Dziewczyna z perłą
kwiecień 14, 2008
Jak widzicie, pozazdrościłem Mona Lisie dwa posty niżej. Rezultat może nie jest najlepszy, ale oryginalny : )

wg. “Dziewczyny z perłą” Jana Vermeera
Z Kochanowskiego
kwiecień 14, 2008
Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
moja droga Urszulo, tym zniknieniem swoim!
Płótna, płowe arrasy, kandelabr, zastawa,
waza z trzeciej dynastii, papużka, agawa,
telewizor, samochód z dodatkami z chromu:
nie masz zabawki, nie masz rozśmiać się nikomu!
Wszystkoś, babo, zabrała: polisy i weksle,
biżuterię, klejnoty, podpis Heike Drechsler,
nawet kolekcję znaczków i dzieła Stendhala:
wszytkiś w domu kąciki pierwej pobiegała!
Nową wieżę mi wzięłaś i stos CD-romów;
teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu!
Nigdy więcej żeniaczki! To skandal, nie miłość!
Jednym małym rozwodem tak wiele ubyło!
Namaluj własną Mona Lisę
kwiecień 11, 2008
Do wykonania Mona Lisy - jak widać na poniższym przykładzie - potrzeba teoretycznie jedynie Painta, trochę wolnego czasu i szczypty talentu. Piszę “teoretycznie”, bo w moim odczuciu autor obrazu ma talentu całą hałdę: to co robi przy użyciu Painta jest doprawdy imponujące. Ja już mu pozazdrościłem i uczę się w Paincie rysować kwadraty; szczerze radzę, zazdroście i Wy! :)
Plemnik w okowach
marzec 21, 2008
Pierwszy z nich jest w militarne ciapki: to obowiązkowa jedynie dla panów służba wojskowa. Zwolennicy tej nierówności wskazują najczęściej na tradycyjny podział ról: mężczyzna jako istota waleczna i brutalna winien sposobić się do wojny, kobieta zaś będąc słabszą i delikatniejszą - do roli matki-Polki, karmicielki i piastunki dziecięcej. Argument to jednak przeciętny, bo bazujący na stereotypach krzywdzących dla obu płci. Płeć brzydka w tej wizji świata to nic innego jak mięso armatnie; płeć piękna zaś niewiele ponad służący do rodzenia dzieci inkubator. A przecież - powtarzam za ruchem feministycznym - wiele kobiet czuje powołanie nie do rodzicielstwa, a do służby w armii, tak jak i wielu mężczyzn nie nadaje się do pójścia w kamasze. Dlaczego więc tylko mężczyźni mają obowiązek nosić mundury? Czy nie byłoby sprawiedliwiej nałożyć ten obowiązek na obie płcie (tak jest na przykład w Izraelu), umożliwiając każdemu, kto chce zastępczą służbę wojskową? Pacyfiści, osoby delikatniejsze i słabsze mogłyby - bez względu na płeć - odbyć służbę w szpitalach; waleczniejsze jednostki mogłyby zaś do woli rozkręcać karabiny i rozrabiać w koszarach. To likwidowałoby ten krzywdzący podział, lecz dla mnie (z racji książeczki wojskowej) nie byłoby satysfakcjonujące. Lepiej wszak zwolnić obie płcie z poboru i pozostawić wojsko zawodowcom - nieważne jakie by produkowali gamety.
Wojsko to walka; i dom rodzinny może się niestety zmienić w pole bitwy. Jak wykazują statystyki przemocy domowej w Polsce, to kobiety są częściej bite i policzkowane; dla sprawców takich przestępstw nie może być usprawiedliwienia. Badania dowodzą jednak - co zaskakujące - że to mężczyźni częściej niż kobiety są ofiarami przemocy psychicznej: to panie częściej grożą i częściej stosują wyzwiska. Kobiety też rzadziej niż mężczyźni przyznają się do używania przemocy i są łagodniej oceniane: rzadziej skazuje się je na karę więzienia i częściej zawiesza się im wyroki. Społeczeństwo gotowe jest bowiem usprawiedliwiać agresję wobec panów, tłumacząc ją bezsilnością płci pięknej i przewagą fizyczną mężczyzn. Stereotyp silnego, twardego barbarzyńcy powoduje też, że mężczyźni zgłaszają przypadki przemocy tylko w ekstremalnych sytuacjach - obawiają się bowiem, że donoszenie o wszystkich jej przypadkach naraziłoby ich na śmieszność. Taka społeczna atmosfera potęguje bezprawność sprawczyń, a jednocześnie zaniża statystykę przemocy wobec panów: takie nastroje społeczne to także przykład dyskryminacji. Dopiero wówczas, gdy równie surowo karać będziemy oprawców w spodniach i spódnicach, a mężczyźni nie będą wstydzili mówić się o atakach na nich - uzyskamy równość płci.
W domu więc czasem facetom niedobrze: nie lepiej też z pracą! Prawdą jest, że mężczyźni zarabiają lepiej od kobiet, mimo iż panie są często lepiej przygotowane do zawodu - i to jest skandal, który w tym miejscu piętnujemy. Jednocześnie jednak istnieje pewna presja społeczna nakierowana na mężczyzn: facet - by wyartykułować to przekonanie - winien dobrze zarabiać i zajmować się czymś odpowiednim dla jego płci. Ten stereotyp sprawia, że mężczyźni mają utrudniony dostęp do zawodów takich jak wychowanie przedszkolne, praca w żłobku czy pielęgniarstwo. Oczywiście: nikt im nic wprost nie zabrania, ale narażają się oni na śmieszność, kwestionowanie ich męstwa, lekceważenie czy nawet podejrzenia o chorobliwe skłonności. Istnieje też presja, by płeć brzydka przy wyborze zawodu kierowała się raczej jego prestiżem i zarobkami pozwalającymi utrzymać rodzinę niż rzeczywistymi zainteresowaniami. System społeczny niejako nakierowuje więc mężczyzn na zawody zasadniczo mniej satysfakcjonujące, ale lepiej płatne. Widać to także w konstrukcji systemu emerytalnego: mężczyźni muszą pracować o pięć lat dłużej, za co otrzymują wyższe emerytury. Nie pozostawia im się tu wyboru - i dlatego to także jest dyskryminacja.
Hegel był chyba pierwszym filozofem, który operował pojęciem dominacji językowej. Seksizm językowy - polegający na tym, że pewne pojęcia kojarzą nam się z określoną płcią - dotyka, zaznaczmy to znów, w przeważającej mierze kobiet. Zauważmy: słowa takie jak “prezydent”, “minister”, “prezes”, “polityk”, kojarzące się z władzą, panowaniem i wysoką pozycją społeczną są w podstawowej formie rodzaju męskiego i nie mają jakiegoś naturalnego, żeńskiego odpowiednika - co najwyżej możemy mówić o “pani prezydent” czy “prezesce”. Z kolei zawody pełne podległości, służebności, zawody gorzej płatne i zapewniający niższy prestiż, kojarzą się zazwyczaj z kobietą; zawody te są w podstawowej formie określane wyrazami rodzaju żeńskiego i im z kolei brak naturalnego, męskiego odpowiednika. Wyrazy takie jak “sprzątaczka”, “praczka” czy “prostytutka” brzmią naturalnie; “sprzątacz” brzmi już jednak sztucznie, “pracz” to raczej szop niźli piorący mężczyzna, a słowo “prostytutka” w ogóle nie ma swego męskiego odpowiednika. Gdy więc myślimy o osobie wykonującej jakąś rolę społeczną, zawód lub funkcję, wówczas przyporządkowujemy jej płeć wedle naszych stereotypów i uprzedzeń; stereotypy te są w większości krzywdzące dla kobiet - język jest jednak czasem okrutny także dla mężczyzn. Facet zajmujący się dziećmi zawsze będzie w powszechnym rozumieniu “opiekunką” czy “przedszkolanką”; język nie wypracował męskich odpowiedników nazw tych zawodów, mężczyzna taki zawsze będzie więc narażony na śmieszność i językowe kwestionowanie przynależności do własnej płci. Co więcej, w powszechnym użyciu nie istnieje w ogóle pojęcie “praw mężczyzn” - mówi się zaś szeroko o “prawach kobiet”. A jak dochodzić skutecznie praw, dla których nawet nie skonstruowano osobnego pojęcia? Wszak żeby coś w świadomości społecznej istniało, trzeba to najpierw jakoś nazwać.
Spostrzegliście już pewnie, że póki co nie pojawiło się kolejne z ważkich pól narodowego kłócenia się: sprawa aborcji. Przerywanie ciąży to temat niezwykle kontrowersyjny, co do jednego jednak ustawodawstwo jest zgodne: decyzja w zakresie dopuszczalnej aborcji należy wyłącznie do kobiety. Takie rozwiązanie to oczywistość, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu lub gdy zagraża zdrowiu lub życiu kobiety - nie należy wszak nagradzać gwałciciela prawami do dziecka, nikt też nie może żądać od kobiety ryzykowania własnym życiem. Sytuacja nie jest już jednak tak klarowna w przypadku spędzania uszkodzonego płodu, czy też (co zakazane w Polsce lecz dopuszczalne na Zachodzie) w przypadku aborcji dokonanej przez kobietę w trudnej sytuacji życiowej bądź też wykonanej po prostu na jej żądanie. Zauważmy: kobieta może przeprowadzić taki zabieg bez wiedzy i zgody mężczyzny; nie ma on żadnych praw do dziecka, mimo iż jest jego ojcem. Dlatego też często wymienia się prawo aborcyjne jako jaskrawy przykład dyskryminacji mężczyzn - lecz ja się z tym nie zgadzam. Owszem, prawo mężczyzny do dziecka jest tu podporządkowane prawu kobiety do wyboru - ale tak właśnie być powinno. W rzeczywistości bowiem ciąża zawsze stanowi potencjalne zagrożenie dla życia i zdrowia kobiety: czy to przez sam fakt porodu czy to przez przypadłości jej towarzyszące. Dlatego decyzja o usunięciu lub utrzymaniu ciąży powinna być podejmowana tylko przez kobietę, bo to wyłącznie ona może rozporządzać swoim zdrowiem. Mężczyzna ma jednak prawo do informacji o usunięciu ciąży, nawet jeśli kobieta nie życzy sobie ujawniać tego faktu - może on przecież nie akceptować takich metod i kobiet je stosujących. Prawo do informacji - to także jakieś prawo.
Z powyższego można by wysnuć wniosek, że próbuję tu dokonać jakiegoś przewartościowania, odwrócenia relacji między uciskającymi a uciskanymi, wyrównania rachunku krzywd. Tak nie jest. Cytując byłego premiera: jest oczywistą oczywistością, że to kobiety dyskryminowane są częściej. Ważne jednak, by pamiętać że i płeć brzydka bywa tą słabszą. To - paradoksalnie - ważne także dla kobiet: jeśli bowiem mężczyźni choć raz zrozumieją, że też mogą być uciskani, to może łatwiej będzie im się wczuć w rolę dyskryminowanej płci pięknej. Interesy pań i panów nie są więc przeciwstawne; siła leży w jedności, a walka o równouprawnienie to nie walka płci. To walka - zakończmy optymistycznie - między tymi, którzy już zdali sobie sprawę z nierówności, a tymi, którzy dopiero to zrobią.
Tom Standage: “Historia świata w sześciu szklankach”
marzec 20, 2008
HISTORIA ŚWIATA W SZEŚCIU SZKLANKACH (Tom Standage, 2005, tyt. oryg. A History of World in Six Glasses, tłum. Anna E. Eichler i Piotr J. Szwajcer)
Jeżeli spytacie mnie o najbardziej niezwykłą periodyzację dziejów - to bez cienia wątpliwości wskażę na tę zaproponowaną przez Toma Standage’a. Trzeba mieć tupet i poczucie humoru, by historię świata podzielić nie według bitew, władców czy dominującej ekonomii - a według tego, co człowiek ma w szklance. Tak jednak właśnie czyni ów Szalony Periodyzator, tnać nasze dzieje na - kolejno - erę piwa, wina, whisky i rumu, kawy, herbaty i coli. Opisując historię każdego z trunków, Standage znajduje czas na kilka zabawnych anegdot: dowiemy się więc, że colę sprzedawano pierwotnie w aptekach, kawie wytoczono w dziejach przynajmniej dwa procesy, a na jednej ze słynnych piramid widnieje starożytne graffiti głoszące, że byli tam “pijacy Menkaury”. I takie drobne ciekawostki, takie michałki, takie mało istotne, ale błyskotliwe przyjemnostki są największą zaletą tej książki. Może w niej razić upór i jednostronność z jakim autor stara się tłumczyć ważkie wydarzenia takim czy innym napojem; Polaków i Rosjan musi zaś boleć zupełny brak wódki. Ale robi błąd ten, kto tę książkę traktuje poważnie: to przecież tylko zbiór selektywnie dobranych i przedstawionych faktów, okraszonych smacznym humorem i lekkim w lekturze stylem. Po co więc ta książka? Chyba po to, by przy kieliszku móc zabłysnąć ciekawą anegdotą - jak pokazuje Standage tak także tworzy się historię ludzkości.
Mirka Szychowiak “Dżudżudżudżu”
marzec 16, 2008
Wiersz do przeczytania TUTAJ.
Mirka Szychowiak - która, czym zawsze się chwalę, publikowała kiedyś także w Periodyku - ma już na swoim koncie debiutancki tomik i licznych czytelników, zwłaszcza w internetowym kręgach. Wiersz “Dżudżudżudżu” (link powyżej) ulubiłem sobie szczególnie; co mnie tu zachwyca, to język i tempo przekazu. Wiersz nie jest może pośpieszny, ale czuć w nim ciągły ruch, zmiany tempa, wicie się i kotłowanie; słowa kręcą się po kartce jak stado ruszaków. Zachwyca mnie też język, pozbawiony wzniosłości, przyziemny i codzienny - ale nie zwyczajny. Dzięki niemu przekaz jest autentyczny, nie widać też - tak częstej u innych autorów - pracy nad estetyką wiersza; tu swoiste piękno powstaje mimochodem i jest odmiennego rodzaju. Tu, pomiędzy “Póki nie/ odkurwi się hotel nowy świat od strychu po piwnicę.” a “z uwagi na gwałt zbiorowy, w którym przypadła mi/ rola ofiary”, mamy jak na dłoni całe bogactwo słownictwa, całą rozmaitość językową, tak charakterystyczną dla autorki. Tak jak gleba jest pełna interesujących stworzeń, tak język Mirki Szychowiak bogaty jest w zdania ciekawe i cieszące oko.
Trzecia garść statystyk
marzec 16, 2008
Konkurs logiczny (rozwiązanie)
marzec 15, 2008
Pora rozwiązać konkurs logiczny - konkurs, niestety, bez zwycięzców. Czy się nie udało, czy nie było motywacji - w każdym razie poprawna odpowiedź się nie pojawiła. Pozostaje mi tylko wkleić właściwą kombinację i stwierdzić, że liczne nagrody przechodzą w ręce organizatora. Do wygrania były: samochód osobowy, laptop, wieża hi-fi, telewizor plazmowy, zestaw kosmetyków, nieruchomość w Warszawia, lodówka, pralka i ręka królewny. Niniejsze nagrody organizator zachowuje dla siebie z wyjątkiem rzeczonej ręki, którą przekazuje prosektorium Akademii Medycznej w Poznaniu.

Siedem cudów farby
luty 19, 2008
Kiedy stoję przed obrazem - a ostatnimi czasy zdarza mi się to częściej niż kiedyś - to niemal zawsze patrzę na dzieło jakby było skończone i to skończone od zawsze. Jest dla mnie czymś, jak to się mówi mądrze, zastanym; czymś co już było przedtem, ale ja to dopiero spotkałem. Patrzę więc na te wszystkie przedwieczne kropki i linie, na te prastare bohomazy i pradawne abstrakcje i widzę w tym - błędnie rzecz jasna - graficzne objawienie, rodzaj malarskiego zwiastowania. A przecież obraz to wynik długiej ewolucji, setek zmian i poprawek; obraz też się rodzi i dorasta na płótnie.
Obserwowanie tego dorastania może być interesujące; poświęcono mu wiele programów popularnonaukowych. Współczesna technika daje nam bowiem nowe możliwości i dzięki niej możemy dowiedzieć się jakich zmian dokonywał artysta; możemy - zauważmy metaforycznie - wejrzeć pod wierzchnie warstwy farby, zajrzeć obrazom pod spódniczki. Mamy możliwość dowiedzieć się jak zmieniała się malarska wizja; gdy mamy dość sprzętu i cierpliwości, to jesteśmy wstanie prześledzić te przemiany kropka po kropce i impast po impaście.
.
.

Leonardo da Vinci - Mona Lisa
.
.

Czymże byłby renesans bez Witruwiusza i jego człowieka! Czymże był człowiek witruwiański bez kwadratu, bez koła i bez - okularów?! Otóż tak, okularów. Okazuje się, że człowiek wiruwiański w wersji pierwotnej, najwcześniejszej, miał okulary, które silnie podkreślały sferyczność całej kompozycji. Sferyczność podkreślona była także fryzurą postaci i ułożeniem jej ust: okazuje się więc, że niewłaściwą nazwą była popularny niegdyś Homo quadratus - winniśmy go zwać raczej Homo sphericus.
* * *

Sandro Boticelli - Narodziny Wenus
.
.

Leonardo da Vinci - Dama (?) z gronostajem (?)
.
.
.

Michelangelo Buonarroti - Stworzenie Adama w Kaplicy Sykstyńskiej
Kolejna niespodzianka: Bóg według Michała Anioła to nie brodaty starzec, do jakiego tak łatwo przywykliśmy. Michał Anioł jest bardziej wymagający, bardziej ambitny, żąda od nas więcej - przedstawia Boga jako krótko ostrzyżonego, młodego mężczyznę. Bóg uśmiecha się - można powiedzieć, że stworzenie człowieka to dla niego żart i figiel. Niewiele zmienia się w postaci Adama - ta postać nadal jest zborna, muskularne ciało wydaje się naturalnie, harmonijnie dostosowane do przedstawionej tu twarzy. Całość stworzenia nabiera tu charakteru zabawy - Bóg jest tu jeszcze bliżej człowieka.
.
.

Jan Vermeer - Dziewczyna z perłą
.
.
.

.
Efekt motyla
luty 18, 2008
Jak każdy względnie uczciwy człowiek gotowy jestem przyznać, że większość naprawdę ważnych rzeczy zdarzyła mi się w życiu przypadkiem. To ponoć cecha wszystkich udanych rewolucji: nie są planowane, po prostu ziarno trafia na podatny grunt. Myślę, że kilka lat temu, w okolicach roku 2001, byłem podatny jak nigdy: leżąc w kąpieli czekałem, aż jakiś sufler mi powie “Eureka”. Takim suflerem był Adam (Phnom Penh), który w pierwszym mailu, jaki otrzymałem od AM napisał, że tekst jest “dość fajny” i że “pisz dalej”. Napisał zresztą dużo więcej i dużo krytyczniej; ale tak po prawdziwie, to tylko na powyższe zwróciłem uwagę.Początek był niepozorny: ot, płyta w napędzie i przycisk “Rozpakuj”. To jednak, powiadam, typowe dla wszystkich początków i dlatego właśnie tylko najmądrzejsi są w stanie poznać rzeczy istotne i trwałe. Ja taki mądry nie byłem: trzeba było roku lub dwóch bym naprawdę zrozumiał, że Action Mag to nie jest jakiś epizod czy kontynuacja. To nie odskocznia ani przerywnik: tu naprawdę coś się zaczęło.
Na starcie wyglądało to trochę jak program SETI: niby coś się nadawało, niby coś się odbierało, ale ciężko było uwierzyć, że ktoś jest po drugiej stronie. To była rzeczywistość binarna, w której nie do końca chyba umiałem widzieć ludzi. Dopiero zloty pokazały mi osoby z krwi i kości, ludzi, którym nie tylko chce się pisać - ale i robić rzeczy młodzieńcze. Mimo spotkań, wciąż jednak była to tylko jedna z szufladek, “życie dwa”, które nie mieszało się z codziennością. Życia te miały się jednak w przyszłości wymieszać niechybnie; dziś lubię sobie wyobrażać jak łączą się ich splątki. Wreszcie (i to był moment przełomowy) Grzesiek zszedł się z Kasią; urodził im się Marcel, zostałem jego chrzestnym - a przez nich pojawiła się Laura. To w tym punkcie stało się jasne, że te dwie ścieżki się zbiegły i że AM - a raczej to wszystko, co z nim związane - trzeba uznać za rzecz stałą. I nawet gdy już nie będzie samego magazynu (a taki moment kiedyś musi nadejść), to - patrząc na to, co z niego przetrwa - pamiętać będę o jednym: AM dał nam wszystkim rzeczy tak nienamacalne jak przyjaźń i ludzi tak namacalnych jak Marcel :)
A wszystko to przecież wcale się stać nie musiało; mogliśmy wszyscy przejść obok. Skoro jednak tu jesteśmy, to dbajmy o ten nasz magazyn, o tego naszego małego łącznika. Nigdy przecież nie wiadomo jaką siłę rażenia będzie miał następny nasz tekst; nawet ruch skrzydeł motyla może ponoć spowodować tsunami. Na setne urodziny AMu życzę magazynowi (i piszącym do niego) takich właśnie efektów: niech on kończy wojny, chroni ozon i ratuje zagrożone gatunki. A jeśli to troszkę za wiele, to niech przynajmniej zmienia ludziom życie. Z moim mu się udało.
Konkurs logiczny
luty 17, 2008
Na podstawie “Logiki praktycznej” Zygmunta Ziembińskiego.
Czyny ludzkie - ze względu na prawo - mogą mieć sześć cech:
1) mogą być nakazane (N), gdy prawo mówi, iż jakiś podmiot musi zrealizować określony czyn lub stan rzeczy; np. przedsiębiorcy nakazane jest zerejestrować swoją działalność gospodarczą, posiadaczowi telewizora nakazane jest zapłacić abonament, podatnikowi płacić podatki itd.
2) mogą być zakazane (Z), gdy prawo mówi, iż podmiot nie może zrealizować jakiegoś stanu rzeczy lub czynu; np. każdemu zakazane jest zabijać, każdemu zakazane jest niszczyć cudzą rzecz, żołnierzowi zakazane jest samowolnie opuszczać jednostkę wojskową itd.
3) mogą być przedmiotem obowiązku (O), gdy są nakazane albo gdy są zakazane; czyli przedmiotem obowiązku jest zarówno czyn nakazany (zapłata podatków) jak i zakazany (zakaz zabijania).
4) mogą być dozwolone (D), gdy nie są zakazane. Na przykład: nie ma zakazu sprzedaży alkoholu osobom dorosłym - sprzedaż im tego alkoholu jest więc dozwolona, nie ma zakazu gry na gitarze - gra na gitarze jest więc dozwolona. Czyn dozwolony może być też jednak nakazany: płacanie podatków nie tylko nie jest zakazane, a więc nie tylko jest dozwolone - ale i nakazane.
5) mogą być fakultatywne (F), gdy nie są nakazane. Na przykład: nie ma nakazu kochania małżonka - kochanie małżonka jest więc fakultatywne, nie ma nakazu pisania do Action Maga, pisanie doń jest więc fakultatywne. Czyny fakultatywne mogą być też zakazane: zabijanie nie jest nakazane, jest fakultatywne - ale i jednocześnie zakazane.
6) mogą być indyferentne (I), gdy nie są ani nakazane, ani zakazane, są więc zarazem fakultatywne i dozwolone. Gra na gitarze, pisanie do AM, chodzenie na spacery - to czynności fakultatywne i dozwolone, a więc i indyferentne.
Z kolei między tymi cechami czynów czy osób mogą zachodzić cztery rodzaje relacji:
I. relacja wynikania jednej cechy z drugiej. Na przykład z cechy bycia kobietą wynika także cecha bycia człowiekiem, ale z cechy bycia człowiekiem nie wynika cecha bycia kobietą (człowiek może być też mężczyzną). Z cechy bycia obywatelem Polski wynika cecha bycia obywatelem Unii Europejskiej, ale z cechy bycia obywatelem Unii Europejskiej nie wynika cecha bycia obywatelem Polski (bo obywatel UE może być też Niemcem, Grekiem, Słoweńcem, etc.). Oznaczmy ją strzałką: B wynika z A, czyli A—>B.
II. relacja sprzeczności jednej cechy z drugą. Sprzeczość dwóch cech polega na tym, że przedmiot czy osoba musi mieć albo jedną cechę albo drugą. Nie może mieć dwóch cech na raz i nie może nie mieć żadnej z tych cech: zawsze ma więc jedną z nich. Człowiek może mieć więc albo cechę bycia kobietą albo mężczyzną: jakąś płeć mieć musi, nie może być na raz kobietą i mężczyzną. Cecha bycia kobietą stoi więc w sprzeczności z cechą bycia męzczyzną, co oznaczymy linią pojedynczą. A jest sprzeczne z B, czyli A-B.
III. relacja przeciwieństwa jednej cechy z drugą cechą. Przeciwieństwo mamy wtedy, gdy przedmiot czy osoba nie mogą mieć na raz obu cech - mogą mieć maksymalnie jedną z nich, ale mogą też nie mieć żadnej z nich. Cecha bycia brunetem jest w relacji przeciwieństwa do cechy bycia blondynem: człowiek może być brunetem albo blondynem - ale może też nie być ani brunetem ani blondynem, bo może być na przykład łysy lub rudy. Oznaczmy tą relację linią podwójną. A jest przeciwne z B, czyli A=B.
IV. relacja polegająca na tym, że przedmiot lub osoba może mieć na raz obie te cechy, natomiast nie może nie mieć żadnej z nich, czyli zawsze musi mieć przynajmniej jedną z tych cech. Przykładem jest relacja między cechą posiadania więcej niż 1.50 m wzrostu i cechą posiadania mniej niż 1.70 m wzrostu. Człowiek może mieć bowiem na raz więcej niż 1.50 m wzrostu i mniej niż 1.70 m (np. gdy ma 1.63 wzrostu), może mieć tylko jedną z tych cech (mieć. 1.43 albo 1.90), natomiast niemożliwa jest sytuacja, gdy człowiek nie ma żadnej z tych cech (nie może mieć na raz więcej niż 1.70 i mniej niż 1.50 wzrostu). Taką relację oznaczymy linią przerywaną: A - - - B.
No i teraz pytanie: jakie relacje (I-IV) łączą cechy czynów wymienione w punktach od 1 do 6? Czy czyn dozwolony i zakazany są w relacji wynikania (a jeśli tak, to co wynika z czego?), sprzeczności, przeciwieństwa czy w tej czwartej relacji? Tą odpowiedź najlepiej udzielić za pomocą wykresu, najlepiej połaczyć symbole tych cechy tymi wszystkimi liniami.
Na przykład: w jakiej relacji ze sobą jest cecha czynu polegająca na byciu przedmiotem obowiązku i cecha polegająca na byciu nakazanym? Czy bycie nakazanym wynika z bycia przedmiotem obowiązku? Nie, bo przedmiotem obowiązku są też czyny zakazane. Czy czyn nakazany musi być przedmiotem obowiązku? Wydaje się, że tak, tak wynika z definicji czyny będącego przedmiotem obowiązku - ale sprawdźmy resztę. Czy te cechy są sprzeczne lub przeciwstawne? Nie, bo czyn może być naraz przedmiotem obowiązku i być nakazanym. Czwarta cecha też nie wchodzi w grę: czyn bowiem może ani nie być nakazany, ani nie być przedmiotem obowiązku: takim czynem jest czyn indyferentny. Znamy więc pierwszą relację: z cechy bycia nakazanym wynika cecha bycia przedmiotem obowiązku, czyli N—>O.
W konkursie rzecz jasna przewidziana jest nagroda dla pierwszej osoby, która dobrze rzecz rozwiąże - konkurs toczy się też na forum Action Maga. Odpowiedzi możecie zamieszczać tam (link na dole strony), wysyłać mi na maila lub zamieszczać w komentarzu, jako link do pliku. Gdyby się nie udało - to sam potem wrzucę rozwiązanie konkursu :) Pierwszą relację macie zaznaczoną - powodzenia z następnymi! :)))

Z rejestru strasznych słów
luty 7, 2008
Poznawać nowe słowa, rozumieć ich treść znaczy tyle, co odkrywać świat i jakoś go ogarniać. Być takim Podróżnikiem - myślę sobie wertując słownik - to znaczy wgryzać się w strukturę świata, myszkować po jego zakamarkach, oglądać pod lupą jego tkanki, jego serce, wątrobę i jelita. To sprawa intymna, a rzeczy intymne wypada robić nieśpiesznie. Poznawanie słów jest jednak intymnością dużo bardziej mozolną; nic dziwnego więc, że męczy bardziej i bardziej domaga się wypoczynku. Cały dzień odkrywania słów nuży w końcu i mnie; i ja więc - zmęczony taką sesją - pędzę do łóżka, idę w pościel, ruszam w pierzynę. Tu można uciec od terroru sylab i represji głosek; tu rzeczywistość (myślę sobie) to nieco mniej straszna trwoga.
Leżę więc w tym łóżku, kleją mi się oczy - ale spać mi jednak dość nieśpiesznie. Strach bowiem się we mnie rodzi i złowrogie pytanie: gdzie ja, na ciesielkę świętego Józefa, właściwie jestem? Jestem ja li tylko w łożu - czy też już w alkowie? A jeśli już w łożu - to na czymja leżę? Czy tapczan to czy sofa, szezlong czy wersalka? Rzucił mnie niedobry los na pryczę, czy luksusu zażywam, leżąc na otomanie? A zważywszy, że twardo mi w pupę - jest li to zabytkowe cassone, bankietka - czy też ordynarna ława? I cóż, chroń mnie święty od słowników, stoi koło mej maty: rejzbret czy serwantka, pulpit czy klękosiad, gerydon czy etażerka?
Goni mnie nawał pytań. Ja jestem, przyznaję, odważny - ale w rozsądnych granicach; uciekam więc i w popłochu zakładam ubranie. A popłoch ten wciąż rośnie - bo cóż ja zakładam? Toga to czy chiton, kontusz czy sukmana? Czymże jestem podszyty: aksamit to, adamaszek, brokat - czy też zwykły tchórz? A jeśli podszyty, to czy haftem jedynie, czy i cną mereżką? A może inaczej rzecz ma się, i miast świeckich strojów, noszę już rokietę, mucet, albę i pektorał? Może już księdzem się stałem i - uchowaj Boże! - nosić będę musiał cingulum, biały pas czystości?
Ta myśl, to już przyczynek do paniki: myślę więc, gdzie uciekać i pod jakim dachem szukać schronienia. Czy dach to mansardowy czy też z naczółkiem; z żelbetu - czy też drewniany? A jeśli drewniany, to jaką ma mieć więźbę i czy będą storczyki, mieczyki, stolce i więzary? I - rzecz to podstawowa - czy dach ma mieć pazdur, czy zwieńczą go śparogi; godzi się go kłaść strzechą, czy też jedynie gontem? I czy będą w nim facjatki, czy będą lukarnie, czy będa mury ogniowe, okapy i kosze? No i wreszcie - pytali już o to Rzymianie - jak długa ma być kalenica i zali ją przeszyć kominem?
Tak mnie otoczyły te słowa, obległy mnie te nazwy. Myślę więc: “Okopię się i najazd ten wytrzymam!”. Ale jak wytrzymać, kiedy nie wiadomo: czy stawiać zamek czy bastion, blokhauz czy kaponierę? I czy mają być baszty, czy donżon, czy barbakan, czy zrobić hurdycję czy machikuł, siać gęsto blanki - czy też robić dansker? Nie sposób powiedzieć; byłem więc bezbronny i w zdań potrzasku. Z lewej kasztel, z prawej portyk, tu wiruje loggia, tam straszy wirydarz. Tu dumb-waiter, tam murłata, a z nikąd ratunku i z nikąd pomocy; wszędzie dźwięki i słowa, ja zaś - sam i bezbronny. I pewnym już było, że los mój przesądzony, a dni policzone; pozostało mi więc zrobić rzecz męską i dumną. Tak też uczyniłem: otoczony przez nazwy, z honorem i wdziękiem zemdlałem.
Obudziłem się o dziwo we własnym łóżku i o własnej piżamie. Strach zniknął niepostrzenie; nigdzie też strojów dziwnych, ani dziwnych budowli. Jasnym się stało: sen to tylko, sen głupi! “Sen mara, dzień wiara” - pomyślałem - “trzeba strach ten nocny zrzucić z siebie, zmyć i zczesać, pozbyć się go, nastawić się w nowe tryby!” Idę więc do łazienki, idę dziarsko, przed lustrem staję i śmieję się do siebie, że tak się omamić dałem. A tchórz w lustrze patrzy na mnie i też się do mnie szczerzy - ale tak inaczej. I wtedy pojmuję, że ustami rusza, i rozumiem już, co chce mi powiedzieć: “Lustro to tylko” - pyta - “czy też aż reflektor? Obok zaś lewaterz - czy tylko dresuar?”
Dedykuję “Słownikowi terminologicznemu sztuk pięknych” Stefana Kozakiewicza.
Bernini, czyli ulotne metamorfozy
luty 7, 2008

Bernini, “Apollo i Dafne”. Rzeźba ta, rzecz jasna, to przedstawienie mityczne i żeby wiedzieć, o co w niej chodzi musimy się z tym mitem zaznajomić. Apollo, bóg piękna, poezji, muzyki, obraził Erosa, który to Eros za karę poraził go złotą strzałą miłości - i tak Apollo zakochał się w Dafne, córce Peneusa, boga rzecznego. Eros jednak, by ukarać Apolla, trafił i Dafne, lecz strzałą z ołowiu, zabijającą miłość; siła działania strzały była zresztą tak wielka, że Dafne niezdolna była pokochać jakiegokolwiek mężczyznę (stąd psycholodzy gotowi są czasem mówić o “kompleksie Dafne”). Apollo jednak chciał posiąść nimfę - ta zaś długo uciekała przed nim. W końcu jednak bliski był swojego celu: patrząc na rzeźbę widzimy, że lewa dłoń boga oplata już korpus dziewczyny. Wówczas Dafne wezwała Peneusa na pomoc; ten zaś, chroniąc ją, zamienił ją w drzewo laurowe. I tu właśnie mamy moment tej przemiany: włosy Dafne stają się liśćmi, ręce gałęziami, tułów obrasta korą, stopy zmieniają się w korzenie. Na twarzy Dafne widać przerażenie - twarz łapiącego ją Apolla jest zaś dziwnie spokojna. Dlaczego? Bo od strony skupionego na pogoni boga nie widać jeszcze tej całej przemiany, patrząc z miejsca Apolla, wchodząc w jego skórę widzimy tylko uciekającą nimfę - dopiero gdybyśmy podnieśli wzrok lub go opuścili, bylibyśmy w stanie zauważyć początki jej metamorfozy. Apollo jest więc niejako “tuż przed”, a Dafne zupełnie “w trakcie”. Za chwilę nie będzie już Dafne, a Apollo zerwie gałązkę z drzewa laurowego, zrobi z niej wieniec i ogłosi laur świętym drzewem. Sama rzeźba zaś urzekać będzie zawsze: klasycznym pięknem Apolla i dramaturgią postaci nimfy; a także wspaniałym uchwyceniem tej mitycznej metamorfozy. Dbałość o detal (stopy i włosy Dafne, trzewiki Apolla), szlachetny materiał rzeźby i ta narracja w niej ukryta - to mnie właśnie w tym dziele Berniniego niezwykle, niezwykle zachwyca.
Obrażki 18
luty 7, 2008
Jak wszyscy widzimy, nakręca się spiala żądań:

[Limeryk] Znad Odry murgrabia niedobry
luty 7, 2008
Z nad Odry niedobry murgrabia
na Ody panieństwo nastawał.
Oda myśli, że nierząd
formą pracy z młodzieżą…
W szkole tego się dziś nie omawia.
Brancusi, czyli geometria uczucia
luty 7, 2008

Rzeźba pocztówkowa i słynna: “Pocałunek” Constantin Brancusiego z roku 1908. Rumuński rzeźbiarz bardzo lubił geometrię i przedstawienia swoich rzeźb sprowadzał często do prostych figut, takich jak kula czy sześcian. Tu mamy widok od frontu na rzeźbę: ma ten widok kształt kwadratu. Z początku przedstawienie może nam się wydać nieco komiczne - ale gdy się dłużej przyjrzeć, to takie predstawienie ma sens. Kwadrat to kształt pierwotny i łatwiej jest widzieć rzeźbę jako masywny sześcian niż dwa przyległe postopadłościany, łatwiej jest widzieć postacie razem niż oddzielnie. Mimo więc, że wyraźna jest rysa dzieląca obie postacie, to one łatwo stapiają się w jedną figurę - i przy odrobinie wysiłku można widzieć kochanków jako połówki twarzy jednej postaci. I chyba o to chodziło rzeźbiarzowi: przez pocałunek kochająca się para stapia się w jedno ciało i jedną istotę.
Dzienniczek
luty 2, 2008
Oczywistym jest, iż, jak to się popularnie mówi, rodzina to jest siła! Stąd też familianci rozsiani są po całym niemal kalendarzu. Wszyscy - bądź niemal wszyscy - wiemy, że 21 stycznia święto mają babcie, a dzień później - dziadkowie; nie każdy z nas jednak celebruje 5 marca Dzień Teściowej (i to zapewne z różnych powodów). Dzień Dziecka i Dzień Matki obchodzone są rozmaicie w różnych krajach: ten pierwszy jest w Japonii podzielony zresztą na dwa święta (dziewczynek - 3 marca i chłopców - 5 maja). Zdawać by się mogło, że to kobiety (8 marca) mają więcej okazji do przyjmowania prezentów; tymczasem płeć brzydka zdołała wprowadzić do kalendarza Dzień Mężczyzn (10 marca), Dzień Chłopaka (30 września), Dzień Ojca (23 czerwca), a nawet Dzień Ojczyma (9 stycznia). Ciocie i wujkowie mają swoje święto 26 lipca, acz tylko w USA, co - zechciejmy zauważyć - jest kolejnym wielkim wkładem w amerykańską kulturę.
Zabawić się można i za Matkę Ziemię: ma swoje święto 22 kwietnia. Wodę, pod egidą ONZ, czcimy 22 marca; w tym samym miesiącu święto ma także morze (17 marca) i nasz zimny Bałtyk (marzec, również 22). Pradawny kult Słońca kontynuujemy 18 marca; czcić można też, jeśli ktoś lubi, mokradła (2 luty) i warstwę ozonową (16 września). Drzewa obchodzą swoje święto kilkukrotnie - w Polsce 10 października. Kalendarz upstrzony jest uroczystościami ku czci ptaków: kultywujemy je międzynarodowo (1 kwietnia) i na skalę europejską (2 października), celebrujemy też ptaki wędrowne (12 maja) i - 31 maja w Polsce - bociana białego. Odwieczny spór “psy czy koty” pozostaje nierozstrzygnięty: kociaki obchodzą swoje święto 17 lutego, 25 października zaś psy - ale te nierasowe. Żółw ma imieniny 23 maja, niedźwiedź polarny 27 lutego, a świstak - drugiego tego miesiąca. Z tym ostatnim związany jest też znany amerykański mit: ponoć jeśli futrzak zobaczy swój cień, to czeka nas jeszcze 6 tygodni zimy. Badania dowodzą jednak, że trafność przepowiedni tej puchatej Pytii wynosi około pięćdziesięciu procent - równie dobrze można więc zaufać rzutowi monetą. Od niedawna, 20 grudnia każdego roku, obchodzimy w Polsce Dzień Ryby; by zwrócić uwagę na hekatombę karpi w miastach całego kraju organizowane są marsze milczenia, a kupione karpie wypuszczane są przez aktywistów do polskich rzek. Te i tak, zdaniem ekologów, giną, bo nie są nauczone zdobywania pokarmu - ale, zdaniem karpi, lepiej umierać na wolności niźli zdychać w wannie.
Tak jak ruch wyzwolenia karpi jest, siłą rzeczy, zakorzeniony jedynie w polskiej kulturze, tak i niektóre święta obchodzone są tylko przez określone społeczności. Przykładem ruch rastafari: pół religia, pół prąd filozoficzny, który za mesjasza uznaje byłego władcę Etiopii Hajle Selasje I (zastraszający obraz jego rządów przedstawił Ryszard Kapuściński w swym słynnym “Cesarzu”), ze świętą roślinę - marihuanę, religijną fryzurę - dready, a swoistego apostoła - Boba Marleya. Rastafarianie obchodzą więc urodziny Hajle Selasje, jego koronację i wizytę na Jamajce; pomniejszymi świętami są urodziny (uważanego za proroka) jamajskiego bohatera narodowego Marcusa Graveya oraz (uważanego za dobrego muzyka) Boba Marleya (6 lutego). Ten ostatni zresztą czczony jest - choć już bez religijnych konotacji - także przez wielbicieli nasiąkniętego ruchem rastafari reggae, przeżywającej eksplozję popularności raggi i fanów podobnie pozytywnych gatunków.
Mówiąc o pozytywach: w Polsce pijemy zawodowo! Dzień Leśnika obchodzimy 5 maja, dobę wcześniej zaś mamy święto Trzech Króli: Hutnika, Strażaka i Kominiarza. Na swój własny dzień zasłużyła sobie za to służba więzienna - osadzeni powinni wręczać laurki 25 kwietnia. Dzień później radują się drogowcy i transportowcy, acz szybko, bo już 16 maja mamy święto straży granicznej, 14 sierpnia energetyków, a 9 października pocztowców. Swoje święta mają też wykształciuchy: 14 października kwiaty daje się nauczycielom, ale warto zachować kalafiora (też kwiat) i dla bibliotekarek (24 października, Międzynarodowe Święto Bibliotek Szkolnych). Położne mają swój dzień 5 maja, pielęgniarki tydzień później, lekarze 2 października, a farmaceuci - 14 maja. 8 października obchodzimy zaś Dzień Sympatycznego Prawnika - w polskim internecie brak jest informacji o Dniu Prawnika Niesympatycznego, z czego prosty wniosek, że takowych się nie spotyka. Jedyne, co zastrasza, to dystans jaki dzieli szefów (święto 16 października) od sekretarek i asystentek (25 stycznia) - choć pewnie, w świetle nie tak dawnych wydarzeń w polskiej polityce, jest to jakaś forma samoobrony.
Kalendarz brzemienny jest też w święta ścisłowców, informatyków i internautów. Już w Nowy Rok obchodzimy Public Domain Day, tego dnia gasną bowiem w wielu krajach prawa autorskie (ale nie w Polsce). 15 stycznia świętujemy, w rocznicę jej założenia, Dzień Wikipedii, 28 lipca celebrowany jest zaś (choć niezbyt gremialnie) Dzień Docenienia Administratora. 4 grudnia mamy Dzień Mejla; ruchomym świętem jest za to Dzień Programisty, który - dla uczczenia bajtu bitowego - obchodzony jest w 256 dniu roku (lata przestępne: 12 września, w pozostałe dzień później). Podobnie sprytnie umiejscowione są w kalendarzu nieformalne święta matematyków: Dzień Liczby Pi (14 marca, od 03-14, amerykańskiego formatu tej daty) i Dzień Przybliżenia Liczby Pi - ten obchodzony jest najczęściej 22 lipca, bo ułamek 22/7 jest dość wierną formą jej zapisu. W dni te organizowane są sympozja matematyczne, zaś fani liczby Pi, jak podaje angielska Wikipedia, jedzą pizzę i piją piña Colada. Chemia popularyzowana jest z kolei w Dniu Mola: ten obchodzony jest w USA 10 października od 6:02 rano do 6:02 po południu, co w amerykańskim formacie dat przybiera formę 6:02 10/23, będącą odpowiednikiem liczby 6,02×1023, czyli liczby atomów w molu. Najbardziej ruchomym z wszystkich ścisłych świąt jest jednak Dzień Ułamka Kwadratowego, który przypada tylko wówczas, kiedy cyfry oznaczające dzień i miesiąc to ułamki kwadratowe ostatnich dwóch cyfr roku. Ostatnim takim dniem był więc 2 luty 2004 roku (02. 02. 2004), następnym będzie zaś 3 marca roku 2009 (03. 03. 2009). I doprawdy: należy rzecz świętować hucznie, bo kolejna taka okazja nadarzy się dopiero w roku 2016.
Są w kalendarzu rzecz jasna poważne święta, takie jak Dzień Wegetarianizmu (1 października), Dzień Wegan (1 listopada) czy Dzień Bez Mięsa (20 marca) - ileż jednak więcej frajdy ze Światowego Dnia Potraw Pikantnych (21 stycznia) czy Dnia Czekolady (17 maja)! W Peru, dla uczczenia narodowego surowca, odbywa się 30 maja Dzień Ziemniaka; z tego samego powodu Duńczycy świętują 3 czerwca Dzień Węgorza, a Japończycy, dobę później, Dzień Boga Ryżu. 3 sierpnia czci się w stanie Kentucky arbuza; 1 marca to na Islandii Dzień Piwa, który upamiętnia zniesienie nań prohibicji, co odbyło się w roku… 1989. Swoje dni ma więc spora część żywności i napojów; jeśli jednak macie już chęć iść po nie do sklepu, sprawdźcie wpierw, czy nie ma dziś 29 października - to Światowy Dzień Bez Zakupów.
Nas jednak, tu w Action Magu, najbardziej obchodzić winny święta ludzi pióra! Już 3 marca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Pisarzy; 21 marca radują się pod egidą UNESCO poeci, a 27 marca - ludzie związani z teatrem. Dzień po Dniu Dziecka przypada Dzień Książki Dla Dzieci; pozostałe książki, wraz z prawami autorskimi, celebruje się 23 kwietnia. 3 maja, prócz pamięci o polskiej konstytucji, powinniśmy też pamiętać o wolnej prasie - 14 czerwca obchodzony jest z kolei Dzień Blogowicza. Kącik Sportowy ma prawo świętować 2 lipca (Światowy Dzień Dziennikarza Sportowego), a wszyscy piszący do AM, bez względu na treści i jakość artykułów, mają do tego prawo 8 września, w Światowy Dzień Piśmiennictwa. Szkoda chyba tylko, że brak u nas takiego wydarzenia jak szkocka Noc Burnsa, obchodzona 25 stycznia, w rocznicę urodzin tamtejszego wieszcza narodowego. Szkoci gromadzą się wówczas na uroczystej kolacji (je się tu haggis, potrawę przypominającą nieco naszą kaszankę), po której czytają poezję, śpiewają pieśni Burnsa i tańczą przy tradycyjnych instrumentach celtyckich. Imprezie towarzyszą spore ilości whisky; w Polsce czytano by pewnie Mickiewicza i pito “Pana Tadeusza”. :)
Nie trzeba być jednak pisarzem ni Szkotem, by obchodzić jakieś święto - często jest się takim swoistym jubilatem z samej racji swojego istnienia. Przykładem Międzynarodowy Dzień Osób Leworęcznych, obchodzony - dla walki z wciąż żywymi uprzedzeniami - 13 sierpnia każdego roku. 19 kwietnia obchodzimy Dzień Roweru, 21 lipca Dzień Szachów, a na 21 czerwca przypada Go Skateboarding Day. Polską inwencją jest, świętowany 29 marca, Dzień Metalowca, a także niezakazany jeszcze Dzień Antyklerykała, który - nieformalnie ustanowiony na 8 sierpnia - zbiega się z moimi urodzinami (nie mówcie proboszczowi). I w angielskiej Wikipedii znalazła się informacji o rdzennie polskim Dniu Wagarowicza (21 marca) za co nam chwała i co by trzeba, przyznacie, promować w Unii. 8 czerwca wreszcie, gest miły, obchodzi się w Argentynie Dzień Polaka Emigranta, który (od 1995 roku) jest w tam dniem wolnym od pracy. Z okazji święta odbywają się w Argentynie liczne imprezy kulturalne, parakulturalne, a czasem - jak donosi polonijna prasa - i niekulturalne.

Najbardziej jednak, rzecz jasna, cieszą święta niezwykłe, niespodziewane i na jakiś sposób pozytywne. Już 9 stycznia obchodzimy Dzień Puszczania Balonów; każdy wyratowany z przyziemnej niewoli to jeden więcej zbawiony gumiak! Dobę później świętujemy Dzień Mówienia “Dziękuję”, 17 lutego Dzień Różnorakich Aktów Uprzejmości, 21 stycznia zaś obecny jest w wielu krajach Narodowy Dzień Przytulania. Pocałunkowi przypisywane są różne daty (koleżanki słyszą? :), jego święto na światową skalę ustanowione jest zaś na 24 kwietnia. Szeroko reklamowany w zeszłym roku był Dzień Życzliwości (21 listopada), miło by było jednak pamiętać też o Dniu Przyjaźni (5 sierpnia) i Dniu Dobrej Wiadomości (8 września). Może i te dni nie zastąpią uśmiechu na co dzień - ale, zważcie, parę to więcej dni, by być miłym dla innych, a może i dla mnie :)
Uroczystości ku czci obchodzone są także dla upamiętnienia pisarzy i ich bohaterów. 25 maja wielbiciele Douglasa Adamsa obchodzą Dzień Ręcznika. W swojej książce “Autostopem przez Galaktykę”, opisywał on zalety posiadania rzeczonego w czasie podróży za jeden kciuk, wierni fani autora noszą więc tego dnia przy sobie ręcznik przez bite 24 godziny. Fascynaci twórczości J. R. R. Tolkiena obchodzą aż dwa święta: 22 września, w dzień urodzin Bilba i Frodo Bagginsów, obchodzony jest Dzień Hobbita, 25 marca świętuje się zaś Dzień Upadku Saurona. Czerwony Kapturek, inny heros czasów dzieciństwa, ma swój własny dzień 19 lipca. 18 stycznia to święto Wielkiego Misia O Bardzo Małym Rozumku, 9 czerwca to urodziny Kaczora Donalda, 18 listopada zaś - Myszki Miki. W miejscu tym nie można też nie wspomnieć o kolejnym wielkim bohaterze naszej ery, wojowniku dobra i zdobywcy serc niewieścich: 10 marca obchodzimy z półobrotu Dzień Doceniania Chucka Norrisa!
I dużo można jeszcze wymieniać świąt ciekawych: 6 czerwca to w USA Dzień Jo-jo, 20 czerwca - Dzień Żonglowania, a 23 marca - Dzień Windy. 19 listopada przypada Dzień Toalet, święto gdzieniegdzie bardzo poważne, pełne sympozjów naukowych i burzliwych dysput. W pierwszy piątek maja wypada z kolei Dzień Bez Spodni, kiedy to zniechęca się do noszenia typowego odzienia, wskazując na (jakże pozytywny!) przykład bokserek. Chyba jednak najbardziej niezwykłym świętem jest celebrowana w miasteczku Aintworthy w Nebrasce (w polskim tłumaczeniu - Niewartogród) Uroczystość Środka Niczego. 26 czerwca każdego roku biedni mieszkańcy tego miejsca świętują swój smutny los półwesołymi paradami, pokazami mody i sztucznymi ogniami. Jak pisze Nelson Taylor na stronie 2camel.com - to chyba najsmutniejsza wymówka dla wspólnych spotkań. Zanotujmy: pije się na smutno.
W tym olbrzymim tyglu brak tu jednak Dnia ActionMagowca! Z krótkich mych rozmyślań wynika, iż mógłby być nim 3 maja - 3.5. to wszak niemal czypieńdziesiąt :) Kiedy by jednak rzecz nie była - świętujmy! Oflagujmy się, chwyćmy za ręce i bawmy do rana. Temu przecież służą wszystkie święta: to taki nasz ogólnogatunkowy konwenans, poszukiwanie powodów, dla których ma być miło. A jeśli jakaś data akurat nie jest uznanym świętem no to cóż, trudno: zawsze można świętować z okazji Dzień Dobry. :)
Czego sobie i Wam w Dniu Dzisiejszym życzę.
Ksiądz Józef grzebie księdza Jana
styczeń 7, 2008
Jako, że trwa heca wokół Świątyni Opatrzności - wiersz okolicznościowy.
KSIĄDZ JÓZEF GRZEBIE KSIĘDZA JANA
Śpieszmy się kochać ludzi. Pisałeś; wciąż jeszcze
możesz nam się odpłacić. To jest czysty układ:
my ci grób marmurowy, oleje i sukna,
a ty wnikaj w pomniki. Te trwalsze niż wiersze;
niech z tej śmierci dla przyszłych będzie jak najwięcej
ołtarzy, święc i świątyń. Niech prochy w mur wkrzepną,
pnij się, księże, w witraże, wejdź w kompanię świętą!
To przyciągnie sponsorów: tu trzeba się starać,
bo nigdy nie wiadomo, mówiąc o ofiarach,
czy pierwsza jest ostatnią, czy ostatnia pierwszą.
[II 2006]
Obrażki (17)
styczeń 7, 2008
Z okazji opadów śniegu - puszysty lightmotive :)

Caravaggio, czyli szukamy człowieka
styczeń 6, 2008
.

No i na koniec mój ulubiony ostatnio obraz: “Ecce Homo” Caravaggia. Co mi się podoba? Podoba mi się sposób przedstawienia Chrystusa. To oczywiście nadal Jezus - widzimy koronę cierniową i męczeńską palmę- ale to Jezus bardzo ludzki. Spójrzcie na ruch mężczyzny z tyłu, ruch którym zdejmuje szatę z Chrystusa, którym to ruchem Chrystusa rozbiera. Dla mnie to jest ruch zmysłowy: gdyby zamiast nagiego Chrystusa stała tam naga kobieta to nie było by w obrazie nic niezbornego. To jest jak “rozbieranie do snu”. Do tego ciało Chrystusa jest narysowane naturalistycznie, nie idealizuje się go: przez to jest cielesne i zmysłowe. To nadaje Chrystusowi seksualność, czyni go bardziej człowiekiem niż Bogiem; gdyby posunąc się dalej można by powiedzieć, że na obrazie jest Jezus - ale nie ma Boga. Może dlatego tak naturalny wydaje się ruch mężczyzny z prawej, który wskazuje Chrystusa, jakby chciał powiedzieć: “Oto człowiek” (Ecce Homo).
Ryszard Kapuściński: “Heban”
styczeń 6, 2008
HEBAN (Ryszard Kapuściński, 1998)
Helen Langdon: “Caravaggio”
grudzień 29, 2007
CARAVAGGIO (Helen Langdon, tyt. oryg. Caravaggio: A Life)
Michelangelo Caravaggio był nie tylko wielkim i udanym malarzem; był także ciekawą postacią. W swoim krótkim życiu zdołał namalować kilka arcydzieł, zapoznać kilka prostytutek i umieścić kilka prostytutek na swych arcydziełach; jako zaś, że malował głównie przedstawienia religijne, to wywołał też parę skandali. Był natury porywczej i łatwo ulegał frustracji; u szczytu sławy zabił w kłótni człowieka i został za to obłożony przez papieża karą śmierci. Ścigany, uciekał i jego życie do końca wisiało na włosku. Z ludźmi takimi jak Caravaggio ciężko jest wytrzymać - przyjemnie jednak o nich czytać, bo ich życie to jeden wielki western, kryminał i opowieść zbójnicka. Tak właśnie czyta się biografię Helen Langdon, biografię wzbogaconą jednak o analizę obrazów włoskiego malarza. Langdon jest często niezwykle stanowcza w swych niepewnych sądach - trzeba więc jej interpretacje przyjmować z dystansem - nie można jednak odmówić jej pisarskiego talentu. Napisać ciekawie biografię ciekawego człowieka - to wcale nie tak łatwa sprawa.
Ballada o centrum wszechrzeczy
listopad 23, 2007
[Kamili Trawińskiej]
To był dość świeży temat.
Na wiosnę weszło w modę,
by wiedzieć gdzie jest ziemia,
a zwłaszcza gdzie jej środek.
Wlekąc wór instrumentów
zjechali się uczeni
i wnet stworzono Zespół
Szukania Środka Ziemi.
Prym wiódł w nim matematyk:
ten w równań szale dzikim
zapomniał co co znaczy
i po co rzecz się liczy.
Chciał pomóc mu mnich z Indii,
lecz się zagubił w czasie:
umysł mu się rozmydlił,
i skrzepnął znów w triasie.
Przebił ich zaś astronom,
co dostrzegł w swych sekstansach,
że centrum leży ponoć
gdzieś w okolicy Marsa.
Mimo tych niepowodzeń,
gdzieś po tygodniach czterech,
odnaleziono środek
na drodze audiotele.
Rzekł zespół w tej godzinie,
że zbadał rzecz dokładnie
i na globusie linie
winny się zagiąć na mnie!
I że w mojej osobie
jest środek rzeczy wszystkich:
na prawo przy wątrobie,
tuż obok ślepej kiszki.
Fakt ten, skreślony wierszem
polecam tego lata
tym, którzy wątpią jeszcze,
że jestem pępkiem świata.
[VI 2005]
Obrażki (16)
listopad 23, 2007
Awansowaliśmy do Euro! :) Tak świętowali Polacy:

Zabiłam mi żółwia
listopad 21, 2007
Laura - moja dziewczyna, współlokatorka i główny karmiciel - to istota o poczciwej naturze i przyjemnej aparycji. W jej rodzinie od zawsze panowało słuszne przekonanie, że Laura ma twarz plastyczną i jasną; charakter zaś raptowny - ale i dobrotliwy. To wszystko, mówiło się, sprawia, że uśmiecha się ona całą sobą, całą sobą jest też radosna i ciepła. Ten ekstrawertyzm, ta jawność w uczuciach powoduje zaś, że odkąd świat światem do Laury garną się istoty żywe: od dzieci i mężczyzn zaczynając, na zwierzętach zaś kończąc. I choć mężczyznom - w tym mnie - było z tym zawsze przyjemnie, to zwierzęta spotykał los odmienny. Te były przez Laurę karmione i hołubione, dopieszczane i myte; żyły sobie czas jakiś czyste, schludne, w poczuciu sytości i kochania. A potem, dziwnym trafem, umierały.

Zaczęło się jak u Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. Gdy Laurka była jeszcze bardzo mała (czyli w podstawówce), dostała od siostry żółwia. Żółw chował się dobrze, pił wodę, jadł co tam żółwie jedzą, słowem: doświadczał high-life’u. Kłopot w tym, że na sposób właściwy wszystkim żółwiom zasypiał twardo i na dni kilka; to, co naukowcy nazywają “sztuczną śmiercią”, wydało się Laurce śmiercią stałą i nieodwracalną. Stwierdziła więc smutno: “Zabiłam mi żółwia!” i przystąpiła do obrządków żałobnych. Opłakała zmarłego, a później, chcąc godnie pożegnać przyjaciela, włożyła go do pudełka, zakleiła szczelnie taśmą i położyła - tymczasowo - na ciepłym piecu. Możemy sobie wyobrazić jak obudzony ciepłem żółwik drapie w wieczko i czeka aż go wypuszczą; możemy, ale lepiej sobie nie wyobrażać. Kiedy po dwóch dniach wreszcie go pochowano, nie był już żółwiem pierwszej świeżości; zwyczaje gadów przerabia się w szkołach o klasę za późno.
Maurycy, chomik, trafił do Laury jakiś czas potem. Laurka dostała go od jednego ze swoich kolegów, tym chętniej więc dbała o gryzonia i umilała mu żywot. Maurycy chyba jednak przeczuwał swój los, bo pewnej nocy uciekł z klatki i schronił się za szafą. Dobra Laurka zaakceptowała jego nowe mieszkanie: zamiast wymieść go miotłą zza mebla, podsuwała mu pod szafę miseczkę z pokarmem. Chomik, głupie zwierzę, nie sygnalizował, by czegoś mu brakowało; po pewnym czasie jednak jedzenia przestało ubywać. Laurka ruszyła na ratunek, było jednak za późno: Maurycy odnalazł się za szafą, żywy lecz umierający. I choć zmarł w poczuciu bliskości i opieki, to niedrożność jelit wywołana totalnym odwodnieniem nie była najlepszą ze śmierci. Zmarł głupio: z braku wody, o trzy metry od łazienki.
Potem był kot, Sally, przepiękny i mądry półpers. Kot przeżył u boku Laury długie lata, zanim (jak to kot) wyszedł i nie wrócił. Czy jako jedyny uciekł od fatum, czy też kolejno wykorzystywał każde z dziewięciu żyć - nie wiadomo; pewnym jest jednak, że i on nie zdołał na trwałe zdjąć klątwy - co najwyżej chwilowo ją uśpił. Kiedy bowiem - jakiś czas później, gdy już byłem z Laurą - w pokoju mojej dziewczyny pojawiła się mysz, mysz chrobocząca, szeleszcząca i denerwująca, to wraz z gryzoniem powróciły też stare porządki. Laura nie miała rzecz jasna morderczych intencji: chciała myszkę przestraszyć, odgonić, słowem: przesiedlić. Ale bucik, rzucony na oślep i w ciemność, trafił mysz prosto w czaszkę; zmarła jak stała, w połowie chrupnięcia. Śmierć gryzonia była szybka i mało bolesna; chciałoby się rzec “humanitarna”. Jesteśmy z Laurą pewni, że w mysim niebie siedzi sobie teraz na cheddarze i wachluje się goudą.
Gorsza śmierć - śmierć zabójcza i na zimno planowana - spotkała mrówki. Mrówki wprowadziły się tego lata do ganku Laury i nie można powiedzieć, by trafiły pod dobry adres. W tej hekatombie, w tym mrówkobójstwie, w tym okropnym endlösung uczestniczyłem i ja - i na mnie spoczywa więc brzemię odpowiedzialności. Z początku stosowaliśmy akcje ostrzegawcze przy użyciu klapek, lecz niestety, konieczne okazało się rozwiązanie kompleksowe. Jako nieludzkie odrzuciliśmy polewanie mrówek wrzątkiem - wierzyliśmy, że proszek na owady zapewni im śmierć szybką i bezbolesną, że zasną spokojnie w sen wieczny i mrówczy. Ale stało się inaczej: posypane, owady zaczęły wić się i skręcać, my zaś patrzyliśmy na nie wzrokiem bezbronnym i przestraszonym. I właśnie wtedy, kiedy nie wiadomo było co powiedzieć, kiedy ciała mrówek kurczyły się w oczach, kiedy patrzyliśmy po sobie niepewni (część z nich jeszcze drga, ale to już koniec), kiedy szukaliśmy rozwiązań (dobijmy, niech nie cierpią!), wtedy to właśnie z ust Laury padło najlepsze podsumowanie tej i wszystkich innych takich sytuacji: kochane, ciepłe i dobre “Ojej!”.
Są pewnie tacy, którzy gotowi byliby widzieć w tym wszystkim winę Laury; ci jednak są głupi i się nimi nie będziemy zajmować. Ja lubię widzieć Laurę jako część większego zjawiska: nożyczki Parek, ostrze losu, świadome i światłe narzędzie ewolucji. Mądrze jest ją postrzegać w kategorii doboru naturalnego: jest to jednak dobór delikatny i troskliwy. Szczerze wierzę, że taka śmierć jest śmiercią najlepszą z możliwych; chciałoby się powiedzieć: jest warta życia. “Jeśli zginąć mam, to na jej krzyżu.” - krzyż to bowiem miękki, łagodny i czuły.
Dwa limeryki lekarskie
listopad 10, 2007
W sanatorium, co leży pod Jasłem
wszystkie kołdry są mocno za ciasne.
Nie dziw że krzyż z nimi
ma nawet bulimik
i by wejść w nie, smaruje się masłem
Młody lekarz-filozof z Włocławka,
radził ludziom: ‘Gdy najdzie cię czkawka,
czytaj “Ucztę” Platona.
Czkawki to nie pokona,
lecz to wcale udana rozprawka.”
Obrażki (15)
listopad 9, 2007
Michał Anioł też miał gorsze dni.

W imieniu policji drogowej
listopad 8, 2007
Od dnia pierwszy listopad, by uniknąć nieszczęścia,
uprasza się nieludzi o odmianę podejścia:
ot, latajcie ufoki trochę jawniej nad nami!
Noście, proszę, odblaski - i mrugajcie światłami!
Skrzydlaki świata
listopad 4, 2007
[Pisane wraz z Laurą,
dla Magdy, z okazji urodzin]
Warszawa, 3 listopada 2057 roku
Publikację tę pragniemy w całości zadedykować pani profesor Magdalenie Szczubret, członkini Polskiej Akademii Nauk, cenionej pisarce, poetce i człowiekowi nauki, doktorowi honoris causa szesnastu europejskich uniwersytetów i prezesowi Światowego Klubu Kakao (wszystko w jednej osobie). Pani Profesor, będąc nadal spiritus movens większości naukowych przewrotów współczesnego świata, przebywa obecnie na zasłużonej emeryturze; podróżuje, przecina wstęgi, ratuje delfiny i odwiedza pięciu mężów na czterech kontynentach. Przede wszystkim jednak jest matką, założycielką i stwórcą najdynamiczniejszej ze współczesnych nam nauk: biologii kreacjonistycznej.
A rzecz była przecież czystym przypadkiem; “Los bowiem - jak mawia często Profesor Szczubret - to taki luj, co łazi gdzie nie trzeba!”. Tak było też z Przewrotem Kreacjonistycznym, którego jest żywą ikoną: gdy w roku 2007 miał on swe nieśmiałe początki, Pani Profesor nie była nawet świadoma czego dokonuje samą tylko myślą. Zawsze powiadała, że “najważniejsza jest wiara w to, co niemożliwe” - uparcie wierzyła więc w podniebność stworzeń takich jak kaszalot czy guziec. Wiara ta była uparta i pełna charyzmy; rzeczywistość nie mogła na nią nie zareagować. Nastąpiło więc - jak pisał profesor Bauer z Uniwersytetu w Heidelbergu - “przepięcie ze sfery <<Vielleicht>> do sfery <<Sein>>”: rzeczy, które Profesor Szczubret wyobrażała sobie, zaczęły istnieć naprawdę. Tak powstały podniebne guźce i kaszaloty; tak skrzydeł doznał koczkodan. Profesor Szczubret siłą umysłu stworzyła wiele chmurnych żyjątek; dzisiaj widzimy, że są one Dobre.
Oto skromny atlas tych niezwykłych stworzeń: dedykujemy go najlepszemu Stwórcy od czasu Księgi Rodzaju. I - zapraszając do lektury - proponujemy najprostsze wyjaśnienie tego fenomenu. Nie trzeba odwoływać się do “przepięć” i przepływów energii między sferami; jak pisał kiedyś Romain Gary: “Jeśli kobieta czegoś chce, Bóg tak chce.”
Autorzy
KASZALOT PODNIEBNY

Kaszalot podniebny to najpierwsze i największe z osiągnięć umysłu Pani Profesor; to także największe obecnie latające stworzenie. Osiąga on ciężar 20 ton, z czego większość stanowi żupa - kaszalotów to jednak nie deprymuje. Rozpiętość skórzastych skrzydeł osiąga 25 metrów; ich łączna powierzchnia wystarcza do pokrycia boiska od koszykówki. Zwierzę odżywia się pyłkami traw, zbóż i kwiatów; jest błogosławieństwem dla alergików. Kaszalot podniebny żyje wyłącznie na półkuli północnej - na południe od równika jest mu przytłaczająco odwrotnie.
Kaszaloty latają w dolnej stratosferze; są łatwo zauważalne na każdym radarze. Na tej wysokości śpią; tylna płetwa kontroluje tor lotu, służąc za autopilot. Panują tu niskie temperatury i ciała kaszalotów pokrywają się szronem; by się ogrzać, wieloryby podniebne schodzą na wysokość kilkuset metrów. Tu parzą się, żywią i zdobywają powietrze, magazynowane w górnej części tułowia. W locie, blisko powierzchni ziemi, przypominają ruchome cygara; podejrzewa się, że wiele doniesień o UFO spowodowanych jest właśnie przez nisko latające kaszaloty.
Ciąża kaszalotów trwa ponad dwa lata; matka składa dwa do trzech jaj, które następnie wysiaduje w dalekich górach Uralu. Gody trwają około miesiąca; z początku samiec lata daleko od wybranki, nawołując ją wysokimi, smętnymi tonami. Gdy ta jest mu przychylna, jej skrzydła przybierają fioletowego odcienia; rozpoczyna się wówczas długi rytuał delikatnej fraternizacji. W końcu samiec pokrywa samicę: akt jest jednorazowy i nie zawsze kończy się zapłodnieniem. Kaszaloty kochają się z gracją i powoli; temat inspiruje wielu malarzy i poetów.
Kaszalot podniebny jest godłem Sztokholmskiego Towarzystwa Transportu Powietrznego.
KOCZKODAN SKRZYDLATY

Koczkodan skrzydlaty to istota niewielka i stadna: nie przekracza on wysokości jednego metra i żyje w stadach do 20 osobników. Jest umaszczony rudo bądź szaro; samice mają dodatkowo jasną smugę na ogonie. Skrzydła ma niewielkie i pierzaste, używa ich jednak dorywczo, przy przelatywaniu z gałęzi na gałąź. Odżywia się bananami i pomarańczami; lubi też jeść kromkę posmarowaną masłem nieskończoności. Występuje w rejonach zwrotnikowych i ze względu na obmierzły charakter podejmowane są próby ograniczenia jego populacji do tych terenów.
W stadzie koczkodanów przewodzi osobnik najsilniejszy - w grupie panują niepoprawne obyczaje. Koczkodany budują relacje w rodzinie opierając się na przemocy fizycznej i psychicznej, stąd też ciągłe kłótnie, połajanki i bijatyki. Zwierzęta parzą się między sobą nie zwracając uwagi na płeć i koligacje rodzinne; stąd hipoteza, że spółkowanie jest u nich sposobem okazania dominacji. Tak obrzydliwe zachowanie sprawia, że filmy o koczkodanach można emitować jedynie późną nocą, w krajach islamskich zaś ich posiadanie jest kategorycznie zakazane. Koczkodany są złośliwe i agresywne; skrzydła umożliwiają im dalekie skoki, wchodząc więc na ich terytorium należy być uważnym i uzbrojonym.
Ludność miejscowa jest do koczkodanów skrzydlatych nastawiona negatywnie. Negatywnie są do nich nastawiani turyści, podróżnicy, zoologowie i ekolodzy; ujemną opinię mają o nich także właściciele sklepów i ogrodów zoologicznych. Koczkodany nie są lubiane i w Azji: ich mięso jest ponoć twarde i żylaste. Słowem: koczkodan to jedno z bardziej znienawidzonych stworzeń na ziemi. Pozytywne zdanie ma o nich jedynie wnuczka Violetty Villas.
Ciekawostka: “Biały koczkodan” to popularny wśród młodzieży napój wyskokowy. Plotki mówią, że pijał go sam Donald Tusk.
BÓBR TRZMIELEC

Trzmielec - czyli bóbr ze skrzydłami - to zwierzę nie do końca poznane. Wiadomo o nim z pewnością, że jest skrzydlakiem wodnym; jak każdy uczciwy i zbożny bóbr buduje tamy, zwala drzewa i moczy pupę. Na tym jednak uczciwość się kończy: w przeciwieństwie do bobrów ma on skrzydła, bzyczy w szuwarach i zapyla kwiaty. Słowem: takie to trochę “ni to pies ni wydra”.
Zwyczaje godowe bobra trzmielca nie są dokładnie znane - z tego wniosek, że są intymne. Bobry to zwierzęta konserwatywne i pruderyjne: kochają się jedynie w nocy, jedynie w okresie rui i jedynie, gdy nikt nie patrzy. Matka składa trzy do pięciu jaj, które wysiaduje w tamie; samiec żywi ją rybami i przynosi kwiaty. Gdy młode się wykluwają, rodzina jest niezwykle szczęśliwa i gdyby mogła, to by dała na tacę.
Skrzydła służą bobrom do przelatywania nad tamą, zrywania kwiatów wiśni i obgryzania wyżej położonych gałęzi. Nie nadają się jednak one do dalekich lotów; bobry zresztą generalnie lepiej się czują przy ziemi. Taka jest przynajmniej opinia badaczy; same bobry, zapytane, uciekają w szuwary.
GUZIEC NADRZEWNY

Guziec - jak pisała sama Pani Profesor - to taka świnia z Afryki. I choć jest to niewątpliwie treściwa i fachowa lokalizacja ojcowizny gatunku, to dziś powiedzielibyśmy raczej: “Guziec - to taka świnia z wszędzie”. Świniak rozprzestrzenił się bowiem po całym świecie i świni w każdym jego zakątku: w Szwecji i w Grecji, w Turcji i w Murcji i w kinie w Lublinie. Częste migracje tego zwierza ograniczyły ruch lotniczy na niektórych trasach - po zagadkowym wyginięciu gołębi to jedno z najczęściej występujących zwierząt skrzydlatych.
Guziec ma skrzydła rozłożyste i białe - szmera nimi i trzepocze, czym rozaniela partnerki. Odżywia się kalarepą i cukrem (co jest już nieco passe), je też komary i szczypawki. Posiada cztery racice, którymi kopie mlecze, buraki i krotochwile. Krotochwile - smaczne grzyby ziemne odkryte na początku XXI wieku - stanowią jego główne pożywienie. Je też karmel, orzechy i czekoladę; od tego tyje, ale w każdym grubym guźcu jest mały guziec i dużo czekolady.
Guziec buduje na drzewach gniazda, wykorzystując do tego celu słomę, liście i płyty azbestu. Azbest nie szkodzi guźcom; przeciwnie, wpływa na nie podniecająco i nieobyczajnie. Guźce nadrzewne są bardzo żyworodne: na raz rodzi się pięć do sześciu małych świnek. Duże guźce kryją się w konarach udając rzeźby nowoczesne; młode, z racji karnacji, podają się za rodzynki. Guziec to istota przyjazna i pożyteczna; do Klubu Przyjaciół Guźca należy prezydent Wenezueli. Guźce są pod ochroną; nie wolno odzywać się brzydko, bo im więdną skrzydełka. Guziec, podsumowując, to taki anioł - tyle że świnia.
ŻYRAFA LATAJĄCA

To jedno z tych zwierząt, które nie powinno powstać - ale jak cudownie, że jednak jest! Ten podobny do motyla stworek uzyskuje niewiele więcej ponad 5 centymetrów; występuje w klimacie łagodnym i umiarkowanym. Jako istota delikatna i czuła pije tylko świeżą rosę i je z samego czubka krzewu; naturalne jest więc, że jest dosyć chuda. Żyrafa latająca znana jest ze swego uwielbienia dla muzyki jazzowej; koncert czeskiego puzonisty Herdka został przerwany po tym, jak rój żyraf zatkał puzon aż do samego ustnika.
Żyrafa latająca to zwierzę społeczne. Żyje w gniazdach, zakładanych na wysokich, rozłożystych gałęziach. Płodne są jednak nie tylko królowe, ale i inne samice; królowa jako jedyna wydaje na świat osobniki męskie, jest więc istotą nad wyraz pożyteczną. Zwyczaje w roju są pełne gracji i stanowią pomieszanie współczesnego savoir-vivre’u i średniowiecznych rytuałów dworskich. Żyrafy porozumiewają się za pomocą konwencji skłonów i przykucnięć; z tego powodu cierpią na choroby kręgosłupa. Interesują się literaturą; na swój język przetłumaczyły już w całości Flauberta i Hrabala.
Pojawienie się żyraf latających na ziemi zachwiało dogmat o człowieku jako końcowej fazie ewolucji; rozpaczliwie poszukiwane są próby znalezienia brakującego ogniwa. Żyrafa czczona jest w sześciu religiach, dwóch filozofiach, malarstwie i rzeźbie; Gwatemalczycy wierzą, że gniazdo żyraf na domu gwarantuje płodność i potomstwo. W polskim parlamencie mniejszość żyrafia ma zagwarantowane osiem mandatów. Na więcej, niestety, żyrafy nie przystały.
* * *
I na tym wypada zakończyć ten przegląd zwierząt niezwykłych, skrzydlatych, zmyślnych - i po trochu zmyślonych. Nie jest to jednak tak, że jest to zbiór pełny; poza obrębem tego tekstu jest przecież miejsce na inne stworzenia, na ich nowe kreacje. I nawet jeśli nie zasiedlą one Kansas czy Sztokholmu, to przecież w jakimś sensie będą istnieć, w jakiejś sferze idei, czy też mówiąc po ludzku - marzeń. Bo przecież, jak mówi Magda, nie jest ważne to, czy to się zobaczyć, powąchać czy pomacać - najważniejsza jest wiara w to, co niemożliwe.