Nie Będzie Teleranka

Gdyby ktoś się stęsknił – to to mój nowy projekt:

NieBedzieTeleranka.wordpress.com

Ain’t so vintage anymore


Ciemno, chłodno, grudniowo

To bardzo ciemny wieczór. Pijmy jego zdrowie.
Niewiele jest wieczorów, gdy świat drzesz palcami,
gdy kark łamiesz zapałkom, szron zdrapujesz z powiek,
a szkło mielisz, mniesz w ustach – i tniesz je wargami.

Mrok smak ma gorzki, cierpki – lecz i ty go spijaj!
Z ciebie bierze początek, z twoich cyst i porów,
z włosów, puchu, zapachu i aort wypływa,
z uśmiechów (ironicznych?) i gry. Czy pozorów?

Czego chcę? Chcę niewiele. Bądź jak ja nie umiem:
spal mnie – lub przeciwnie, bądź mi tylko chłodem.
Jak psa mnie od drzwi odgoń! Nawet pies zrozumie,
lub kochaj mnie; lecz kurwa kochaj mnie jak człowiek!

* * *

Nie jestem sprawiedliwy. Powiadają ludzie,
że prawdy trzeba szukać w meandrach półtonów.
Już nie wiem, co zimniejsze: czy dokoła – grudzień,
czy kroki twoje ścichłe na zaspach z betonu.

[XII 2004]

- – - – -

[ Wiersz, jak widać, ma już stulecia i właściwie nie czuję już nawet bym to ja go napisał - choć rzecz jasna napisałem - ale wrzucam z sentymentu :) ]

Straszni mieszczanie

Na początek będę wyznawać uczucia: lubię Poznań. Lubię to miasto, bo jeśli chce się wieść żywot wygodny i przyjemny, to jest tu praktycznie wszystko, co przeciętnemu człowiekowi potrzeba do szczęścia. Słowo “praktycznie” jest tu zresztą kluczowe: Miasto z Gwiazdką ma praktycznie pobudowane osiedla, praktyczne i zielone autobusy i tramwaje oraz roztańczone (i zlokalizowane praktycznie) centrum nocnych imprez. To wszystko da się lubić i dlatego i ja jestem pyrą z wyboru i zamiłowania; lubię Poznań – i dlatego też będę go zaraz niemiłosiernie obrażał. Dla mojego miasta – piszę “mojego”, bo czuję, że jest moje – kluczowe jest też bowiem niestety słowo “przeciętny”: Poznań ma niezwykle przeciętne władze, które przeciętność promują, z przeciętności żyją i z przeciętności uczyniły wartość i cnotę. Pewien znany muzyk śpiewał kiedyś, że w tym kraju są zasady/ ten kraj ma to w zwyczaju/ równo ścinać wszystkie głowy wystające zza połowy; nie trzeba się dziwić, że mieszka nad Wartą.

Straszne mieszkanie w strasznych mieszkaniach ma pewnie w Grodzie Przemysła dłuższą tradycję; sumiasty kołtunizm poznańskich władz po raz pierwszy zrobił jednak na mnie wrażenie w 2005 roku. W Polsce trwała wówczas, przypomnijmy, konserwatywna ofensywa, zaś prezydent Ryszard Grobelny gotowy był płynąć z jej ciemnym, mętnym prądem. 25 listopada wydał on decyzję zakazującą Marszu Równości, który odbyć się miał z okazji organizowanych pod egidą UNESCO Dni Równości i Tolerancji. Decyzja prezydenta, jeśli nawet nie była na wskroś polityczna, była elementem filozofii świętego spokoju; Poznań – dawał znać Urząd Miasta – nie potrzebuje lewackiego zawracania głowy. W kuriozalnym uzasadnieniu swego stanowiska prezydent podnosił, że manifestacja mogłaby “zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach”, a więc należało jej zakazać na podstawie art. 8 pkt 2 Prawa o zgromadzeniach. Kłopot w tym, że Poznań powoływał się nie na zagrożenie ze strony manifestantów, lecz brunatnych przeciwników parady. Zakaz Marszu był więc nie tylko pokazem bezradności władz – te wszak de facto przyznały, iż nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa miastu i protestującym – ale i podwójną kapitulacją Grobelnego: przed prawicowymi bojówkami – i przed zdrowym rozsądkiem. Kilka miesięcy później wojewódzki sąd administracyjny w Poznaniu uznał bowiem zakaz manifestacji za nielegalny; złamanie prawa potwierdził 25 maja 2006 Naczelny Sąd Adminstracyjny wskazując, iż decyzji o zakazie zgromadzenia nie można opierać na domniemanym zagrożeniu ze strony jego przeciwników. W uzasadnieniu orzeczenia NSA podnosił, iż linia rozumowania prezydenta Poznania “prowadziłaby do uniemożliwienia realizacji wolności pokojowych zgromadzeń, których celem miałoby być prezentowanie jakichkolwiek wywołujących większe lub mniejsze emocje i kontrowersje” treści, decyzja Grobelnego stanowiła zaś pogwałcenie art. 57 Konstytucji RP. Nim jednak do wydania tego wyroku doszło, policja zdążyła rozpędzić odbywający się mimo sprzeciwu władz Marsz. Nagranie z brawurowej akcji prezentowane było w dziennikach po obu stronach Atlantyku, Amnesty International wydała oświadczenie potępiające łamanie praw społeczności LGBT w Polsce, zaś Specjalny Przedstawiciel ONZ do spraw Obrońców Praw Człowieka wysłał w tej sprawie w trybie pilnym zapytanie do polskiego rządu. Choć więc świat usłyszał wreszcie o Poznaniu, nie była to promocja, na którą liczyli włodarze miasta. Filozofia świętego spokoju przyniosła kłopoty, o których ekipie Grobelnego wcześniej się nie śniło.

Ponieważ jednak mieszczaństwo to raczej stan psychiczny niż program wyborczy – polityka władz jest kontynuowana. Choć miasto nie zakazuje już pokojowych zgromadzeń, to przykład sporu dotyczącego skłotu na Rozbracie pokazuje, że brak problemów nadal jest w Poznaniu wartością naczelną. Przypomnijmy: Rozbrat mieści się na ulicy Pułaskiego i zajmuje bez podstawy prawnej kilka opuszczonych działek, z których część należy do władz publicznych, część zaś do prywatnych właścicieli. Na terenie skłotu od 16 lat organiowane są wystawy, koncerty, spotkania poetyckie i dyskusje; działa biblioteka; swoją siedzibę ma tam kilka niezależnych organizacji społecznych. Rozbrat to więc inicjatywa cenna – ale i niewygodna: przedstawiciele skłotu nie raz bowiem krytykowali władze miejskie za podejście do problemu biedy i budownictwa socjalnego. Anarchiści nigdy nie byli przy tym uważani przez miasto za partnera do rozmów; tak często dzieje się z poglądmi, które wykraczają poza ramy prezentowane w mainstreamie konsultacji społecznych. Rozbrat nie jest więc niestety uznawany za wartość dodaną dla szarej bryły miasta, lecz jest dla prezydenta Grobelnego problemem, który należy usunąć z widoku mieszkańców. Temu właśnie służyła propozycja władz, które zaproponowały skłotowi działkę zastępczą – kilkanaście kilometrów od centrum Poznania. Alternatywne poglądy dziwnie ubranych ludzi nie powinny więc zdaniem Urzędu Miata kłuć w oczy poznaniaków. Zamiast lewicowego wegetarianizmu władze wolą tradycyjne, narodowe kanapki dostarczane przez Litara.

Jakby tego było mało – odbyła się Malta. Idiomem tegorocznego festiwalu było wykluczenie; wydarzenia towarzyszące Malcie pokazały przy tym, że trudno o właściwsze miejsce dla dyskusji o tym problemie. Świetny artykuł napisał na ten temat Michał Wybieralski – TU link do poznańskiej Gazety Wyborczej – teraz jednak krótkie podsumowanie tych intrygujacych wydarzeń. Malta rozpoczęła od uroczystej kolacji, w której uczestniczył dyrektor festiwalu, Michał Merczyński oraz prezydent Ryszard Grobelny. Pożywna strawa serwowana była w restauracji Piano Bar, miejscu znanym z wyszukanej klienteli; Piano Bar jest bowiem jednym z tych miejsc w Poznaniu, gdzie nie obsługuje się Romów (inny znany przykład to Cuba Libre). Sprawa, nagłośniona przez Gazetę, nie zdążyła jeszcze ucichnąć – protestowało m.in. Stowarzyszenie Romów w Polsce i pracownicy Poznańskiego Centrum Praw Człowieka PAN – a już odbyła się debata w sprawie głośnego projektu “Minaret” Joanny Rajkowskiej. Artystka planowała zamienić komin starej piekarni na Garbarach w rzeźbę o kształcie minaretu; lokalizacja komina sprawiłaby zaś, iż rzeźba stałaby dokładnie na linii łaczącej poznańską Katedrę i synagogę, co symbolizowałoby dialog i pokojowe współistnienie kultur. Nawet jednak – zupełnie symboliczna – obecność islamu w przestrzeni miejskiej wzbudziła sprzeciw władz i samych poznaniaków. Niemożność realizacji projektu stała się metaforą silniejszą od samego pomnika. W dyskusji na temat tego artystycznego – a może raczej: urbanistycznego i cywilizacyjnego – fiaska władze de facto nie uczestniczyły. Całości okołofestiwalowych kuriozów dopełnił wreszcie incydent związany z Deuxieme Groupe d’Intervention, francuską grupą teatralną, która – “epatując w trakcie przedstawienia nagością” – została ukarana mandatem w wysokości 100 zł na osobę. Można ten przykład bagatelizować, ale trzeba pamiętać, że idzie on z góry; policjanci także wyczuwają atmosferę, jaką tworzą włodarze miasta.

Znamienne jest też, iż w czasie gdy na Malcie koncert dawał Manu Chao, władze Poznania przygotowywały się do ogłoszenia decyzji o eksmisji niepłacących czynszu, trudnych lokatorów do kontenerów, które stanąć mają przy ulicy Średzkiej. Prezydent Grobelny zapowiadał wcześniej w tej sprawie debatę społeczną i naukowe ekspertyzy; koniec końców konsultacje wykluczono i prezydent decyzję podjął sam. W rezultacie, o ile nic się nie zmieni, pierwsi lokatorzy trafią do nowiutkiego getta na Zawadach już we wrześniu. Tomasz Sadowski, Prezes Fundacji Barka, wskazywał wielokrotnie, że budowa osiedla kontenerów to najprostsza droga do społecznego wykluczenia; nawet wiceprezydent Poznania, Jerzy Stępień, wskazywał, że taka enklawa może powodować dalszą marginalizację jej mieszkańców. Radni Poznania – z których część sprzeciwiała się postawieniu kontenerów – reagowali przy tym alergicznie na odbywające w trakcie sesji Rady Miasta protesty anarchistów w tej sprawie: jak donosiła Wyborcza radni “komentowali w kuluarach, że protestujących <<powinno się pałami rozpędzić>> oraz, że <<pewnie nigdy nie mieszkali koło penerów>>”. W istocie więc polityka władz sprowadza się nie do rozwiązania problemów – tu potrzebe jest bowiem aktywne działanie – lecz do usunięcia kłopotliwych mieszkańców na peryferia; problem nie ma zniknąć, lecz ma przestać być widoczny. Ma się to stać możliwie najtaniej: kasa miejska, z której coraz to nowe fundusze przeznaczane są na remont Stadionu, nie jest bowiem dość pojemna, by starczyło na budownictwo socjalne. Prężne przedsiębiorstwo zwane Poznianiem stawia sobie wielkie cele: w trudnych czasach kryzysu trzeba więc ciąć koszty ludzkie.

Poznań nie upamiętnił też nadal swej przedwojennej, żydowskiej przeszłości, czego dowodzi sprawa obozu pracy dla Żydów na terenie byłego stadionu im. Szyca oraz ciągle niewpisanej do rejestru zabytków i wciąż niszczejącej synagogi przy ulicy Stawnej. Pomysły na zagospodarowanie pierwszego z tych miejsc są rozmaite; żaden z nich jednak nie przewiduje upamiętnienia ofiar holokaustu wieszanych w czasie okupacji na szubienicach rozmieszczonych wokół dawnego stadionu. Z kolei synagoga, przekazana kilka lat temu gminie żydowskiej, z konieczności funkcjonuje nadal jako pływalnia; gmina nie ma bowiem pieniędzy na remont obiektu, miasto zaś nie wspiera jej w tym zakresie. Biorąc pod uwagę, że to właśnie w czasie okupacji synagoga została przeznaczona na pływalnię dla żołnierzy Wehrmachtu, fakt, iż nadal w centrum miasta można pluskać się w bożnicy nie jest dla miasta koziołków dobrą wizytówką.

Już krótki przegląd tych problemów pokazuje: something is rotten in the state of Denmark. Czy jednak – tak jak sugeruje Wybieralski – problemem jest to, że “rządzący Poznaniem zza swoich biurek, spektakularnych inwestycji, z trybun miejskiego stadionu” nie dostrzegają już mieszkańców? Czy też problemem jest raczej to, że sami mieszkańcy Poznania wolą wieść życie spokojne i krzywo spoglądają na wichrzycieli o niemoralnych poglądach i dziwnej aparycji – a władze tylko wyczuwają i zagospodarowują ten trend? To trudne pytanie. Bez względu jednak na to, czy Poznań wyklucza, bo ma takie władze, czy też ma takie władze, bo wyklucza – problem pozostaje. Trzeba o nim pamiętać nad przyjemnymi brzegami Jeziora Maltańskiego, na wesołej plaży chwaliszewskiego KontenerART czy w rewitalizowanych murach Starej Rzeźni; trzeba o tej sprawie myśleć też w Łodzi, Wrocławiu czy w Warszawie – artykuł taki można by bowiem napisać i o innych polskich miastach. A pamiętać trzeba, bo nawet jeśli sami zazwyczaj staramy się nie wykluczać, to przecież wszyscy – z racji bycia ludźmi – nosimy w sobie potencjał do wykluczających zachowań. Świadomość tego faktu może i powinna być dla nas samoograniczenem. Jeśli zaś zapomnimy, to szybko możemy stać się strasznymi mieszczanami z wiersza Tuwima, którzy zamknięci w swym homogenicznym świecie nie szukają różnorodności, lecz wolą zaufać znajomym kształtom. I którzy:

“Trochę postoją, trochę posiedzą.
I wszystko widmo. I wszystko fantom”.

Między Bogiem a prawdą

Nie potrafię się modlić. Rąk nie umiem składać.
Nie znam takich pacierzy, by brzmiały prawdziwie.
Jak wiedzieć, co za drzwiami? Nie znam gospodarza,
a okna za wysoko, by zajrzeć przez szybę.

Kiedy próbuję klęczeć – to coś rwie mnie w ścięgnach
i po sobie się tłukę jak mucha w słoiku.
Widać nie da się psalmem zwątpienia odegnać
i wykuć odpowiedzi w marmurze pomników.

Bunt więc we mnie dojrzewa, bunt cichy, uparty
i odwaga, by puste mieć nad sobą niebo.
Co mi z tego, że wiem już, jak układać karty,
skoro nic w nich nie widzę prócz liczb albo zwierząt?

Zostaje mi nadzieja, że Bóg upór złamie
i chęć w sobie odnajdzie, by zajść w moją stronę.
Drzwi mieć będę zamknięte. Niech nie puka w bramę.
Moją wiarę kuć trzeba cierniami i łomem.

[IV 2005]

* * *

O moralności ateisty

“Niemiłosierna próba odjęcia ludziom świata złudzeń jest najcięższą próbą ludzkiej moralności. Przez nią dopiero poznajemy wartość człowieka i jego duchowej kultury. Bo jeden będzie w ciemności uważał, żeby nie podbić komuś oka i będzie się starał podać rękę zabłąkanym w niej, a drugi skorzysta z ciemności, aby okraść bliźniego”.

Maria Dąbrowska, Szkice o Conradzie, Warszawa, 1959, s. 158. Za: Maria Ossowska, Normy moralne. Próba systematyzacji, Warszawa, 1970, s. 20

Antropologia. Fundament

Jeśli rzecz miała miejsce, to lubię uważać,
że się miała odmiennie. Bez biblijnych kuszeń
i syczących obietnic; bez “pragnę” i “muszę”
tak drastycznie odrębnych. Potrzebny był ranek,
gdy się wstało niesytym, patrzyło za bramę,
porównywało twarze oraz ich odbicia;
ważyło w rękach jabłka. Czuło się na skórze,
że silniejsza od strachu jest potrzeba pytań
i że trzeba odważniej.

…………………………..Były w ich koszykach
wino, chleb i owoce; Pan objaśniał drogę,
dawał ostatnie rady: jak czytać pogodę,
robić węzły, piec jagnię; w co ufać roztropnie,
jak godnie grzebać zmarłych. Jakby szli na studia,
tylko dłuższe, trudniejsze. Bóg jak matka w oknie;
Adam szedł gładząc finkę, Ewa rwała ziele,
a u nóg wąż się łasił jak czarny spanielek.

Później Pan wniknął w przestrzeń. Pozostało drzewo,
pierwszy punkt odniesienia. Tablica “Początek”,
jak podziałka na mapie lub zaczęty wątek.

Brewiarz liberała

Autor: Wojciech Sadurski
Tytuł: Liberałów nikt nie kocha. Eseje i publicystyka 1996-2002
Miasto: Warszawa
Rok: 2003
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Stron: 254
ISBN: 83-7255-157-X


Autor: Wojciech Sadurski
Tytuł: Liberał po przejściach. Publicystyka i eseje 2003-2006.
Miasto: Poznań
Rok: 2007
Wydawnictwo: SENS
Stron: 230
ISBN: 978-83-86944-68-2

 

Liberalizm jest jak punk rock – to nie są rurki z kremem. W gruncie rzeczy niełatwo jest być jego zwolennikiem: na co dzień można za to dostać łatkę istoty amoralnej, od święta zaś – przegrać wybory. Paradoksem jest bowiem, że nasza (mniej lub bardziej) liberalna demokracja funkcjonuje w kraju, którego debata publiczna zdominowana jest przez tradycjonalistów. Wahadło języka polityki wychyliło się w prawą stronę: restrykcyjna ustawa antyaborcyjna stała się w ten sposób „ogólnonarodowym kompromisem”, konserwatyzm – cnotą, a tolerancja i liberalizm – drwiącymi półprzekleństwami. W tej sytuacji liberał może albo okopać się po lasach i bazgrać manifesty po drzewach, albo wprost przeciwnie: zbierać argumenty w poręczne kołczany i w kontrofensywie starać się walczyć o rząd dusz i umysłów. Temu też, jak sądzę, służyć mogą dwie książki Wojciecha Sadurskiego:„Liberałów nikt nie kocha” i „Liberał po przejściach”. Książki te – stanowiące zbiór esejów autora z lat 1996-2006 – są bowiem małym katechizmem liberała: porządkują główne prawdy wiary, wprowadzają w podstawowe dylematy tej filozofii i, co także jest wartością, dają do ręki argumenty w sporze z innowiercami.

Już w pierwszej ze swoich książek profesor Sadurski wprowadza niezwykle porządkujący podział na liberalizm pierwszego i drugiego stopnia. Liberalizm pierwszego stopnia – zacznijmy po kolei – jest pewną filozofią społeczną, stanowiącą konkurencję wobec ideologii takich jak konserwatyzm, socjalizm czy nacjonalizm. Tak jak ten ostatni za najwyższą wartość uznaje wspólnotę narodową, tak liberalizm w wolności jednostki gotowy jest widzieć najcenniejsze dobro. To jednostka bowiem, zdaniem liberała, jest w stanie najlepiej kształtować swoje życie i to zarówno w sferze osobistej (moralność, religia, orientacja seksualna) jak i ekonomicznej (zawód, sposób zarządzania własnością). Zadaniem państwa jest więc jedynie umożliwić człowiekowi samorealizację; w sferze osobistej nie narzuca ono jednostce norm moralnych. Z kolei w sferze ekonomicznej państwo winno dodatkowo stworzyć swoim obywatelom realne możliwości równego startu w życie zawodowe; w tym celu filozofia ta – wbrew temu, co często się twierdzi – dopuszcza współcześnie redystrybucję dóbr. Mówiąc obrazowo: liberalizm nie ingeruje w bieg, ale sprawiedliwie ustawia bloki startowe.

Od ideologii liberalnej w tym znaczeniu odróżnić trzeba liberalizm drugiego stopnia. Ten, nazwijmy go, metaliberalizm nie odpowiada na pytanie “Jak żyć?”, lecz jest doktryną na wskroś polityczną: mówi bowiem jak w jednym społeczeństwie koegzystować mają ze sobą ludzie o tak różnych poglądach jak liberałowie (pierwszego stopnia), konserwatyści czy nacjonaliści. Koegzystencja ta możliwa jest pod dwoma warunkami. Po pierwsze, współżycie to wymaga tolerancji dla innych poglądów: nie oznacza to ich akceptacji, lecz ich krytyka nie może zamieniać się w narzucanie innym własnych przekonań. Rozwijając myśli Rawlsa, Sadurski wskazuje też na drugi warunek: prawo nie może opierać się na konkretnym kodeksie etycznym lub określonej religii. W takim przypadku zostałoby one odrzucone przez zwolenników innej moralności, innowierców lub ateistów. Prawo musi więc być oparte na powszechnie przyjętych wartościach i teorii służącej jego legitymizacji. Wyrażając to w prostszy sposób: musi być ono więc ustanowione przez kompetentne organy państwa we właściwej procedurze i w zgodzie z naczelnymi wartościami, wyrażonymi w konstytucji. Tylko takie prawo wydać się może wszystkim członkom wspólnoty racjonalnie uzasadnione – a więc legitymowane i nadające się do stosowania.

Zauważyć trzeba, że na obu poziomach brak jest – co się często liberalizmowi zarzuca – relatywizmu. Na poziomie pierwszym nie może być o nim mowy: liberalizm jako doktryna konkurencyjna prowadzi wszak spór z innymi ideologiami i często jest to spór pryncypialny (jak pokazuje chociażby polemika Sadurskiego z profesorem Legutko). Metaliberalizm nie relatywizuje z kolei zasady tolerancji, twardo przy niej obstawiając. Jednocześnie odrzuca uzasadnienia religijne i domaga się oparcia życia społecznego na normach prawnych umotywowanych racjonalnie. Sprzeciwia się też kulturowej relatywizacji tych zasad, uznając że argument „tradycja rzecz święta” służy władzy do uzasadnienia naruszeń praw jednostek. Wymagając świeckiego i neutralnego charakteru władzy państwowej, liberalizm nie ruguje przekonań moralnych i religijnych z życia publicznego. To państwo ma być liberalne – nie zaś wszyscy jego obywatele.

Tu zresztą krótka uwaga: liberalizm o tyle różni się od innych ideologii, że funkcjonując na dwóch poziomach niesie za sobą niezwykły i nieunikniony paradoks. Wielkie totalitaryzmy – faszyzm i komunizm – zakładały transformację całego społeczeństwa; okres, w którym zwolennicy nowego ustroju współżyć mieli z liberałami i konserwatystami traktowany był w nich jako zło konieczne, przystanek na drodze do nowego, jednolitego ładu. Liberalizm zaś, przywiązany do idei wolności jednostki, uznaje jej prawo do wyboru innych ideologii. Ideologia ta – choć na pierwszym poziomie przekonuje do swych racji – na drugim zakłada, że nie każdy zostanie przekonany. Jedynym możliwym społeczeństwem jest więc społeczeństwo pluralistyczne, w którym pokojowy konflikt i różnorodność to nie powód do zgryzot – ale  pewna pożądana stała. Liberalizm się samoogranicza: nie będąc systemem totalnym jest może mniej romantyczny i wzniosły – ale bezpieczniejszy i bardziej przyjazny człowiekowi.

Omawiając liberalną demokrację, Sadurski obala też funkcjonujący dość powszechnie mit “głosu ludu”. W publicystyce i w politycznych swarach często pojawia się bowiem argument, iż najdoskonalszą i najczystszą formę demokracji jest jej forma bezpośrednia: cóż może być bowiem bardziej demokratycznego niż referendum? To jednak bardzo uproszczone rozumienie tego systemu. Demokracja nie jest bowiem dyktaturą większości, lecz “formą uzgadniania społecznych interesów i preferencji”; powinna więc polegać na szukaniu kompromisu pomiędzy większością a mniejszością. Referendum tej możliwości nie daje: do wyboru jest czerń albo biel i nie występują między nimi odcienie szarości. Co za tym idzie, demokracja bezpośrednia nie jest wcale lepszą formą demokracji przedstawicielskiej – lecz formą inną. Formą, która ma swe niewątpliwe zalety (wyższa legitymizacja decyzji), ale – ze względu na zagrożenie populizmem – także i całkiem realne wady.

Szczególnie wiele miejsca – jak każdy szanujący się liberał – poświęca profesor na omówienie dylematów dotyczących praw i wolności człowieka. Dominują artykuły dotyczące wolności słowa. Wolność ta, dobro w swej istocie piękne i szlachetne, ma paradoksalną cechę: w państwie liberalnym mówi się o niej nie przy okazji poruszających aforyzmów – wypowiedzi mądrych wszak nikt nie cenzuruje – lecz przy okazji wypowiedzi ohydnych i szpetnych. Trudno nie zgodzić się z profesorem: wolność słowa to także prawo do mówienia rzeczy głupich, rażących i niskich. Nie jest to jednak, banalna prawda, wolność absolutna – prawo do mówienia może być bowiem zgodnie z polską konstytucją ograniczone (jak każde inne prawo) między innymi ze względu na moralność publiczną i prawa innych osób.

Tu po raz pierwszy nie zgadzam się z profesorem: Sadurski, potępiając rzecz jasna same czyny jako moralnie paskudne, sprzeciwia się karaniu kłamstwa oświęcimskiego i katyńskiego. Uznaje on bowiem, że kłamstwa te nie mogą naruszać moralności publicznej i praw innych osób, zaś ich karanie naruszałoby samą istotę wolności słowa, jaką jest prawo do mówienia nieprawdy (wolność słowa byłaby wszak iluzoryczna, gdy dotyczyła tylko zdań prawdziwych). To sprawia, że kłamstwa te – choć oburzają liberała – nie mogą być karane: stanowią więc one dla niego trudny test przywiązania do wolności. Ja ten test, przyznaję, oblewam. Kłamstwo totalitarne – dotyczące, przyjmijmy taką roboczą definicję, zbrodni nazistowskich, komunistycznych, zbrodni przeciw ludzkości, pokojowi i zbrodni wojennych – jest karane bowiem tylko wtedy, gdy wypowiadane jest wbrew faktom: wolno więc prowadzić badania i publikować ich wyniki, karane ma być zaś jedynie kłamstwo świadome i dokonywane z premedytacją. Czy narusza to istotę wolności słowa? Choć wartość ta to prawo do wypowiadania tak zdań prawdziwych, jak i nieprawdziwych, to wydaje się jednak rzeczą słuszną, by przyznawać większą ochronę zdaniom rzetelnym: to karanie za prawdę naruszałoby więc istotę wolności słowa. Stąd też nie może dziwić, że polskie prawo karne szerzej karze kłamliwe zniesławienie; za prawdę skazać można tylko wyjątkowo. Prawo, mówiąc trywialnie, łgarstwo traktuje gorzej. Skoro tak, to trudno potępiać karanie tak ohydnych kłamstw, jak kłamstwa totalitarne. Ich prawne zwalczanie jest możliwe, bo (w mojej ocenie) takie użycie wolności słowa narusza tak prawa innych osób – godność rodzin ofiar i przedstawicieli grup prześladowanych – jak i moralność publiczną. Zgadzam się z profesorem, który, omawiając ograniczenia w rozpowszechnianiu pornografii, stwierdza: „W przeciwieństwie do bardziej radykalnych ode mnie kolegów liberałów, którzy uważają, że publiczne zgorszenie nie jest wystarczającą podstawą zakazu, sądzę, iż ludzie mają prawo być chronieni przed publicznie eksponowanymi obrazami czy treściami, które ich gorszą i wprowadzają w stan zakłopotania”. Zdanie to idealnie pasuje do kłamstw totalitarnych: jest w nich bowiem, jak sądzę, coś wielokrotnie bardziej gorszącego i niebezpiecznego niż w żywiołowej scenie porno puszczonej w centrum miasta.

Sadurski rozwiewa kilka mitów dotyczących aborcji. Pierwszy to ten, iż obecny stan prawny jest wynikiem jakiegoś głębokiego i przemyślanego kompromisu. Wręcz przeciwnie: obecny kształt ustawy wynika nawet nie z decyzji parlamentu, lecz niezwykle kontrowersyjnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który uznał aborcję ze względów społecznych za niezgodną z demokratycznym państwem prawa. Również badania opinii publicznej nie dowodzą głębokiej społecznej zgody w tej tematyce. Konflikt wokół aborcji – z przerwami – trwa w kraju cały czas; Sadurski celnie zaś wskazuje na luki w argumentacji strony pro-life. Zwolennicy prawa do aborcji (nie „zwolennicy aborcji”, bo nikogo takiego nie ma) uznają aborcję za zło; ta dramatyczna decyzja wydaje się im jednak niejednokrotnie złem mniejszym. Uważają tak dlatego, iż choć życie i zdrowie płodu chronione jest od poczęcia, to chronione winno być z różną intensywnością, zależną od stopnia rozwoju. O ile więc prawo płodu w ósmym miesiącu ciąży nie musi ustępować przed trudną sytuacją życiową przyszłej matki, o tyle już prawo do życia zygoty musi czasem ustąpić prawu kobiety: do zdrowia, wolności osobistej czy życia prywatnego. Nierówność stopnia ochrony życia przyznają zresztą i sami działacze pro-life: dlatego, iż życie płodu chronimy z mniejszą intensywnością od życia już urodzonych, aborcję każemy lżej niż przestępstwo zabójstwa. Różnicę tę – mimo retoryki „morderstwa najbardziej bezbronnych” – rozumieją też i przeciwnicy aborcji, stąd tak mało w więzieniach lekarzy i kobiet po zabiegu.

Tym, co narodowców przyprawi o zapalenie wyrostka, jest jednak nie aborcja, lecz rozdział o Europie. Sadurski pisze bowiem wprost: wchodząc do Unii straciliśmy częściowo suwerenność – no i bardzo dobrze! Skąd takie radykalne poglądy profesora? Z rozróżnienia pomiędzy suwerennością a niepodległością. Ta pierwsza to ukute po traktacie westfalskim pojęcie prawne, wyrażające fakt sprawowania samodzielnej władzy na danym terytorium: wyłącznego prawa do stanowienia norm, którym inni musza się podporządkować. Pojęcie to, dowodzi Sadurski, jest już jednak anachroniczne: w powyższym sensie państw suwerennych po prostu już nie ma. Od czasu uchwalonej w 1948 r. Powszechnej Deklaracji, państwa muszą bowiem podporządkować się podstawowym wymogom dotyczącym praw człowieka; uzyskały one status zwyczajowego prawa międzynarodowego i wiązałyby państwo nawet wówczas, gdyby to wypowiedziało Deklarację. W tym sensie państwo nie jest już w pełni suwerenne: normy te zostają mu wszak narzucone przez wspólnotę międzynarodową. Podobnie jest też z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka – którego decyzjom państwa podporządkowują się, przekazując mu suwerenność orzekania – a zwłaszcza z Unią Europejską. Bez wątpienia Polska odstąpiła jej znaczną część swojej suwerenności: Wspólnota stanowi normy stosowane bezpośrednio na polskim terytorium, krajowe władze związane są zaś nie tylko prawem wspólnotowym, lecz także liberalnymi wartościami, które Unia utożsamia. Czy jednak utrata suwerenności na rzecz Wspólnoty oznacza też utratę niepodległości? Otóż nie. Jeśli bowiem zaczniemy prawo unijne ignorować, łamać wartości europejskie i działać antydemokratycznie, to nikt – jak zauważa Sadurski – nie wyśle przeciwko nam czołgów. Nikt nam siłą niczego nie narzuci: jesteśmy bowiem państwem niepodległym. Co najwyżej wyrzucą nas z Unii Europejskiej i Rady Europy; tracąc w niej członkostwo, odzyskamy zaś suwerenność. Przekazanie części suwerenności nie było bowiem przejawem utraty, lecz korzystania z niepodległości, podobnie jak – wybaczcie to trywialne porównanie – poddanie się opiece fryzjera nie jest przejawem utraty prawa do włosów, lecz przejawem korzystania zeń.

To rzecz jasna nie wszystkie tematy poruszane w książkach; by nieco do nich zachęcić dodam, iż jest w nich także pornografia, internet i przemoc. Już jednak rzut oka na powyżej omówione wątki pozwala widzieć w tych książkach użyteczny bryk z liberalizmu i przystępne wprowadzenie do jego problemów. I choć lektura ta – nie ukrywajmy – nie przekona konserwatystów, to stanowi ona wspaniały oręż w walce przeciwko populistom i korwinowskim szarlatanom. Warto uzbroić się w tę broń, by pokazywać jak daleko tym ludziom od współczesnego liberalizmu oraz jak wsteczne i anachroniczne jest ich myślenie o wolności. Dyskusję tę zaś trzeba prowadzić, uparcie wierząc w konwersję korwinistów – i nie tylko ich – na nasze wyznanie. Jak bowiem słusznie zauważa Sadurski, z liberalizmem jest jak z wiernością małżeńską: czasem czegoś nam w nim brakuje, lecz w gruncie rzeczy wiemy, że to jedyna przyzwoita postawa.

Towel power

J. Kilmer: “Delikatesy”

Większą część dzisiejszego przedpołudnia spędziłem w kolejce w osiedlowych delikatesach. Miałem sporo czasu na rozmyślania; gdzieś po drodze przypomniał mi się ten wiersz Kilmera. To moje pierwsze tłumaczenie, gdzieś z okolic drugiej klasy liceum. Zamieszczam pod wpływem skojarzenia i sentymentu.

JOYCE KILMER – DELIKATESY

Czemuż plotkarska, drwiąca Sława
jest głucha wobec jego czynów?
Czemuż nasz śmiech pogardę zdradza,
czerpiących z jego magazynu?

Oto jest sklep! Tu cuda, czary!
Nagroody z czterech świata końców!
Korzenne z Wschodu są przyprawy;
owoc, we włoskim grzany słońcu.

I figi, nad morzem dojrzałe,
aż w Smyrnie; z Brazylii orzechy,
niemieckie mięsa, przyprawiane,
oraz rodzynki ze wzgórz Krety.

On to jest panem dóbr niezwykłych,
z których rad jest ubogi człowiek;
lecz minstrel o nim w pieśni milczy
i lauru brak na jego grobie.

Może żyć musi bez rozgłosu,
ów handlarz małymi szczęściami,
bo sklep jego tłum tworzy osób,
co śpieszą miasta ulicami.

Lecz gwiazdy w większej liczbie świecą,
fiołki zaś rosną milionami,
i, co znać musza wszystkie dzieci,
wieloma gra się pieśń nutami.

Może jest tak, że Sławy zdaniem,
to spojrzenie, co trwogi pełne,
ta twarz, ten sklep i handlowanie
niewybaczalnie są codzienne.

Cóż, prawda to, że nie ma miecza,
by, wisząc, krasy mu przydawał:
przez swoją ladę się przewiesza,
dobywa nóż i ser rozkrawa.

Nie tęskni za herosów czasem,
nie zna rycerskich też zwyczajów.
Myśli o szynce, o herbacie,
miedziakach, centach i dolarach.

Duszę kasami ogranicza;
świat ma niewielki, jak się zdaje.
towary są mu osią życia,
jego nadzieją, jego rajem.

Lecz – ponad sklepem, nad powałą –
kobieta jest i małe dziecię,
co wskroś pokoju przedreptało;
sklepikarz spojrzał nań z uśmiechem.

I on wszak poznał moc uczucia,
kochał jak z Francji prawy panicz;
w głos własnych uczuć był się wsłuchał,
o względy swej zabiegał damy.

I dziś jest w jego sercu płomień,
co skrycie tli się ogniem białym.
Zaskarbił Niebios łaskę sobie
i kocha, będąc też kochanym.

Gdy skończy pracy zaś godziny
(ach, są ostatnie z nich dłużyzną!),
w domu, z żoną i małym synem
nie jest kramarzem, lecz mężczyzną!

I są też ci, którzy z nim piją,
ściskają rękę, życzą zdrowia.
Nie skończy źle, samotnie żyjąc,
prawom przyjaźni kto hołdował.

Któż wie też, jakie wojny co dzień
toczą się w jego małym sklepie.
Na każdym rogu jest wszak złodziej,
co chciałby mu opróżnić kieszeń.

By móc nasycić głód ogniska,
walczy o chleb i o ubranie.
Wokół głowy mu stalą błyska
halo, z lanc wrogów zbudowane.

Targuje się o liche grosze,
gablotę swą jak stół nakrywa.
Na takim polu bitwy toczy,
takimi ciosy je wygrywa.

Cóż, że głos surmy nie przyzywa
pod rozkaz mu legionów zbrojnych?
Cóż, że w dwór ojców nie przybywa
w chwale zwycięzcy z krwawej wojny?

W cudach jest też groteski krztyna,
scena potrzebom zaś nie sprosta:
głupiec będzie na koń się wspinał,
a Chrystus wciąż dosiada osła.

Człek ten ma dom, dziecko i żonę,
i bitwę toczy dnia każdego.
Miłość ma, Boga w sercu, zdrowie;
więcej nie trzeba mu niczego.

O Cieślo, rodem z Nazaretu,
którego matka na wsi żyła!
Czy dzieciom Twym kpić wolno z cechów,
a cichy handel zbywać drwiną?

Mylimy się. Ach, miej wzgląd na to
i oczy daj, by dostrzec jedno:
pod tą kramarza brudną szatą
prawdziwy człowieczeństwa splendor!

—————————————

Why is that wanton gossip Fame
So dumb about this man’s affairs?
Why do we titter at his name
Who come to buy his curious wares?

Here is a shop of wonderment.
From every land has come a prize;
Rich spices from the Orient,
And fruit that knew Italian skies,

And figs that ripened by the sea
In Smyrna, nuts from hot Brazil,
Strange pungent meats from Germany,
And currants from a Grecian hill.

He is the lord of goodly things
That make the poor man’s table gay,
Yet of his worth no minstrel sings
And on his tomb there is no bay.

Perhaps he lives and dies unpraised,
This trafficker in humble sweets,
Because his little shops are raised
By thousands in the city streets.

Yet stars in greater numbers shine,
And violets in millions grow,
And they in many a golden line
Are sung, as every child must know.

Perhaps Fame thinks his worried eyes,
His wrinkled, shrewd, pathetic face,
His shop, and all he sells and buys
Are desperately commonplace.

Well, it is true he has no sword
To dangle at his booted knees.
He leans across a slab of board,
And draws his knife and slices cheese.

He never heard of chivalry,
He longs for no heroic times;
He thinks of pickles, olives, tea,
And dollars, nickles, cents and dimes.

His world has narrow walls, it seems;
By counters is his soul confined;
His wares are all his hopes and dreams,
They are the fabric of his mind.

Yet – in a room above the store
There is a woman – and a child
Pattered just now across the floor;
The shopman looked at him and smiled.

For, once he thrilled with high romance
And tuned to love his eager voice.
Like any cavalier of France
He wooed the maiden of his choice.

And now deep in his weary heart
Are sacred flames that whitely burn.
He has of Heaven’s grace a part
Who loves, who is beloved in turn.

And when the long day’s work is done,
(How slow the leaden minutes ran!)
Home, with his wife and little son,
He is no huckster, but a man!

And there are those who grasp his hand,
Who drink with him and wish him well.
O in no drear and lonely land
Shall he who honors friendship dwell.

And in his little shop, who knows
What bitter games of war are played?
Why, daily on each corner grows
A foe to rob him of his trade.

He fights, and for his fireside’s sake;
He fights for clothing and for bread:
The lances of his foemen make
A steely halo round his head.

He decks his window artfully,
He haggles over paltry sums.
In this strange field his war must be
And by such blows his triumph comes.

What if no trumpet sounds to call
His armed legions to his side?
What if, to no ancestral hall
He comes in all a victor’s pride?

The scene shall never fit the deed.
Grotesquely wonders come to pass.
The fool shall mount an Arab steed
And Jesus ride upon an ass.

This man has home and child and wife
And battle set for every day.
This man has God and love and life;
These stand, all else shall pass away.

O Carpenter of Nazareth,
Whose mother was a village maid,
Shall we, Thy children, blow our breath
In scorn on any humble trade?

Have pity on our foolishness
And give us eyes, that we may see
Beneath the shopman’s clumsy dress
The splendor of humanity!

Słowa jak maczety

Tytuł: Mowa nienawiści a wolność słowa. Aspekty prawne i społeczne
Autorzy: pod redakcją Romana Wieruszewskiego, Mirosława Wyrzykowskiego, Adama Bodnara
i Aleksandry Gliszczyńskiej-Grabias

Wydawnictwo: Wolters Kluwier Polska
Miasto: Warszawa
Rok: 2010
Seria: Monografie
Ilość stron: 284
ISBN: 9788326405037

Nie jest łatwo recenzować książkę, którą się – w niewielkim, ale zauważalnym w spisie treści stopniu – samemu napisało. Pomijając oczywistą nieobiektywność w stosunku do własnych uzewnętrznień, również w stosunku do innych autorów czuje się pewnego rodzaju lojalność, którą można by zapewne określić jako powiązanie okładką. Dlatego też tekst niniejszy nie będzie recenzją książki, lecz nieukrywaną zachętą. Ile razy bowiem myślałem o tym akapicie, tyle razy najszczerzej brzmiało zdanie: “Chciałbym, abyście przeczytali tę książkę”.

O czym jest ta pozycja? Jakkolwiek by to nie zabrzmiało: nie wiadomo do końca. Tematem jest rzecz jasna napięcie pomiędzy dwoma pojęciami: stosunkowo znanym i rozumianym intuicyjnie pojęciem “wolności słowa” – a “mową nienawiści” (ang. hate speech). Powszechnie uznaje się, że wolność słowa nie jest wartością absolutną: prawo do swobodnego wyrażania się doznaje bowiem słusznych ograniczeń, powodowanych ochroną godności, dobrego imienia czy prywatności innych osób. Co za tym idzie, mówi się, że wolność słowa kończy się tam, gdzie pojawia się mowa nienawiści: tu jednak napotykamy problem definicji tego pojęcia. Próba stworzenia takiej definicji przewija się przez całą książkę; mnie osobiście najbardziej trafna wydaje się charakterstyka przytaczana przez Sergiusza Kowalskiego, który wskazuje, iż nacechowana nienawiścią wypowiedź jest mową nienawiści, gdy atakuje jednostkę ze względu na jej przynależność (rzeczywistą lub urojoną) do pewnej zbiorowości i to zazwyczaj zbiorowości, której się nie wybiera. Jeśli więc ktoś przypisuje innym cechy plugawe, ze względu na ich religię, rasę czy narodowość – to uprawia mowę nienawiści, i o nim także jest ta książka.

Książkę rozpoczyna omówienie prawnych aspektów mowy nienawiści; ja jednak polecam zacząć od części trzeciej, dotyczącej społecznych aspektów zjawiska. Tu świetnym wprowadzeniem do całego tematu będzie esej Krzysztofa Podemskiego, poświęcony najbardziej chyba plugawej w ostatnich latach stronie internetowej – a więc portalowi Redwatch.org. Podemski widzi w Redwatch portal, który z szerzenia mowy nienawiści uczynił swoją misję; charakteryzuje też różnice pomiędzy angielską i polską stroną tej neofaszystowskiej organizacji. Prawicowej hate speech poświęcony jest też artykuł Rafała Maszkowskiego, dotyczący audycji Radia Maryja. Interesujący jest też króciutki esej Konstantego Geberta, dotyczący hate speech w Biblii i Torze: dla chrześcijan i żydów argumentem może być fakt, iż Bóg także, jak pokazuje Gebert, jest aktywistą zaangażowanym w zwalczanie słów nienawiści. Dobrym zakończeniem lektury tej części jest wreszcie tekst wspomnianego już Sergiusza Kowalskiego: osią artykułu jest próba zdefiniowania pojęcia, które przez lewicowych publicystów uważane jest za zakałę życia publicznego, przez prawicowych zaś – za ofiarę terroryzmu poprawności politycznej.

Po takim wstępie przejść już można do części pierwszej i drugiej, poświęconym aspektom prawnym mowy nienawiści. Część pierwsza to przegląd ustawodawstwa polskiego i traktatów międzynarodowych wykorzystywanych do zwalczania hate speech. Szczególnie ciekawy wydaje się artykuł Moniki Płatek: jakkolwiek można nie zgadzać się z główną tezą autorki, domagającej się depenalizacji mowy nienawiści, o tyle w tekście w sposób niezwykle przekonujący pokazano, jak wybiórcza penalizacja zjawiska powoduje podwójną dyskryminację grup pominiętych. Nie dość bowiem, że osoby o odmiennej orientacji seksualnej, gorszej sytuacji materialnej lub niepełnosprawni są często obiektem nienawistnych komentarzy, to dodatkowo jeszcze w przeciwieństwie do rasy czy religii ataki z tych właśnnie względów za mowę nienawiści uznawane nie są. Monika Płatek wskazuje też na patologie w działaniu prokuratory; temat ten jest też dobitnie rozwinięty przez zmarłego niedawno Andrzeja Malanowskiego. Doktor Malanowski – któremu dedykowana jest ta książka – wskazuje na wszczególnie drastyczny przykład absolwenta prawa, oskarżonego o propagowanie faszystowskiego ustroju państwa, wobec którego zastosowano waunkowe umorzenie, by nie pozbawiać go “możliwości uzyskania zatrudnienia w zawodzie prawniczym”. Warto też wspomnieć artykuł Adama Bodnara i Małgorzaty Szuleki. Autorzy tłumaczą w nim genezę zwalczania mowy nienawiści doktryną demokracji walczącej, która pojawiła się w odpowiedzi na słabość międzywojennych demokracji wobec ruchów totalitarnych; brak podobnych historycznych doświadczeń sprawia, iż doktryna ta nie zdobyła sobie poparcia w Stanach Zjednoczonych. Na koniec zaś odnotować trzeba krótki esej Pawła Kokota poświęcony sprawie Alicji Tysiąc i Gościa Niedzielnego – oraz, po znajomości, artykuł niżej popisanego poświęcony administracyjnym środkom zwalczania mowy nienawiści.

Lektura ta – przyznać to trzeba od razu – nie będzie łatwym przeżyciem dla czytelnika o poglądach prawicowych. Jak już wspomniałem, pojęcie mowy nienawiści jest terminem lewicowej publicystyki; prawica mówi raczej o nieszczęściu poprawności politycznej, ograniczającej wartość jaką jest wolność słowa. Także naukowe przykłady nienawistnych wypowiedzi płyną głównie z prawej strony. Nie oznacza to, iż mowy nienawiści brak jest w środowiskach lewicowych czy liberalnych: na Zachodzie antysemityzm jest też domeną propalestyńskich organizacji lewicowych, zaś i w Polsce wspomina się czasem o “dożynaniu prawicowych watah”. Trop lewicowy obecny jest w książce: jako iż jednak kolektywne wykluczenia to raczej domena prawicy, to i książka ta na tych przykładach się koncentruje.

Nie ukrywajmy też: książka ta nie jest pozycją łatwą. To nie Harlequin, fantasy czy kryminał – lecz publikacja naukowa. Szczególnie części poświęcone aspektom prawnym pisane są trudnym, prawniczym językiem: warto więc zaopatrzyć się przy ich lekturze w kodeks karny, a czasem i w telefon do znajomego prawnika.  Pierwsza monografia poświęcona mowie nienawiści bardziej otwiera przy tym dyskusje na jej temat, niźli proponuje gotowe rozwiązania; dla osób interesujących się prawami człowieka jest to więc lektura obowiązkowa, która może być – jak to się ładnie określa w akademickim żargonie – interesującym przyczynkiem do dyskusji. Argumenty w niej zawarte porównać można do – metaforycznego rzecz jasna – pudełka amunicji: spodziewając się ciężkiej bitwy światopoglądowej warto się więc w nie zaopatrzyć, by móc skutecznie odpierać retoryczne ataki przeciwnika. Rozwiązania prawne nigdy nie będą wszak w pełni skuteczne. Jak jednak twierdzi Wojciech Sadurski, spokojna i rzeczowa argumentacja może pozwolić na wyeliminowanie – absurdalnej przecież i w gruncie rzeczy niesmacznej – mowy nienawiści z wolnego rynku idei.

PALENIE ZABIJA

(wierszyk okolicznościowo-językowy)

Kto dziś w knajpie pali ćmiki,
temu nogi urwą wnyki;
a kto w pubie szluga spali,
będziem go torturowali.

Jeśli kurzysz w bimbie faje,
to zlejemy cię nahajem,
a gdy jarasz pety w barze,
to na stosie cię podsmażę.

Jeśli w busie kiep wyczuję,
pal cię zaraz naprostuje;
a kto w klubie ćmi gibony,
rozdziobią go kruki, wrony.

Choć byś jeno ssał pojarę,
także ci wymierzym karę:
kto w lokalu weźmie bucha,
będzie przez noc Dody słuchał,
a jak spalisz dinx w hotelu,
wpiszem cię do UPRu.

Choćbyś nawet ćmił cygara,
albo cygaretki jarał,
ukarzemy ten twój tupet
i zlejemy cię po pupie.

Jeśli życie jest ci w cenie,
nie pal głupa – rzuć palenie!

(Autor oświadcza, iż powyższy wiersz nie jest sponsorowany przez Ministerstwo Zdrowia, choć niewątpliwie być powinien. Dane do rachunku dostępne na maila).

[15.11.2010]

Adama Mickiewicza cudem odnaleziony wiersz do nieznanej kochanki

Moja droga [tu przerwa]! Siedziałem lat siedem,
by w tym wierszu pomieścić: mą miłość i Ciebie.

Metrum dzielnie liczyłem, wymyślałem frazy
i tak kładłem akcenty, by wiersz był bez skazy.

Potem wersy łączyłem w najprzednie dystrychy,
wykreślałem przecinki i ciąłem spójniki.

Cały czas dla Cię-m pisał: nie jadłem, nie spałem
i panien też wcale-m nie chciał, choć-m przecież nie frajer.

* * *

W końcu take-m się napiął przy ostatnim rymie,
że zapomniałem całkiem, jak Ci jest na imię.

[X 2009]

Każdy głos jest ważny!

Zoologia

Jarmark. Rozległe pasma klatek z królikami.
Zwierzę wgryza się w pręty. Patrzy ponad nami.

Mówisz: “Jeszcze przeczuwa. Gdzieś pod czoła skórą,
jeszcze węszy się zapach, smaki się smakują,
ciągle tlą się widoki. Śni się wciąż po ciele
jakiś pościg, gonitwa i walka o młode;
ale już w nim narasta niepamięć jak zgorzel.
To jest bój o znaczenia. Starło się zbyt wiele,
i na zbyt wiele rzeczy patrzy się przez szybę.
A zwierzę to wyczuwa. Dlatego tak gryzie.”

Królika swędzą dziąsła. Zęby ciągle rosną,
więc tępi je o pręty.
………………………….. A klatka? To Kosmos.

[2006]

——–

Trudno w tym nienowym wierszu widzieć przełom w publikacjach, ale życzyłbym sobie jakiegoś samoożywienia się strony:)

Każda praca hańbi

Kiedy byłem jeszcze bardzo młody, mały i niewielki w rozumie, wyobrazałem sobe prace jak coś przyjemnego, co wykonuje się w wolnych chwilach, co nie przeszkadza w wolnym czaise – a przeciwnie, stanowi jego przyjemne urozmaicenie. Wyobrażałem sobie, że leczyć ludzi musi być niezwykle przyjemnie, że ciągły kontakt z klientem to nic tylko plotki i żarciki, a na spotkaniach biznesowych niechybnie pije się lemoniadę i pogrywa w Twister. Ku memu niepomiernemu zaskoczeniu: nie jest to prawdą.

Dziś sam pracuję. Choć staram się to czynić proporcjonalnie do płacy, to i tak robię wiele jak na mój młody wiek. Pozywam i zasiedzam, wnoszę i wnioskuję, odwołuję się i składam do protokołu. Robię wszystkie rzeczy, które robili prawnicy w Ally McBeal – ale nikt mnie, niestety, nie filmuje. Niektórzy stwierdzą zapewne, że się wziąłem w garść, że los swój kuję i że dzieckiem w kolebce – słowem, że się poprawiłem. Ja widzę jednak coś niepokojącego w fakcie, iż w chwilach zadumy zamiast znaku zapytania – stawiam paragraf.

Popołudniami stwierdzam, że praca jest zła. Jej zło, jej perfidny i oszukańczy charakter zasadza się na prostym fakcie: popołudniami jestem zmęczony. Zamiast pląsać po atrium i ogrodach, delektować się jedzeniem lekkim i pożywnym w swej prostoce, słuchać wieczorami reggae – snuję się po pokojach jak ameba, pochłaniam resztki z lodówki i męczę bliźnich jazzem. Gdy się bliżej przysłucham, wyczuwam u siebie tętno – ale jakby takie na słowo honoru i bez przekonania.

Tu rodzi się myśl: rzucić pracę, oszaleć, ocipieć, wyjechac od Afryki ratować szympansy. Tego jednak uczynić nie wolno. Choć los szympansów jest mi bliski, byłoby to ucieczką i ratowanie małp sympatycznych zmieniłoby się niechybnie w pracę w ratowanie. Trzeba więc na miejscu zwalczyć ten wrzód i odwrócić proporcje. Od dziś plan mam więc inny: w wolnym czasie nad poziomy wylatać, w pracy zaś żyć życiem sennym i pierwotniaczym. Więcej dla siebie, więcej prywatnie, więcej na bloga – mniej zaś dla kodeksów, pozwów i papiórzysk. Tak mi dopomóż – stypendium naukowe, napoje energetyczne i sprawianie dobrego wrażenia w pracy. Niech czas wolny rośnie w siłę, a odpoczynek żyje dostaniej!

PS. Gdyby czytał to mój pracodawca – to żartowałem. :)

G. M. Hopkins: “34. Rudzik w słońcu rudzieje, świtezianka świeci…”

Rudzik w słońcu rudzieje, świtezianka świeci;
kamień, gdy w toń rzucony, w studni krągłej dzwoni;
strojna struna nie stroni od śpiewu; zwieszony
dzwon w swój ton imię wieści po szerokim świecie;
każda żywa istota równo żywot plecie:
głosi, że to wśród tkanek tka się byt wrzecionem;
Się – osobno jest; samo krzyczy, że stworzone,
by czynić i w tych czynach zawrzeć kształt swych rzeczy.

Powiem więcej: człek prawy sądzi sprawy mądrze;
dba o łaskę: to ona czyni go łaskawym;
żyje tak w oczach Boga, by Ten mógł w nim dojrzeć
Chrystusa – bo to Chrystus, w tysiącach pejzaży,
ukryty w cudzych ciałach, pośród nie swych spojrzeń,
wciąż objawia się Ojcu w rysach ludzkich twarzy.

- – - – -

G. M. HOPKINS – 34. AS KINGFISHERS CATCH FIRE, DRAGONFLIES DRAW FLAME

As kingfishers catch fire, dragonflies dráw fláme;
As tumbled over rim in roundy wells
Stones ring; like each tucked string tells, each hung bell’s
Bow swung finds tongue to fling out broad its name;
Each mortal thing does one thing and the same:
Deals out that being indoors each one dwells;
Selves – goes itself; myself it speaks and spells,
Crying Whát I do is me: for that I came.

Í say móre: the just man justices;
Kéeps gráce: thát keeps all his goings graces;
Acts in God’s eye what in God’s eye he is -
Chríst – for Christ plays in ten thousand places,
Lovely in limbs, and lovely in eyes not his
To the Father through the features of men’s faces.

Burza mózgów

Smart Peoplw

Tytuł: Smart people
Rok produkcji:
2008

Reżyseria:
Noam Murro

Scenariusz:
Mark Poirier
Występują:
Dennis Quaid,  Sarah Jessica Parker, Thomas Haden Church, Ellen Page,
Ashton Holmes
Produkcja:
USA

Czas trwania:
95 minut

Lista rzeczy, których szczęścia nie dają, jest w filmach stosunkowo obszerna. Samotni tyrani i zgorzkniali bogacze to stali bohaterowie wielkiego ekranu; ich nieszczęście jest już jednak nieco wytarte i wyeksploatowane, prześwietlone od nadmiernej ekspozycji. W tej sytacji “Smart people” to film nowy i świeży: tym razem to inteligencja nie gwarantuje niczego dobrego. Bohaterowie filmu, rodzina Wetherhold, to bowiem ludzie bystrzy, błyskotliwi – ale i emocjonanie upośledzeni.

Lawrence Wetherhold (Dennis Quaid) to starzejący się profesor literatury, który stawia losowi czoła z godnością właściwą dla swojego wieku i sytuacji: jest zgorzkniały, kłótliwy i nieprzychylny studentom. Ciągle nie pozbierał się po śmierci żony i w szafach trzyma jej ubrania. Sfrustrowany i nieprzystępny traci kontakt ze swoim żyjącym już osobno synem (Ashton Holmes); choć uczy literatury nie ma nawet bladego pojęcia, że pisuje on wiersze. Jego córka Vanessa (Ellen Page), zafascynowana ojcem i tęskniąca za matką, powoli zmienia się w siedemnastoletniego androida; nie pozwala sobie na żadne z młodzieńczych szaleństw, zamiast tego pierze, sprząta, uczy się i gotuje. Ojciec i córka tworzą rodzinę tyleż dysfunkcyjną, co i hermetyczną: przekonani o swojej wyjątkowości, nie dopuszczają do siebie nikogo z zewnątrz. W tej sytuacji dwójka intruzów – adoptowany brat Lawrence’a (Thomas Haden Church) i lekarka zanteresowana profesorem (Sarah Jessica Parker) – będzie miała niełatwe zadanie: jak rozmontować tę chorą, ale zgraną parę i złożyć ich nowo, zdrowiej i radośniej.

Im dłużej ogląda się film, tym bardziej zastanawia pułapka, w jakiej znaleźli się ojciec z córką. Jak tak bystrzy i zabawni ludzie moga być tak zamknięci i nieszczęśliwi? Dlaczego żyją tak bardzo obok siebie? Wreszcie: skoro łączy ich tak mało, to czy kiedykolwiek jeszcze będą za sobą? Na te pytania odpowiedział już sobie syn Lawrence’a: mieszka teraz w akademiku, spotyka się z dziewczyną i nie ma najmniejszej ochoty na kontakt z rodziną. Taką samą odpowiedź daje powoli Vanessa: jej życie, jak mówi, zacznie się dopiero na studiach. To nauczka, że nie można dać się porwać tempu życia: trzeba zawsze mieć czas na telefon do rodziny i pogawędkę z kasjerką w cukierni. Mieć tylko jedną osobę, to mieć za mało: trzeba być zawsze otwartym na ludzi i interesować się ich życiem.

Jest i drugie przesłanie, nieco bardziej poboczne. Jak uczy film, młodzi konserwatyści, tacy jak Vanessa, tylko z wierzchu przypominają stado pozbawionych życia, moralnych do bólu androidów. Pod tą republikańską skorupą kryją się bowiem normalne, naturalne, niemoralne popędy i jak każde tłumione pragnienie – kuszą w sumie najbardziej. Pod tym kątem przychylniej się patrzy na naszych niepokalanie poczętych świętych prawicy: ich religijność i prawość to tylko noszona z przezywczajenia czy hipokryzji maska – pod nią są ludźmi, sympatycznie słabymi i upadłymi jak my wszyscy.

Gdyby film ten podsumować, to dla mnie jest on przede wszystkim opowieścią o tym jak relatywne są w życiu wartości. Niejedno imię ma bowiem inteligencja: co raz częściej myślę, że przejawia się ona nie w zasobie słownictwa i rozwiązanych krzyżówka ale w sposobie nawiążywania relacji z otoczeniem. Dlatego mottem tego filmu jest dla mnie kwestia wypowiadana w barze przez przeciętną i przeciętnie pijaną dziewczynę. Gdy Vanessa zapyta ją: “Jak to jest być głupim?”, ta ma dla niej zaskakująco celną odpowiedź. “Być głupim” – powiada – “to co dzień w czasie obiadu siedzieć samemu przy stole.”

Komu w drogę

Nie umiem w miasto wrosnąć. Kto raz się rozwłóczył,
plącze się po ulicach jak bluszcz po kominie,
niepewny czy mu bliżej jest do ptasich kluczy

czy drzewa, co się ślizga po skórze wybruczyn,
bo je na nazbyt twardej posadzono glinie.
Takim iść po chodniku, to nie dość się włóczyć,

na pół mieć szlak pod sobą – na pół go porzucić.
Stąd noszą swoje mapy jak skarby jedyne
i chowają je w biurka zamknięte na kluczyk.

Ja także kryję w szafie rozchodzone buty
i atlas, który chętnie się zawsze rozwinie;
może czas jest, by znowu w polany się wwłóczyć

i nie szukać strumieni w rynsztokach popłuczyn,
lecz samemu spać w sadach, które pachną winem
i gubić się na szlakach, i mylić, i kluczyć.

Póki co jeszcze tramwaj przez miasto mnie tłucze,
lecz już w każdym trawniku widzę połoninę;
trzeba iść mi i w świecie do cna się wywłóczyć,
w świecie, w którym bram nie ma – choć pełno jest kluczy.

[XI 2005]

* * *

Troszkę to stare, troszkę to już było – ale jednocześnie to villanella to dobry sposób,  by zaakcentować początek wakacji. Gubmy się w lasach, włóczmy po polach! Do zobaczenia na szlaku:)

← ↑ → ?

33-w-wiezy

[Limeryk] Lekcja historii

W dawnych czasach, gdzieś na Helu,
trafił baca do burdelu.
Chciał złych zboczeń,
dostał ocet.
Tak to było w PRLu.

Gee, be my sweet honey bee

BARRY LUIS POLISAR – ALL I WANT IS YOU

If I was a flower growing wild and free
All I’d want is you to be my sweet honey bee.
And if I was a tree growing tall and greeen
All I’d want is you to shade me and be my leaves

If I was a flower growing wild and free
All I’d want is you to be my sweet honey bee.
And if I was a tree growing tall and greeen
All I’d want is you to shade me and be my leaves

All I want is you, will you be my bride
Take me by the hand and stand by my side
All I want is you, will you stay with me?
Hold me in your arms and sway me like the sea.

If you were a river in the mountains tall,
The rumble of your water would be my call.
If you were the winter, I know I’d be the snow
Just as long as you were with me, when the cold winds blow.

All I want is you, will you be my bride
Take me by the hand and stand by my side
All I want is you, will you stay with me?
Hold me in your arms and sway me like the sea.

If you were a wink, I’d be a nod
If you were a seed, well I’d be a pod.
If you were the floor, I’d wanna be the rug
And if you were a kiss, I know I’d be a hug

All I want is you, will you be my bride
Take me by the hand and stand by my side
All I want is you, will you stay with me?
Hold me in your arms and sway me like the sea.

If you were the wood, I’d be the fire.
If you were the love, I’d be the desire.
If you were a castle, I’d be your moat,
And if you were an ocean, I’d learn to float.

All I want is you, will you be my bride
Take me by the hand and stand by my side
All I want is you, will you stay with me?
Hold me in your arms and sway me like the sea.

Heart of stone

09-rathaus-2
09-rathaus-3

A. A. Milne: “Pałac Króla”

PAŁAC KRÓLA

Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed Pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
Z jednym ze straży pójdzie do ślubu.
“Życie żołnierza pełne jest trudów,”
mówi Ula.

Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed Pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
W budce wartownik pierś swą wyprężał.
“Dba o skarpetki im jeden sierżant,”
mówi Ula.

Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed Pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
Szukałem Króla, lecz się nie zjawił.
“Niech Bóg i tak mu pobłogosławi,”
mówi Ula.

Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed Pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
Wielkie przyjęcia ma Król w komnatach.
“Nie byłabym Nim za skarby świata,”
mówi Ula.

Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
Głowa wyjrzała, ale nie Pana.
“Czas mu zajmują a-sygnowania,”
mówi Ula.

Trwa zmiana warty w Pałacu Króla -
przed pałac z Krzysiem przyszła dziś Ula.
“Czy Król wie wszystko o moich sprawach?”.
“Tak, lecz herbatkę czas już nastawiać”
mówi Ula.

- – - – - -

BUCKINGHAM PALACE

They’re changing guard at Buckingham Palace -
Christopher Robin went down with Alice.
Alice is marrying one of the guard.
“A soldier’s life is terrible hard,”
Says Alice.

They’re changing guard at Buckingham Palace -
Christopher Robin went down with Alice.
We saw a guard in a sentry-box.
“One of the sergeants looks after their socks,”
Says Alice.

They’re changing guard at Buckingham Palace -
Christopher Robin went down with Alice.
We looked for the King, but he never came.
“Well, God take care of him, all the same,”
Says Alice.

They’re changing guard at Buckingham Palace -
Christopher Robin went down with Alice.
They’ve great big parties inside the grounds.
“I wouldn’t be King for a hundred pounds,”
Says Alice.

They’re changing guard at Buckingham Palace -
Christopher Robin went down with Alice.
A face looked out, but it wasn’t the King’s.
“He’s much too busy a-signing things,”
Says Alice.

They’re changing guard at Buckingham Palace -
Christopher Robin went down with Alice.
“Do you think the King knows all about me?”
“Sure to, dear, but it’s time for tea,”
Says Alice.

Obrażki 22

Poczet polskich bohaterów wojennych. Sekcja niemiecka:

obrazki

Ain’t so pretty anymore

11-ogrod-motyli-4

Do niegniewnego człowieka

mv5bmty4mdc1mze0ov5bml5banbnxkftztcwmtewmje2mq_v1_sx292_sy400_1Tytuł: 12 gniewnych ludzi
Tytuł oryginału: 12 angry men
Rok produkcji: 1957
Reżyseria: Sidney Lumet
Scenariusz: Reginald Rose
Występują: Henry Fonda, John Fiedler, E.G. Marshall, Jack Warden, Joseph Sweeney, Ed Begley
Czas trwania: 96 minut

Kiedy na jesieni zeszłego roku – w czasie mojej wesołej i beztroskiej przygody na Węgrzech – miałem epizodyczną przygodę z prawem amerykańskim, najbardziej nurtowało mnie pytanie: w jaki sposób dwunastu niewykwalifikowanych, przygodnych ludzi może decydować o losie człowieka. Jak ktoś mógł wymyślić tak niepewny system – i czemu, na miły Bóg, on zazwyczaj działa? O tym – choć nie tylko o tym – opowiada “Dwunastu gniewnych ludzi”; film o niedostatkach demokracji i, gdy się głębiej zastanowić, potędze argumentu.

Niemal cały obraz rozgrywa się w jednym tylko pomieszczeniu: klaustrofobiczna klitka to pokój ławy przysięgłych. Tutaj dwunastu ławników decyduje o winie osiemnastolatka oskarżonego o zabójstwo ojca. Zeznania świadków są jednoznaczne: chłopak, w przypływie złości, wbił ojcu nóż w klatkę piersiową. Już tu widać jaką potęgę ma słowo: wiara w nie wystarcza, by posłać chłopca na krzesło elektryczne. Film jednak uczy, że wiara to niebezpieczna: gdy bliżej przyjrzeć się sprawie argumenty wcale nie są tak jednoznaczne. Rzeczowa argumentacja jednego z ławników, mężczyzny nieufnego nazbyt łatwym sprawom, pozwala przynajmniej zwątpić pozostałym mężczyznom: i dobrze, bo być za mało krytycznym, to znaczyć brać fakty za wiarę.

Ta mała sala to jednocześnie mikrowszechświat: to zwierciadło amerykańskiego społeczeństwa lat pięćdziesiątych. To tu ogniskują się wszelkie fobie i uprzedzenia: niechęć do ciągle napływających imigrantów i mieszkańców dzielnic biedy, poczucie krzywdy wywołane niewdzięcznością dzieck, wreszcie przerost ambicji i walka o przywództwo w grupie. Takie jednostki, jednostki spaczone ale i silne, to jednak wyjątki: większość osób to ludzie bierni i łatwi do prowadzenia. Część z nich jest w gruncie rzeczy poczciwa; dla części jednak ważniejsza od sprawiedliwości jest własna kampania reklamowa albo mecz baseballa. Na szczęście w tej grupie znajduje się wybitna jednosta, osoba o prostym kręgosłupie moralnym. Dzięki niej myśl o niewinności oskarżonego w ogóle się pojawia – gdyby nie ludzie wybitni chłopca nie uratowało by nic.

Ten film, tak to postrzegam, to w gruncie rzeczy moralitet: Amerykanów, z których każdy może być kiedyś ławnikiem, uczy jak ważna i odpowiedzialna to rola. Ma jednak i bardziej uniwersalne przesłanie: nie można dać zwieść się pozorom i sprawy traktować po wierzchu, należy żyć rzetelnie i zawsze przykładać się do swych działań. Nie wiadomo bowiem kto i kiedy nas z tych działań osądzi – miejmy nadzieję, że wśród ławników będzie wówczas niegniewny człowiek.

12 gniewnych ludzi – Obrady (wreszcie) trawają!

Pożegnanie z Arktyką

14-lod-3
75-z-pociagu-1
14-lod-8

[Limeryki] O grach 4

Informatyk z Warszawy, pan Gracjan,
pulpit ma, co w niewiastach wstyd zmacnia.
Ten wpadł w oko raz mamie;
ta zdzierżyłaby panie,
lecz ta myszka, to już jest dewiacja!

Florentyna – ta ze wsi jest Łążek -
przez erochat z wplątała się w ciążę.
Sprawa poszły je rączo
dzięki dość szybkim łączom;
ja mam modem, to przerwać rzecz zdążę.

Pan Stanisław, fan mechów z Lisówka,
tyle tnie w nie, że blednie żarówka.
Nawet chciał złożyć mech,
ale dręczył go pech;
wyszła jemu jedynie lokówka.