy się człowiek nad tym głębiej zastonowi, to aż strach pomyśleć co po węgiersku oznaczają słowa takie jak zegarmistrz, kredyty czy korkociąg.
Jeśli jesteśmy ambitni – no a przecież ambicją aż się do nas świeci – to nauczymy się też liczyć po węgiersku. I tak: jeden to egy [edź], dwa to kettő [ketty], trzy – három [harom], cztery – négy [nedź], pięć – öt [yyt], sześć – hat [hot], siedem – hét [het], osiem – nyolc [njolc], dziewięć – kilenc [kilenc], a dziesięć wreszcie to tíz [tiiz]. A dalej już prosto i logicznie: jedenaście – tizenegy [tizenedź], dwanaście – tizenkettő [tizenketty], trzynaście – zgadniecie już sami. Dwadzieścia to húsz [hus], trzydzieści zaś harminc [harminc]; reszty nauczymy się zaś, gdy nam będzie potrzebna. Póki co umiemy już powiedzieć: Husenhárom éves vagyok [Husenharom iwesz wadziok] – Mam dwadzieścia trzy lata, Öt sör [Yyt szyyr] – Pięć piw i Egy csók, könyörgök! [Edź czok, kyńyrgyk] – Błagam, jeden całus!
No i na koniec zdania najbardziej pierwotne. Nem tudom (czytane jak u nas) znaczy tyle co Nie wiem; Bocsánat, nem értem [Boczanat, nem irtem] to tyle co Przepraszam, ale nie rozumiem. Możemy też ratować się przy użyciu Nem beszelek magyarul [Nem beselek modziorul]. Poinformujemy tym Węgra, że Nie mówimy po węgiersku – a nasza masakryczna wymowa tylko to potwierdzi. I gdy tak będziemy temu wszystkiemu zaprzeczać, gdy będziemy to wszystko przekręcać i przeinaczać – to uśmiechajmy się słodko i pewnie: zawsze mamy przecież w zapasie stare i dobre Do you speak English?
“Panie Boże Brodaty, co ołtarze masz w kwiaty
i Ci ludzkość na tacę grosz sypie!
Pochyl mądrą swą głowę nad tym, co jedna z owiec
Twych chce zawrzeć w poniższej liryce!
Sytuację swą streszczę: na robotach jam w mieście,
które dobry załatwił mi bliźni.
Praca trochę jak Twoja: z części składam Game Boya,
projektuję też mapy do Tibii.
Patrzę na ludzi z góry tak jak Pałac Kultury,
bo choć pensje mam raczej przyziemne,
to firma mi tak miła sobie gniazdko uwiła,
tam gdzie chmury ściskają wpół żelbet.
Poziom czterdziesty trzeci, słońce grzeje mi w plecy,
biurko ciepłe zaś jest jak piekarnik;
windows ciągle się wiesza, szef zaś grzmi jak pepesza,
(a rozmiary to ma jak pół armii).
Reszta naszego biura także nie jest ponura:
czajnik, szafki i druk na papierze.
Dla zabicia zaś nudów szafka od łubu-dubu,
zwana zresztą tu pokojem zwierzeń.
Wiem, żeś świat tworzył szczodrze, ale to nie jest dobre,
więc mam prośbę o małą lustrację:
skróć mi męki lub pracę, lato wyślij na spacer
albo szefa choć weź w delegację.”
List ten wysłałem mejlem: wybrałem papeterię
i skończyłem wymyślnym podpisem:
że tak proszę oddany, “szczerze tu podpisany
et cetera per astra – ja, Misiek.”
Mniej czekałem niż dobę, a już w skrzynce odpowiedź:
“Witam ślicznie! Bądź nadal wydajny,
nie żal się na swą dole, pracuj z potem na czole!
26 stycznia 2000 roku Rage Against The Machine zagrało powyższą piosenkę w dość niecodziennym miejscu: przed drzwiami Nowojorskiej Giełdy, w samym centrum Wall Street. Koncert był jednocześnie próbą nakręcenia teledysku – reżyserem zaś był Michael Moore, reżyser znany z “Zabaw z bronią” i “Fahrenheit 9/11″. Dyrekcja Wall Street, bojąc się że alterglobalistyczna grupa wtargnie do środka, zabarykadowała giełdę przed muzykami; oni sami zaś zostali prędko zatrzymani przez policję i ochronę budynku. Co pozostało to ten teledysk – przyjemny przykład dobrego starego buntu.
* * *
Oczywiście, zawsze jest jakieś ale i drugie dno: teledysk był przebojem w MTV, został nawet nominowany do MTV Video Music Awards, gdzie przegrał tylko z Limp Bizkit. Nie ostał się więc nam bunt w pełni czysty: jeśli jednak odrzucimy tą późniejszą otoczkę, to całe to zamieszanie jest ciągle przyjemnie punkowe:)
Pan Bóg patrzy na łąkę. Pod kopułą z trawy
są mrowiska i kopce; drobne Wieże Babel,
drapacze ziół i turzyc..
……………………………….Na ich ciepłych ścianach
kłębią się mniejsze z nacji. Też mają zadania,
plany, myśli i cele. Tyle samo rojeń,
takie same ambicje, sukcesy, podboje,
krótkotrwałe imperia. Podobny szał czułków,
dreszcz odnóży i miłość, choć w innym gatunku,
oraz strach. Smutek cichy, że nic ponad ciało,
że tak krótko i drobno. Ta rozpacz, ta żałość,
ten wyrzut, że prócz świata nie ma nic na świecie.
Bóg uśmiecha się skrycie – i chowa za mleczem.
[III 2006]
Akademik, co w mieście jest Toruń,
przeżył cud, gdy doń przyszło dwóch z BOR-u.
Czeluść nieb się otwarła
i z niej wypadł jak manna,
grad HD-ków, płyt i monitorów.
W kraju Persów nad rzeką Tygrysem
znalezioną tabliczkę z napisem:
“Tetris. Dobra grafika.
Starczy mieć niewolnika,
z oryginałem dajemy hurysę.
Z kumplem Jackiem, co z grodu jest Kraka,
grałem w Wormsy przy flaszce swojaka.
Jeńców tam się nie brało,
ostrzał trwał dobę całą
i tak żeśmy zalali robaka.
It’s nine o’clock on a Saturday The regular crowd shuffles in There’s an old man sitting next to me Making love to his tonic and gin He says, “Son can you play me a memory I’m not really sure how it goes But it’s sad and it’s sweet And I knew it complete When I wore a younger man’s clothes” Sing us a song you’re the piano man Sing us a song tonight Well we’re all in the mood for a melody And you’ve got us feeling alright Now John at the bar is a friend of mine He gets me my drinks for free And he’s quick with a joke or to light up your smoke But there’s someplace that he’d rather be He says, “Bill, I believe this is killing me” As a smile ran away from his face “Well, I’m sure that I could be a movie star If I could get out of this place” Now Paul is a real estate novelist Who never had time for a wife And he’s talking with Davy, who’s still in the Navy And probably will be for life And the waitress is practicing politics As the businessmen slowly get stoned Yes they’re sharing a drink they call loneliness But it’s better than drinking alone Sing us a song you’re the piano man Sing us a song tonight Well we’re all in the mood for a melody And you’ve got us feeling alright It’s a pretty good crowd for a Saturday And the manager gives me a smile ‘Cause he knows that it’s me they’ve been coming to see To forget about life for a while And the piano sounds like a carnival And the microphone smells like a beer And they sit at the bar and put bread in my jar And say “Man what are you doing here?” Sing us a song you’re the piano man Sing us a song tonight Well we’re all in the mood for a melody And you’ve got us feeling alright
Powiedzmy sobie szczerze: Bóg, wymyślając Budapeszt, miał naprawdę dobry dzień. Atrakcji, którymi obdarzył to miasto, starczyłoby pewnie jeszcze na dwie stolice i nie ma krztyny przesady w banalnym stwierdzeniu, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Muzycy i poeci mają tu swój Dunaj; trzeba być co prawda daltonistą, by twierdzić, że jest modry – ale i w zwyczajniejszych barwach wygląda przyjemnie. Na jego wschodnim brzegu ziemia jest płaska i urodzajna w puby; brzeg zachodni to zaś miejsce górzyste, dobre do pieszych wycieczek, zwiedzania jaskiń i robienia pikników. Są tu lasy i parki, wyspy i wzniesienia; tu i ówdzie wytryskają gorące źródła, które kiedyś dały temu miejscu rzymską nazwę Aquincium, dziś zaś obsadzone są łaźniami. Turystom zaś – bo jak tu nie być turystą w takim miejscu – dał dobry Bóg Górę Gellérta, która robi to, co przykazane jest każdej przyzwoitej górze – góruje nad miastem.
Kamienne schody naprzeciwko Mostu Wolności; tu można zacząć wspinaczkę.
Wzgórze – zwane dawnej Pesti-hegy, czyli Górą Krasową – nie miało do niedawna u Węgrów dobrej prasy. W czasie kontrreformacji uważano, że majestatyczne wzniesienie to miejsce nieczyste, pełne czarownic i ich nocnych spotkań. Dopiero w XIX wieku zaczęto uprawiać tu winorośl, którą na wino przerabiano na pobliskim Tabanie, dzielnicy urokliwej choć w owym czasie dość niebezpiecznej. Po upadku węgierskiego powstania w 1848 roku Austriacy zbudowali tu cytadelę, która miała im dać panowanie nad miastem. W 1945 roku cytadela po ciężkich walkach została zdobyta przez Armię Czerwoną; w 1956 roku, w czasie antykomunistycznej rewolucji, radzieckie czołgi ostrzeliwały stąd stolicę.
Można powiedzieć, że liczba nieszczęść, które dosięgły tę górę, odpowiada losom jej patrona. Gerard Sagredo, włoski biskup i misjonarz, przybył tu na początku XI wieku, by nawrócić Węgry. Nawracał je tak długo, aż go w końcu zabili. Jego morderstwo przypisuje się pogańskiemu wodzowi Vacie, który w 1046 zbuntował się przeciw królowi. Podanie głosi, że biednego biskupa zabrano na Pesti-hegy, wsadzono do nabitej gwoździami beczki i spuszczono z góry aż do Dunaju. W 1083 roku kanonizowano męczennika, a od XV wieku góra nosi jego imię. Dziś stoi na niej, widoczny świetnie z Mostu Elżbiety, pomnik świętego: przed majestatycznym biskupem klęczy, w pozie pełnej pobożności, węgierski Asterix.
Majestatyczne plecy biskupa Klęczący Węgier
To jednak nie pomnik świętego Gellérta przykuwa uwagę: tym, co naprawdę przyciąga wzrok jest stojący na samym szczycie Pomnik Wolności (Szabadság-szobor). Odlany z brązu, przedstawia kobietę trzymającą w rękach liść palmowy. Monument ustawiono na wzgórzu w 1947 roku; plany jego postawienia sięgały już jednak roku 1942. Wtedy to na froncie wschodnim zginął syn faszystowskiego dyktatora Węgier, Miklosa Horty’ego. Syn był pilotem, kobieta – jak głosi legenda – miała więc początkowo trzymać w rękach śmigło. Zwycięskie wojska radzieckie zmieniły rzecz jasna ten projekt: śmigło zastąpiono palmą, dodano czerwoną gwiazdę i rosyjskie napisy, i w ten sposób monument upamiętnił radzieckich żołnierzy. W 1989 roku usunięto komunistyczne symbole: dziś monument ma wspominać wszystkich tych, którzy przelali krew za Węgry.
Pomnik Wolności
U podnóża góry, tuż obok hotelu i łaźni Gellérta, znajduje się jeszcze jedno ciekawe miejsce: grota i znajdujący się dziś w niej kościół. W XIX wieku jaskinia była zamieszkiwana przez biedną węgierską rodzinę; sytuacja zmieniła się dopiero w 1920 roku, kiedy to grotę zajęli paulini, budując tam klasztor i kaplicę. Świątynia funkcjonowała do 1951; wówczas to komunistyczne władze zamurowały wejście do pieczary, przeora skazały na śmierć a pozostałych mnichów zamknęły w więzieniach. Dopiero w 1989 otwarto ponownie kościół, który dziś jest także popularną atrakcją turystyczną. W środku znaleźć można niewielki labirynt małych kapliczek, nastrój zaś robi się mistyczny i tajemniczy. Znajdziemy tam też polski ślad: kaplicę Matki Boskiej Częstochowskiej, z tablicą ku czci Polaków poległych na frontach Europy i orłem w koronie.
Wejście do Kościoła w Skale
Polska kaplica w Kościele w Skale
Nim jednak zejdziemy do tego kościoła, trzeba nam jeszcze zatrzymać się na szczycie. Widok jaki tam zobaczymy to nie jest żaden erzac ani byle co! Patrząc na północ dojrzymy Górę Zamkową, Most Łańcuchowy, Parlament i Wyspę św. Małgorzaty; na zachodzie widać Most Elżbiety i Katedrę św. Stefana, na południu zaś Most Wolności i Hotel Gellért. A między tym wszystkim, szeroko, spokojnie i niemodro, płynie sobie Dunaj – a gdzie nim możemy dopłynąć, to już inna historia.
Most Łańcuchowy, Parlament, Most i Wyspa św. Małgorzaty
Most Elżbiety nocą; ośietlony kościół koło lewego przęsła to Belvaros, najstarszy kościół w mieście.
Widok na Most Wolności i Most Petőfiego.
Zawartość niniejszej strony chroniona jest prawem autorskim. Wykorzystanie zamieszczonych tu materiałów możliwe jest tylko i wyłącznie za zgodą autora, którą to zgodę od autora uzyskać można względnie łatwo. Wystarczy poprosić :)